Kategorie: Wszystkie | Europa | Felietonowo | Inne | Marketingowo | MŚ 2010 | NBA | PLK | PLKK | Przemilczane w tygodniu | SPR TBL
RSS

Felietonowo

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

GoPro bez zawleczki w obudowie? Znalazłem rozwiązanie.

To będzie wpis z serii roboczo przeze mnie nazwanej user-content, czyli taki, który ma zaproponować czytelnikowi realne rozwiązanie jakiegoś problemu lub dać całkiem użyteczną wiedzę.

W tej serii, na KolekcjonerzeButów ukazały się m.in. wpisy dotyczące obuwia budżetowego do koszykówki oraz tego przecenionego.

Wracając jednak do dzisiejszego tematu. Wszyscy wiemy doskonale, że firmy produkujące samochody wcale nie zarabiają kroci na sprzedaży aut, a na sprzedaży części do wytworzonych przez siebie automobili. Podobna sytuacja ma miejsce wśród producentów sprzętu. Apple zarabia na bardzo, bardzo drogich akcesoriach, pojedyncze podzespoły komputerowe (dyski SSD) potrafią być droższe niż średniej klasy laptop, podobnie zresztą jak oryginalny pilot do telewizora, którego cena może przekroczyć nasze najśmielsze oczekiwania.

Często spotykamy się też z sytuacją, w której nie możemy dokupić pojedynczego elementu, który akurat uległ zniszczeniu, a zostajemy zmuszeni do dokupienia całego kompletu części.

Ale zaraz, bo ten wpis miał być o sporcie, a przynajmniej o jednym z elementów dookoła sportu.

Do rzeczy.

Od niedawna jestem szczęśliwym posiadaczem kamery sportowej GoPro Hero3 Silver (tak gdyby jakiś ciekawski znowu chciał zaglądać mi w portfel - nie dostałem od nikogo, kupiłem sam, udowodnię w zeznaniu podatkowym jak już wybierzecie mnie na posła). Sprzęt jest rewelacyjny, ale nie w tym rzecz (tak, mam nadzieję, że GoPro wynagrodzi moje piękne słowa na ich temat darmowymi akcesoriami).

Montując kamerę na ramie roweru miałem malutki wypadek. Wyjmując sprzęt z obudowy, spod jednego z przycisków wypadła mała – nazwijmy ją – zawleczka, która pozwala utrzymać przycisk w obudowie. Malutkie kółeczko z dziurkami (widoczne na zdjęciu - oryginalne są te srebrne) spadło na podłogę i niestety nie byłem w stanie go odnaleźć.

Kamera funkcjonuje ok, obudowę da się zamknąć, ale ci którzy mają ten sprzęt, wiedzą, że nie nadaje się już do zdjęć podwodnych, a przycisk będzie po prostu wypadał, bo nie jest niczym przytrzymywany.

Płakałem, następnie pytałem w sklepach z akcesoriami GoPro, szukałem na stronie internetowej i Allegro. Bez powodzenia. Nikt, ale to absolutnie nikt nie był mi w stanie pomóc z tym fantem. Chciałem kupić przyciski i zawleczki, bo przecież to musi być gdzieś do kupienia. Pomyłka, można kupić jedynie całą obudowę. Profesjonaliści odsyłali mnie do internetu (daa), nie mogli znaleźć rozwiązania.

Nie, nie wydam 200+ złotych na całość, skoro potrzebuję jednego, drobnego elemetu. Zrobię to staroświeckim polskim sposobem – kombinatoryką. Dorobię ten element sam, albo wsadzę tam coś, co będzie spełniało jego funkcję.

Znam dość dużo osób, ale najlepszym inżynierem, takim pomysłowym Dobromirem w takich sytuacjach jest mój dziadek. Dziadek filozof i swego czasu główny inżynier ruchu w Elektrowni Turów, gdzie wyszkolił większość pracujących obecnie specjalistów.

Domyślacie się, że znalezienie rozwiązania nie zajęło mu dłużej niż kilka minut? Ten 83-letni facet wziął obudowę, wrócił z nią za pół godziny. Z ułomnej stałą się pełnosprawna.

