MŚ 2010

niedziela, 12 września 2010

Jeśli ktoś nie widział wczorajszego meczu półfinałowego pomiędzy Turcją, a Serbią, to żałujcie. Szczególnie czwartej kwarty, kiedy na 3 minuty przed końcem meczu wydawało się, że Serbowie są górą i znajdą się w finale Mistrzostw Świata.

Wystarczył faul niesportowy Teodosica na Asiku, dwie nieskuteczne akcje Serbów i temperatura meczu skoczyła poza skalę.

Na kilka sekund do końca meczu Twitterze panowało ogromne szczęście - wśród moich znajomych przeważali kibice Teodosica i Ivkovića - bo Serbowie po pięknej zespołowej akcji prowadzili 82:81. Po końcowej syrenie dało się tylko przeczytać - oh shit.

Zobaczcie zresztą sami ostatnie 4.3 sekundy meczu, które trwają w sumie blisko 6.5 minuty.

A kogo dziś obstawiam? USA. Są z mocni na obwodzie w obronie, a Kevin Durant jest po prostu niepowstrzymywalny na tym poziomie. Turkom nie pomogą nawet własne ściany.

Do usłyszenia na Twitterze wieczorem, a wcześniej być może z ostatniego meczu turnieju o Puchar Prezesa PGE, pomiędzy Turowem, a New Yorker Phantoms.

Tagi: MS 2010
10:28, anfernee , MŚ 2010
Link Komentarze (10) »
wtorek, 07 września 2010

Jeśli nie widzieliście tego meczu, jeśli woleliście oglądać spotkanie Polski z Australią, żałujcie, wyrywajcie sobie włosy z głowy, zrywajcie paznokcie, krzyczcie na całą ulicę, miasto, województwo.

Pojedynek Brazylii z Argentyną w 1/8 Mistrzostw Świata był bowiem najprawdopodobniej najlepszym meczem jaki widziałem w życiu. Był jednym z najlepszych widowisk sportowych jakie miałem okazję obserwować, był pełen niezwykłych zagrań, nieprawdopodobnych zwrotów akcji, niewiarygodnych popisów indywidualnych, był pełen emocji, które nigdy nie pozostawiły mnie (i sądzę, że nie tylko mnie) z przeświadczeniem, że chcę więcej, więcej i więcej, byle tylko to spotkanie trwało.

Pierwszy raz w życiu widziałem mecz, który powodował, że nie chcę aby nikt przegrał. Nie chciałem też, żeby ktoś wygrał, bo jeden punkt więcej i zero na zegarze czasu, oznacza koniec widowiska, widowiska, które na długo pozostanie w mojej pamięci. Nie mogłem uwierzyć w wymianę ciosów pomiędzy Huertasem, a Jasenem. Kręciłem głową gdy rozgrywający Brazylii zrobił akcję czteropunktową i następnie po przechwycie wyprowadził swój zespół na prowadzenie tuż przed przerwą.

Najlepsze z tego wszystkiego jest to, że emocji których dostarczyło to cudowne widowisko sportowe, jest tak wiele, że nie da się piać z zachwytu nad jedną tylko wspaniałością. Nie da się tego wszystkiego opisać, nie da się wymieniać genialnych akcji, zmian prowadzenia, świetnej obrony i tych niesamowitych rzeczy, których dokonywał Luis Scola. Pod wrażeniem był nawet GM Houston Rockets, Daryl More.

Scola goes into video game mode to finish off Brazil. WOW - pisał na Twitterze.

Ten niewiarygodnie trafny komentarz to i tak za mało. Trzeba poprosić poetę aby stworzył wiersz, piękną opowieść o tym, co wydarzyło się w meczu Argentyna - Brazylia. Tylko ktoś z przepełnioną romantyzmem duszą, ktoś potrafiący zatracić się w słowach, tak by inni się w nich zatracili, jest w stanie oddać słowami, zobrazować ten niewiarygodny klimat spotkania.

Bo to co robił wspomniany wcześniej Scola, było najwyższej klasy poezją, najpiękniejszą muzyką, przy której świat przestaje istnieć. Scola był wszędzie, robił wszystko, rzucił 37punktów (w tym bodaj 6 ostatnich Argentyny), miał 9 zbiórek, 3 asysty i 2 przechwyty. Był po prostu niepowstrzymywalny, a jego zespół wygrał 93:89.

Jeśli zdaniem Larry Birda, Michael Jordan rzucając 63 punkty Boston Celtics był Bogiem w ciele koszykarza, tak Scola w meczu przeciwko Brazylii był minimum Jezusem.