Jak? Ta mała zawleczka, która wygląda niczym kosmiczna technologia, to nic innego niż zwykła część, którą możemy spotkać w ... zegarkach. Dziadek wziął obudowę do zegarmistrza, a ten w trzy minuty uzupełnił brakujący element. No jest innego koloru, jest nieco większy (nie przeszkadza zupełnie w funkcjonowaniu) niż jego oryginalni bracia od GoPro, ale jest i działa.

Koszt? Wraz z robocizną całe, astronomiczne, ogromne ... 5 złotych. Zamiast 200? Nie powiem, opłacało się włączyć w sobie trochę polskości i zamiast kupić obudowę, po prostu pomyśleć. 

piątek, 23 sierpnia 2013

Radzki. Zwariowałeś! – pomyślałem podczas mojej ostatniej wizyty w Zgorzelcu. – Chcę zorganizować spotkanie wszystkich zainteresowanych tematyką sneakersów! Sneaker Con w Polsce? Dlaczego nie spróbować? – kołatało w głowie. Szalony pomysł! Skąd w ogóle mi się wziął?

Do tej pory myślałem, że moje uwielbienie do kicksów przyszło w momencie, gdy kochana ciocia z Australii wysłała do Polski Nike Waffle Racer. Oj, myliłem się strasznie.

Okazuje się, że to wszystko zasługa Jakuba Boehme. Nie wiecie kto to? Boehme to filozof, gnostyk, mistyk, uznany za pierwszego filozofa, który pisał po niemiecku (tak, wtedy Łużyce należały do naszych zachodnich sąsiadów), a nie po łacinie. A do tego, to ówczesny mistrz szewski. Ze Zgorzelca. Tak jak ja!

Określany jest najlepszym szewcem wśród filozofów i najlepszym filozofem wśród szewców. M.in. na cześć Boehmego w Zgorzelcu i Goerlitz organizowane jest co roku wielkie święto, podczas którego w obu miastach można spotkać handlarzy z całej Polski i kawałka Niemiec. Festyn ma przypominać o istnieniu na terenie Łużyc Górnych w XVI i XVII wieku było szlaku Via Regia. Drogi, która byłą drogą królewską i przez to była pod specjalną ochroną. Kupcom dawało to możliwość spokojnego podróżowania i uniknięcia rujnujących ich grabieży. Ale dość przynudzania o historii.

Będąc ostatnio w rodzinnych stronach spotkałem się z przyjacielem mojego ojca, który zna mnie tak długo jak cała moja rodzina. Zawsze wiedziałem, że Maciek miał swój udział w organizacji Jakubów (tak nazywa się to święto i jarmarczny festyn), ale byłem zaskoczony że aż tak dużo. Od słowa, do słowa, okazało się, że Maciek i jego ojciec, znany osobom w moim wieku jako Dziadek Dobrzyński (autor kilku książek o Zgorzelcu i okolicy) byli pomysłodawcami i twórcami koncepcji całego festynu.

- Młody – zwrócił się Dziadek do swojego syna kilkanaście lat temu – a może tak by tak wykorzystać fakt, że mamy tu dom Jakuba Boehme i przebiegał przez Zgorzelec szlak Via Regia?

Maciek odpowiedział tylko „ok.", a reszta jest historią. W Jakubach, niestety ostatnio mocno zaniedbanych, bierze udział ogromna liczba osób, festyn stał się jedną z wizytówek Goerlitz i Zgorzelca, a po stronie niemieckiej impreza rozrosła się tak, że ściąga turystów. A wszystko przez to, że jeden facet przypomniał sobie o fakcie istnienia szewca Jakuba Boehme!

W Polsce to postać zapomniana, ale doceniana za granicą. Dom szewca Beohmego w Zgorzelcu odwiedził nawet sam Nicolas Cage, wielki fan filozofii mieszkańca Łużyc Górnych. Boehme wywarł też niezwykły wpływ na polskich twórców, Adama Mickiewicza czy Juliusza Słowackiego, którzy wzorowali się na pracach szewca filozofa.