Komentator FIBA TV powiedział podczas transmisji -

Koszykówka jest grą podobną do szachów, tyle tylko, że po parkiecie biegają myślące i poruszające się samodzielnie figury. A król siedzi na ławce.

To była naprawdę przepiękna partia szachów.

Tagi: MŚ 2010
23:01, anfernee , MŚ 2010
Link Komentarze (9) »
piątek, 03 września 2010

Cztery szpitalne dni i oczekiwanie na wyjęcie jednej z trzech śrub, które mam w nodze, spowodowały, że od wtorku nie widziałem ani jednego spotkania Mistrzostw Świata. Niestety kablówka od NFZ nie oferuje dostępu do TVP Sport ani Sport1, a mój iPlus o ile wyrabia z prędkością, tak już po pierwszej kwarcie zjadłby cały dostępny transfer.

Wyniki śledzę jednak na bieżąco - dzięki wam genialni naukowcy z agencji ARPA, którzy ponad 40 lat temu tworzyliście podwaliny dzisiejszej sieci.

Końca dobiegła faza grupowa MŚ i niektórym rzeczom po prostu nie jestem w stanie się nie dziwić. Nigdy, przenigdy przed rozpoczęciem MŚ nie postawiłbym centa na to, że grupa D, poukłada się w taki sposób, jak widzimy to po rundzie zasadniczej. Podkreślam - NIGDY.

Kolejność w czubie grupy D nie da mi spać przez najbliższe dni. Litwa, Hiszpania, Nowa Zelandia, Francja - tak to wygląda po pięciu rozegranych spotkaniach.

Hiszpania jest co prawda bez Pau Gasola, ale i tak szokiem jest, że nie zajęła pierwszego miejsca. Przegrała dwa mecze w identycznie głupi sposób i wygląda tak samo jak zespół z ubiegłorocznego EuroBasketu. Ten frajerski sposób porażek z Francją i Litwą może naprawdę zaskakiwać. Tak silny zespół, z tak doświadczonymi graczami nie powinien w ten sposób dwukrotnie roztrwonić kilkunastu punktów przewagi i przegrać w zaciętych końcówkach. Navarro, Rubio, Marc Gasol, Garbajosa, Fernandez - już ci gracze powinni gwarantować sukces i maksymalnie może jedno potknięcie.

I o ile nauka z Mistrzostw Europy w Polsce mówi, że nawet potykająca się w grupie Hiszpania będzie groźna, tak pierwsze miejsce, które zajęli Litwini to już prawdziwy wytrzeszcz oczu. Pod wodzą Kestutisa Kemzury Litwa wygrała wszystkie pięć spotkań - obok Turcji i USA.

Nie powinno to być nic dziwnego, wszyscy przecież wiedzą jak potężną nacją są Litwini w koszykówce. Ostatnio ta potęga trochę podupadła, na EuroBaskecie w Polsce drużyna prowadzona przez Ramunasa Butautasa była tak słaba, jakiej nie widzieliśmy chyba nigdy w przypadku tego akurat kraju.

Wydawało się, że powrót do czołówki zajmie Litwie więcej niż rok. Mistrzostwa Świata to nie miał być czas walki o najwyższe medale, to miało przyjść (gdybam) rok później na Litwie i Mistrzostwach Europy.

Zmiana szkoleniowca na Kestutisa Kemzurę i delikatne roszady w składzie sprawiły, że Litwini plan wykonali bardzo szybko, a w turnieju w Turcji leją wszystkich tym co zawsze charakteryzowało koszykówkę litewską - nieustępliwą obroną, fizycznością, genialnym zrozumieniem na parkiecie.

Dziwi jednak to, że robią to teoretycznie słabszym składem niż rok temu. Litwini znowu grają tak jak przyzwyczajali do tego przez lata. Zakończenie kariery reprezentacyjnej przez Sarunasa Jasikeviciusa miało być prawdziwym ciosem dla kadry. Było, ale tylko na chwilę bo skrajnie zespołowa koszykówka w wykonaniu Litwy potrafiła przemodelować się tak skutecznie, by i bez typowego i dominującego rozgrywającego wygrywać i cieszyć tym oko fanów.

Po co jednak przypisywać kogoś do pozycji, skoro koszykarze Lietuvy potrafią wszystko. Nie ważne gdzie mają grać, oni wiedzą jak to zrobić. Przecież Linas Kleiza w NBA był rzucającym obrońcą, w kadrze pełni rolę silnego skrzydłowego i robi to równie dobrze. Martynas Pocius jest obrońcą. Ma rozgrywać? Proszę bardzo. Ma zdobywać punkty? Proszę bardzo.

Uniwersalność ponad wszystko.

I jak postawa Litwy ma się do tego co pisałem dzień przed rozpoczęciem mistrzostw i czarnym koniu w postaci Brazylii? Mój typ nieco słabnie, a w tamtej notce wspomniałem o Litwie jedynie jako o “tambylcu”, nie o faworycie, silnym zespole, czy kimś kto może namieszać.

Co dalej? Litwini w swoim stylu dojdą daleko, najpewniej pomieszają szyki niektórym faworytom, bo są cholernie silni psychicznie. Widać to było choćby wtedy kiedy odrabiali 17 punktowe straty do mistrzów Europy i z charakterystyczną dla siebie pewnością, przydeptali papierosa po osiągnięciu celu.

Pomimo zachwytu i zdziwienia osiągami litwinów i tak bardziej emocjonujące w 1/8 finałów będą pojedynki Hiszpania - Grecja czy Serbia - Chorwacja.

Te mecze już zobaczę!

piątek, 27 sierpnia 2010

Musiałbym się powtórzyć, napisać prawie to samo, co kilka dni temu, bo los reprezentacji Polski znowu leży tylko i wyłącznie w nogach i rękach zawodników. O tym, że nie algebra pozostaje w domu pisałem przed katastrofalną porażką Polaków w Portugalii. Odsyłam do tego wpisu, bo aby awansować i pojechać na Litwę w przyszłym roku, trzeba po prostu wygrać. Aby jednak nie zapeszać, nie zabieram głosu w sprawie.

Więcej o sytuacji napisał także Łukasz Cegliński na A Skull Full Of Maggots.

Do niedzieli wieczór, cały kraj będzie żył w podnieceniu i oczekiwaniu na wynik meczu Belgia - Polska. Wcześniej jednak, bo w sobotę startują Mistrzostwa Świata w Turcji.

W momencie dodawania notki na blog, do turnieju pozostało dokładnie 24h i 30 minut. Na tę okoliczność i aby oderwać się od sprawy Asseco Prokom gate oraz Polaków będących o krok od awansu, sporządziłem więc mini power ranking - czyli kilka zespołów, które uważam, za faworytów tej edycji MŚ, drobne wyszczególnienie tych, którzy powinni usiąść w fotelu zwanym - czarny koń - oraz kilka słów o innych zespołach.

Faworyci

1. USA - jeszcze dwa tygodnie temu zespół Mike’a Krzyzewskiego nie zajmowałby pierwszego miejsca w tym mini rankingu. Miałem być w Turcji właśnie po to, aby zobaczyć największe gwiazdy NBA, ale ich w tym składzie nie zobaczymy (wyjątkiem jest Kevin Durant). Gry odmówili wielcy z Miami - LeBron James, Dwayne Wade, Chris Bosh - do Turcji nie pojechał też Kobe Bryant, nie powiedzieli też Dwight Howard, Chris Paul, Deron Williams, Carmelo Anthony. Drugi garnitur choć mocny, to jednak nie to samo co gwiazdy pierwszego planu. Poza tym w składzie brakuje prawdziwych podkoszowych, jeden defensywny Tyson Chandler to za mało, Lamar Odom to gracz uciekający na obwód, a Kevin Love mimo wszystko nie do końca może liczyć na minuty. W tym zestawieniu kadra USA nie wygląda obiecująco. Jednak dwa ostatnie mecze - przeciwko Hiszpanii i Grecji umocniły USA psychicznie, a w moich oczach notowania tego zespołu wzrosły. Pokonanie Hiszpanii przyszło z trudem, ale Grecji, która moim zdaniem miała sprawić USA największe problemy, było już dosyć proste.

Ranking FIBA: 2

2. Hiszpania - bez Pau Gasola miało być dużo gorzej, ale przecież młodszy brat gwiazdy Los Angeles Lakers, Marc, także radzi sobie znakomicie. Problem drużyny Sergio Scariolo nazywa się jednak inaczej niż Pau. Nazewnictwo choroby powinno oscylować wokół Jose, a Rudy. Ten pierwszy, Jose Calderon po powrocie z kontuzji nie grał rewelacyjnie, był jednak pierwszym rozgrywającym kadry i mógł sporo wnieść do zespołu. W mistrzostwach jednak nie zagra z powodu … kontuzji. Gorzej jest z Rudy Fernandezem, który najzwyczajniej w świecie nie tylko marudzi i jęczy, że nie chce już grać w Portland i to odrywa go od kadrowych obowiązków, to do tego najzwyczajniej w świecie jego forma pozostała na wakacjach. Mimo wszystko oglądanie popisów Ricky Rubio, jego efektowne i efektywne akcje dadzą kibicom radość, a zespołowi Hiszpanii sporo zwycięstw.