Oficjalnie uznaje się, że patronem szewców i tkaczy byli Święci Kryspin i Kryspinian. Można uznać także, że są to ci sprawujący pieczę nad nami, sneakerheadami. Jednakże tak jak nie można pominąć, że ojcem naszej pasji i patronem tego zainteresowania jest Michael Jordan, tak też ja na pewno zapamiętam na zawsze, że Jakub Boehme naznaczył mnie miłością do butów.

I dlatego wzorem Jakubów chciałbym, aby w końcu udało nam się stworzyć coś podobnego. Coroczne spotkanie wszystkich zainteresowanych tematyką sneakersów! Sneaker Con w Polsce! Wierzę w to! Chcę tego spróbować! Zróbmy to razem! 

Oryginalny wpis pochodzi ze strony Kolekcjonerbutow.pl

wtorek, 25 czerwca 2013

Ani centymetra suchego miejsca na swoim ciele nie mają władze Tauron Basket Ligi. I wcale nie jest spowodowane to panującymi w całym kraju ulewami. Powodem wylania na rządzących TBL wiadra pomyj jest kolejna propozycja zmian w regulaminach rozgrywek męskiej ekstraklasy.

EDIT: Siedem minut po umieszczeniu wpisu na blogu, PLK zmniejszyło minimalną pojemność hali z trzech do dwóch tysięcy miejsc. Część wpisu traci więc na aktualności, ale zostawiam do wglądu. Szybko reagują, nie powiem. :-)

Propozycje tuż przed weekendem przedstawił prezes PLK, Jacek Jakubowski. O tym możecie szczegółowo przeczytać tutaj.

Wczoraj jak grzyby po deszczu wyrosły opinie na temat proponowanych zmian i tego, co przez ostatnie dwa lata temu wydarzyło się w TBL. W jednym z tekstów na Polskikosz.pl czytamy wypowiedź Jacka Jakubowskiego o procesie jakim jest liga kontraktowa i tym, że nie jest celem, tylko krokiem, daje możliwości. Autor nie zgadza się z prezesem.

Trudno nam się zgodzić z prezesem PLK. 

Pozwalam sobie pociąć fragmenty tekstu Pawła Łakomskiego, bo łatwiej będzie mi się odnieć. Otóż tak, liga kontraktowa to proces i zaprzeczenie temu pokazuję delikatną nieznajomość tematu. Liga decydując się na tę poważną zmianę formatu rozgrywek nie dała klubom gotowych rozwiązań, dała im narzędzia, którymi mają się posługiwać. Oczywiście ci bardziej dociekliwi powiedzą - mogli to robić też bez regulacji, bo przecież tak można.

Pewnie, że można było to zostawić, ale gdy coś nie działa, lepiej to sensownie uregulować, bo wyobraźmy sobie sytuację gdzie wszyscy wiemy, że trzeba jeździć prawą stroną drogi, ale formalnie ten przepis nie obowiązuje.

Kontynuując wątek koszykarski i cytowany fragment.

W trakcie ligi kontraktowej z rozgrywkami ekstraklasy musiały się pożegnać takie kluby jak ŁKS Łódź, Polonia Warszawa, PBG Basket Poznań, czy AZS Politechnika Warszawska

Pisałem o tym już wczoraj Pawłowi na Twitterze. To naciąganie rzeczywistości i wyciąganie błędnych wniosków. Upadek, bankructwo, rozwiązanie (wybierzcie sobie jedno) wymienionych wyżej klubów to nie skutek powstania ligi kontraktowej, to problem koszykówki ogółem w skali kraju, braku pieniędzy na ten sport w dużych ośrodkach. Liga kontraktowa dała możliwości - o czym wspomina Jacek Jakubowski - ale nie gwarantuje, że klub będzie grał, bo po prostu istnieje. Zarówno w lidze kontraktowej jak i tej funkcjonującej we wcześniejszej formie, Polonia, ŁKS, PBG Basket, AZS Politechnika byłyby tylko rocznym, dwuletnim zjawiskiem.

Zamiast docenić wysiłek prezesów, którzy pracują w małych ośrodkach i przeważnie z wielkim trudem pozyskują środki na zespół w ekstraklasie, to i tak najczęściej są karani. 

A tutaj zgadzam się w stu procentach. Tylko nie do końca wiem z czym konkretnie. Tak, nagradzajmy tych, którzy pracują dobrze, nie tylko z małych czy dużych ośrodków. Nie tylko tych z pieniędzmi czy bez. Chciałbym jednak, żeby autor wskazał mi za co mamy konkretnie nagradzać, co w delikatnym stopniu jest powiedziane w dalszej części tekstu.

Kompletnym bezsensem i bzdurą, na którą liga nie może sobie pozwolić i bardzo szybko musi zrezygnować z jednego proponowanego pomysłu. Chodzi o kary za brak hali na trzy tysiące widzów. I choć mam pewne uwagi co do minimum ilości miejsc na hali (o czym za chwilę), to tak nie rozumiem idiotycznego wręcz pomysłu by pieniądze z kar z brak odpowiedniego obiektu dać zesopłom, które grają w europejskich pucharach. 

Panowie prezesi opamiętajcie się. Te drużyny stać na to, żeby występować w Europie, a wy niczym zły Robin Hood chcecie zabrać tym zapewne biedniejszym i zasilić konta bogatych. Ciuś, ciuś.

I tutaj Paweł podaje ciekawą propozycję, by pieniądze z kar zamrozić i przekazać na konkretny cel.

Niech te 100 tys. zł zostanie ''zamrożone'' w kasie klubu i przeznaczone akcje marketingowe klubu. Np. niech kluby zapewnią na każdym meczu 100 darmowych biletów dla dzieci ze szkół. Cokolwiek, aby pieniądze danego klubu, nie zostały przejedzone, tylko spożytkowane na ich własne cele. Prawdopodobnie obie strony wyszłyby na tym zadowolone – władze ligi i przedstawiciele klubów. 

Ma to jakieś ręce i nogi, może niekoniecznie darmowe bilety dla dzieci ze szkół, bo to pewnie i tak kluby realizują zgodnie ze swoją i sponsora polityką, co podkreśla Jacek Jakubowski. Może trzeba iść dalej, dać te pieniądze na marketing per se - pensje dla pana, który będzie robił fajne, ciekawe, profesjonalne i dobrej jakości wideo, dla tego, który będzie zajmował się działaniami w mediach społecznościowych i tego, który obecnie jest media menegerem, zarabia marne pieniądze i musi dorabiać na drugim etacie.

Może stworzyć nawet listę propozycji dla klubów z ogólnymi działaniami marketingowymi, reklamowymi i wesprzeć realizację takich działań - nawet na poziomie strategicznym, taktykę zostawić samym klubom. W ten sposób wilk będzie syty i menczester siti. 

- Decyzje finansowe powyżej 50 tysięcy złotych muszą być zaakceptowane przez Radę Nadzorczą PLK. Nie uważam, aby była potrzeba narzucania klubom wymogów w sprawie polityki dystrybucji wejściówek i strategii działań w tym zakresie. Kluby według mojej wiedzy zapraszają już i tak duże grupy młodzieży szkolnej do aktywnego uczestnictwa w meczach. Każdy klub prowadzi w oparciu o relacje ze swoimi sponsorami własne działania CSR w tym zakresie – czytamy po fragmencie o zamrożeniu pieniędzy z kary dla klubu. Wypowiedź ta jest autorstwa prezesa PLK.

Nie jestem wyedukowany w czytaniu, kazali mi zawsze tylko pisać albo mówić, ale mam wrażenie, że mowa była o niebie, a niektórzy mówili o chlebie.

A jeśli chodzi o hale? Przytoczmy najpierw kolejny cytat Jacka Jakubowskiego.

Większe hale dają większe możliwości marketingowe i promocyjne. Motywują też kluby do położenia większego nacisku na frekwencję i imprezy okolicznościowe. Dają możliwość rozwoju, bo dziś mecze na tym poziomie, to nie tylko spotkania dwóch drużyn grających w koszykówkę, ale przede wszystkim widowiska sportowe, które mają być atrakcyjną formą spędzenia wolnego czasu dla całej rodziny

Absolutna zgoda co do większych możliwości marketingowych i promocyjnych. Trochę naciągane moim zdaniem jest stwierdzenie, że większe daje większe możliwości, ale powiedzmy, że niech i tak zostanie. Prawda jest taka, że dzięki nowoczesnym, dobrze wyposażonym (niekoniecznie większym) dostosowanym do światowych standardów halom, organizatorom widowisk łatwiej proponować cokolwiek w obszarze hospitality.