Ranking FIBA: 3

3. Grecja - tak jak wspomniałem przy zespole USA, jeszcze kilka dni temu to zestawienie wyglądałoby inaczej. Na pewno Grecy znaleźliby się na miejscu pierwszym, Hiszpania na drugim, a USA na trzecim. Dwa spotkania wystarczyły, aby wszystko się przewróciło. Może na wyrost, ale prawda jest taka, że po podopiecznych Jonasa Kazlauskasa spodzieawłem się nieco więcej. Nie oznacza to jednak, że Fotsis, Spanoulis, Diamantidis, Borusis i reszta, nie zagrają na tyle rewelacyjnie, by znaleźć się w finale.

Ranking FIBA: 4

4. Serbia - Milos Teodosić i wszystko jasne. Jego się po prostu nie da nie lubić, po prostu się nie da. Serbia już podczas Eurobasketu 2009 pokazała, że jest zespołem, który może spokojnie rywalizować z najlepszymi, co prawda dostała srogie lanie w finale od Hiszpanii, ale młody i niedoświadczony zespół Dusana Ivkovića musi być brany na poważnie. I to nawet mimo tego, że w pierwszych trzech meczach (Angola, Niemcy, Jordania) nie będzie grał zawieszony Nenand Krstić, a w dwóch wspomniany wcześniej Teodosić.

Ranking FIBA: 5

5. Argentyna - co prawda nie do końca wierzę w silną pozycję Argentyny w sytuacji kiedy w zespole nie ma ani Manu Ginobillego, ani Andreasa Noccioniego, ale drużyna zajmująca pierwsze miejsce w rankingu FIBA nie będzie chłopcem do bicia, tylko trudny, twardym przeciwnikiem. W zespole znajdują się m.in. Francisco Oberto, Luis Scola, Carlos Delfino, Paolo Quinteros, Pabo Prigioni. Mało? Dodając do tego solidnych graczy rezerwowych i świetne zrozumienie od lat, dostajemy mieszankę która w dalszym ciągu znajduje się w czołówce światowej.

Ranking FIBA: 1

Zespołem do oglądania, moim zdaniem czarnym koniem rozgrywek, tym kto sprawi najwięcej niespodzianek może okazać się Brazylia (14 w rankingu FIBA), która w ubiegłym roku zdobyła złoty medal Mistrzostw Ameryk odbywających się w Portoryko. W składzie Brazylii są m.in. nowy nabytek San Antonio Spurs Tiago Splittera, obrońcę Toronto Raptors Leandro Barbosę czy środkowego Cleveland Cavaliers Andersona Varejao. I szkoda tylko, że w niesamowicie silnej grupie B, w której znajduje się Brazylia, są też inne pretendujące do miana czarnego konia zespoły - Chorwacja i Słowenia.

A przecież w stawce są jeszcze prowadzeni przez Kestusisa Kemzurę Litwini, osłabieni (Tony Parker, Michael Pietrus, Rony Turiaf) choć wcale nie słabi Francuzi, grający bez Dirka Nowitzkiego Niemcy i mimo wszystko groźni gospodarze Mistrzostw Świata - Turcy.

Sporo oglądania przed nami, a na zakończenie typy na pierwszy dzień.

Grecja - Chiny - 1

Nowa Zelandia - Litwa - 2

Australia - Jordania - 1

Tunezja - Słowenia - 2

Rosja - Portoryko - 1

Kanda - Liban - 1

Angola - Serbia - 2

USA - Chorwacja - 1

Wybrzeże Kości Słoniowej - Turcja - 2

Francja - Hiszpania - 2

Niemcy - Argentyna - 2

Iran - Brazylia - 2

Sporą dawkę emocji i transmisji z Mistrzostw Świata zapewni nam TVP Sport, już 28 sierpnia będzie można zobaczyć:

17:55 - USA vs Chorwacja

20:25 - Niemcy vs Argentyna

Wszystkie spotkania dostępne są też na FIBA TV. Wykupienie dostępu do usługi kosztuje 30 Euro.

EDIT: Miałem codziennie typować i krótko podsumowywać wyniki meczów Mistrzostw Świata, najprawdopodobniej jednak ta sztuka nie uda mi się każdego dnia i notki o MŚ będą pojawiały się w momencie dużych wydarzeń, lub takich które jakoś uznam za znaczące.

Subskrybuj RSS