I absolutnie umarłem ze śmiechu, gdy przeczytałem fragment o imprezach okolicznościowych. Albo cytat w artykule jest niekompletny, albo komuś sufit spadł na głowę. Klub sportowy, czy w tym przypadku koszykarski, ma zajmować się organizacją meczów koszykarskich i to promować. Impreza okolicznościowa - rozumiem, że chodzi tu o imprezy miejskie, koncerty etc - to problem miasta, MOSiR/OSiR czy innego podmiotu odpowiedzialnego za promocję w XXX. Klub? Tak, może  się podłączyć i pokazać na koncercie East West Rockers czy Mariki. Argument imprezy okolicznościowej mający podpierać i promować tezę - większe hale dla klubów - to tak jakbyśmy mówili - to teraz wybudujcie przy hali basen, będzie przychodziło kilkaset osób. Sorry, nie interesują nas dożynki miejskie.

I pozostawiając pod dyskusję oraz do zastanowienia - ciekawe czy większa hala np. w Zgorzelcu poprawi frekwencję podczas meczów koszykarskich w tym mieście. Obecnie na trybunach z łatwością można dostrzec puste miejsca, a Centrum Sportowe mieści około 1500 osób. Podobnie w Starogardzie, Tarnobrzegu, Słupsku, etc, etc. 

Ok, powiedzmy, że to myślenie przyszłościowe, kiedy produkt przestanie być co najwyżej przeciętny (a tak naprawdę marny) i koszykarski bum ponownie wróci do Polski.

 

EDIT:

piątek, 14 czerwca 2013

Polska nie jest sportową pustynią. Znaleźliśmy ostatnio lepsze określenie - jesteśmy sportową Irlandią. I przykro mi bardzo, że ten piękny i zielony kraj na chwilę stał się dla mnie tak dołującym skojarzeniem.

Dlaczego w mojej głowie pojawiła się właśnie Irlandia?

Odbyłem ostatnio kilka ciekawych rozmów na temat ogólnej kondycji polskiego sportu. Ciekawych, ale niestety bardzo dołujących.

W jednej z nich znajomy, który prowadzi małą i bardzo przyjemną knajpkę we Wrocławiu, opowiedział mi jak to nie był w Irlandii i wyszedł porzucać sobie do kosza.

Opowiadał, że przechodnie patrzyli na niego jak na kosmitę, bo - jak się okazało po kilku rozmowach - nigdy nie widzieli nikogo, kto grałby w kosza. Co więcej, ten sam znajomy opowiadał o popularnych irlandzkich sportach.

Te, znane są u nas głównie jako ciekawostki, które ktoś pokaże nam na YouTube, a ich nazw nawet nie jesteśmy w stanie powtórzyć. Dla nich są to sporty narodowe, na trybunach zasiadają tysiące ludzi i cały kraj emocjonuje się to zwycięstwem międzynarodowym, to meczami ligowymi. U nas? Gwarantuję te dyscypliny nie aspirują nawet do roli niszowych. One po prostu tak jak Lwy, w Polsce nie występują.

Do czego zmierzam? Sporty, którymi się interesujemy, bo osiągamy w nich sukcesy, to dyscypliny, które większość świata ma absolutnie za nic istotnego. Może niekoniecznie całkowicie nieznane, ale traktowane jako te trzeciego, czwartekgo, albo nawet niższego szczebla.

Bo oczywiście my wszyscy cieszymy się, że mamy tak wspaniałych sportsmenów jak Maja Włoszczowska, Justyna Kowalczyk, Adrian Zieliński i wielu, wielu innych, którzy zdobywają medale, są w czołówkach swoich kategorii i biją rekordy.

Odnosimy też sukcesy w innych miejsach, które często są wyśmiewane pod kątem atrakcyjności - wspomnieć tu należy o Karolinie Winkowskiej. Jej sukces, nagłośniony przez zaprzyjaźnionego mi Jacka Gadzinowskiego, został nieco spłaszczony do poziomu - kitesurfing i tak się nikt nie interesuje.

Warto odnotować fakt, że trzy lata temu młode dziewczynki z Wrocławia, które grają w baseball pojechały do Portland na Mistrzostwa Świata. Reprezentacja Lacrosse wzięła udział w Mistrzostwach Świata w Manchesterze, a nasz Futbol Amerykański ciągle rośnie w siłę.

Szkoda, że nic nie znaczymy na rynku sportów prawdziwie masowych. Bo chyba nikt nie sądzi, że takimi są skoki narciarskie czy żużel?

Wybaczcie, ale dla mnie osobiście jak i zapewne dla wielu osób wielbiących żeglarstwo lub kajakarstwo, te dwa sporty często pokazywane w telewizji są taką samą niszą jak kitesurfing dla innych. Tym masowym można powiedzieć, że jest siatkówka, która według ostatnich raportów jest 10 najpopularniejszym sportem na świecie.

Zatrzymajmy się na chwilę. Jeśli traficie na jakiś artykuł lub rozmowę, gdzie padnie stwierdzenie, że siatkówka to drugi najpopularniejszy sport na globie, spytajcie - a co z tenisem (2), krykietem (3), baseballem (4), tenisem stołowym (5), koszykówką (6), hokejem (7), golfem (8) i rugby (9)?

I tu zapewne spotkamy się z kontrą - te sporty w Polsce nie są popularne. W Polsce nie, na świecie (nie w USA) są i uprawiają je miliony.

Żużel? Skoki narciarskie? Biathlon? Szanujmy się, sporty dla nielicznych. Mówiąc złośliwie - podobnie jak wyśmiewany przez wielu kite. Bo nikt mi nie wmówi, że łatwo uprawia się siatkówkę, żużel, skoki narciarskie czy biathlon. Łatwo uprawia się piłkę nożną czy bieganie.

I tak specjalnie w wielu miejscach po prostu pomijałem wcześniej piłkę nożną. Ta dyscyplina jest w tym momencie poza jakimkolwiek równaniem i rozmową o sporcie ogólnie. Nie możemy do niego porównywać, nie możemy mówić - bo w piłce jest tak i tak. Generalnie jestem zdania, że wydawanie tak ogromnych pieniędzy na sport, w którym nie jesteśmy przeciętni (ani liga, ani kadra), wyniki sportowe są żadne, a zainteresowanie i wyniki marketingowe wciąż na poziomie o lata świetlne wyprzedzające poziom sportowy, to potężny paradoks.

Klucz do innego podejścia? Widoczna zmiana postaw społecznych - bo we wszystkm trzeba widzieć pozytywy.

Prawdą jest i nikt nie odkryje tu amryki w konserwie, że zmieniły nam się diametralnie postawy społeczne. I miejmy nadzieję, że to właśnie ten czynnik ludzki, delikatna zmiana mentalu pójdzie jeszcze dalej.

Całe szczęście coraz mniej jest tych panów z brzuszkiem, siedzących przed telewizorem w klapkach Kubota (niekoniecznie Łukasza), koszulce bez rękawków, pijących piwo i jedzących czipsy, co chwilę kurwując jaka to ta kadra piłkarska nie jest słaba (jednocześnie licząc na to, że kolejny trener i 2-3 dobrych graczy będzie w stanie pokonać Niemców, Hiszpanię czy Holandię). Obecnie coraz więcej spotykamy ludzi aktywnych - chodzących na basen, kochających jazdę na rowerze, bieganie, rolki, czy wspomniany kite, wakeboard, snowboard etc.

Poza tym wiele sportów, które dla nas są niszą, to dyscypliny budujące lifestyle, zainteresowanie modą (może nie klasyczną i chodzenie w rurkach oraz marynarkach) i napędzające sprzedaż, wzrost gospodarczy. Ile to osób zaczęło tworzyć koszulki z fajnymi i śmiesznymi tekstami i rysunkami sportowymi? Czy też sprzęt dla alpinistów, kurtki, okulary przeciwsłoneczne etc.

Dzięki temu, w kraju zaczęło się robić weselej, kolorowiej. Ulice przestały być szare i ponure, a facet w zielonej kurtce i kolorowych butach nie jest już clownem, tylko po prostu tym facetem, który żyje jak chce. Konkluzja? Jak dla mnie, nie umniejszając nikomu, skoki narciarskie (możecie wstawić żużel, biathlon, pływanie synchroniczne) są takim samym nośnikiem i posiadają taką samą (jak nie mniejszą) atrakcyjność jak sporty, które w naszej kulturze funkcjonują dużo krócej.

I co z tego, że w tym momencie sponsorzy wolą X, skoro w Y też mamy sukcesy i trend (sponsoring i zainteresowanie) może zostać odwrócony bardzo szybko. 

wtorek, 04 czerwca 2013

Mieliśmy doczekać się kolejnego, polskiego -Gate. Nazwa, którą moglibyśmy operować to Money-Gate. Udział w niej biorą, choć nieco w cieniu, przedstawiciele koszykarskiego Śląska, całe środowisko koszykarskie we Wrocławiu oraz - po drugiej stronie barykady - władze miasta z prezydentem Rafałem Dutkiewiczem na czele. 


Kilkanaście dni temu pisałem na blogu, że Wrocław Śląska nie kocha i nie da pieniędzy na ekstraklasową koszykówkę spod herbu Śląska.

Okazuje się, że samo nie w kuluarach nie wystarczy, bo władze Śląska Wrocław z Maciejem Zielińskim i Michałem Lizakiem na czele postanowiły wytoczyć ciężką artylerię i jak na prawdziwych wojskowych przystało, powalczyć o teoretycznie utracony teren. 


Śląsk wytoczył ciężką artylerię - jaką, to już wszyscy doskonale wiedzą. W internecie pojawiły się już artykuły, które opisują całą sytuację, a na kanale Śląska na YouTube można zobaczyć nagranie z całej konferencji prasowej, którą klub zorganizował w poniedziałek 27 maja.


Prawdę mówiąc spodziewałem się, że po takim kategorycznym wypunktowaniu prezydenta Wrocławia, Rafała Dutkiewicza, w mediach będzie się gotowało. Miałem wrażenie, że władze Śląska wkładają nieco kij w mrowisko, że będzie próba odparcia ataku ze strony miasta i w końcu, że ktoś spyta władz czy dały pieniądze, mają zamiar dać, czy w końcu nie chcą dać i pomóc koszykarskiemu Śląskowi.


A w lokalnych dziennikach i portalach internetowych pojawiły się tylko suche informacje - Śląsk chce, Śląsk buduje budżet, Śląsk dzwoni do Dutkiewicza.


Gdyby taka sytuacja spotkała - po raz kolejny - piłkarski Śląsk, lub jakikowliek inny klub T-Mobile Ekstraklasy, musiałbym prosić Zygmunta Solorza, aby jak najszybciej wprowadził nową usługę internetową i zamienił bardzo szybkie LTE na ultraszybkie (nieistniejące przecież) HSDLTE (czy jak tam się nie będzie nazywał następca LTE), bo dotychczasowe łącza nie dawałyby rady w dosyłaniu do czytników kolejnych informacji o tego typu akcji. 


Prawdę mówiąć, takie sytuacje jak obecna, źle wpływają na moje zdrowie psychiczne i nerwy. To pokazuje dobitnie w jakiej sytuacji i kondycji znajduje się koszykówka w Polsce. Tą nie interesują się już nawet dziennikarze. Być może dlatego, że szef działu lub redaktor naczelny czy też wydawca powiedzieli - Koszykówka? Nie, tego nie damy na czoło.


Po Prokom-Gate, Stelmach-Gate, Hodge-Gate etc, mogliśmy mieć kolejny materiał, który pozwalałby koszykówce pojawić się na głównych sliderach (przynajmniej) portali sportowych. Informacje nie niosły by za sobą pozytywnego sentymentu, ale niestety, to właśnie te negatywne, nacechowane aferą, przebijają się wysoko.


Zamiast tego mamy wielki klops. 

Oczywistym jest, że Śląsk stara się poprzez media wpłynąć na decyzję miasta i pokazać, że władze są be i nie chcą pomóc 17-krotnym przecież mistrzom kraju. Oczywistym jest, że wiele osób ze stolicy Dolnego Śląska nie zgadza się z tym, aby miasto dawało pieniądze na Śląsk. Jeszcze inni jeszcze upatrują w tym walki politycznej i skoro tak jest, niech na ten Śląsk pieniądze wykłada nie miasto, a druga strona tej walki. 


Każda z tych osób jakieś jak i swoje racje ma, ale cała sytuacja sprowadza się tylko do jednego.

Jeśli zostawimy całą wojnę poza nami, jeśli zostawimy ją tym, którzy chcą w nią grać i pomyślimy tylko o sprawach sportowych. Tylko o tym, że na parkiety ekstraklasy wraca wielokrotny mistrz Polski. Drużyna, która wyprzeda hale w obcych miastach i my chcemy po prostu oglądać odradzającą się we Wrocławiu koszykówkę, a w najbliższej przyszłości może i walki o tytuł, VTB, Euroligi.

Jeśli pomyślimy o tym, że być może jest to początek zmian w polskim baskecie i (miejmy nadzieję) początek przywrócenia koszykówce statusu sportu dla 2 milionów Polaków, a nie 17 tysięcy, to może zdamy sobie sprawę z tego, że taka cisza, obojętność i wytykanie palcami kolejnych politycznych napierd*&# pomiędzy facetami spoza naszego zasięgu prowadzi do niczego innego, tylko jeszcze większego zapomnienia o tym najpiękniejszym na świecie sporcie.

Wolałbym więc, aby w na Dolnym Śląsku i w całej Polsce w powietrze wyleciała bomba o nazwie Money-Gate, niż tą przerażającą ciszę oznaczającą pustkę.

piątek, 31 maja 2013

Natknąłem się na ciekawy artykuł dotyczący marek, które w najbliższym czasie najprawdopodobniej znikną z rynku. 

Eksperci 24/7 Wall Street twierdzą, że obok J.C. Penney, Nook, Martha Stewart Living Magazine, Living Social, Volvo (!), Olympus (!), Leap Wireless, Mitsubishi Motors (!), Road & Track, z rynku w USA zniknie także marka WNBA.

Głównym argumentem, którym posiłkują się znawcy rynku amerykańskiego jest fakt, że David Stern, ojciec WNBA i komisarz NBA przez trzy dekady, odchodzi na zasłużoną emeryturę.

It is hard to imagine how the WNBA could have survived without his support, and that will soon be gone.

W artykule brak głębokich analiz, ale eksperci prezentują liczby, które dają mocno do myślenia. Przede wszystkim w WNBA gra obecnie 12 zespołów, sześć z nich od 1996 roku zniknęło z rynku, a trzy zmieniły miasto rodzinne. 

Największym problemem jest jednak to, że WNBA cieszy się popularnością, którą można porównać do zainteresowania Tauron Basket Ligą. 

Średnia widownia na meczach jest nieco niższa niż 7,5 tysiąca widzów (18 tysięcy w NBA) i w trzech miastach jest niższa niż 6 tysięcy. Ciekawe, że nawet w Nowym Jorku, mieście koszykówki, nie udało się osiągnąć średniej 7 tysięcy, a oglądalność spadła na łeb na szyję pomiędzy 2011, a 2012 rokiem. 

Kluby tracą pieniądze, a niska frekwencja i słabe wyniki oglądalności w telewizji, tylko pogarszają sprawę.

Czy WNBA zniknie z rynku? Niewykluczone, bo koszykówka żeńska zawsze była jakby na uboczu innych, czołowych sportów (w tym na uboczy sportu akademickiego). 

Problemy WNBA nie są jedynymi w żeńskim baskecie, z którymi się ostatnio zetknąłem. Podobna sytuacja ma miejsce w Polsce. Basket Liga Kobiet (BLK) - bo tak brzmi nowa nazwa ligi - przyciąga na mecze po kilkaset osób, mecze są nudniejsze niż te najnudniejsze w TBL, a kłopoty tylko się mnożą.

Przykładowo, powstanie BLK to nie tylko odświeże identyfikacji wizualnej i zmiana nazwy na ładniejszą, bardziej pasującą do obecnych warunków rynkowych, ale także przejęcie praw do organizacji rozgrywek przez Polski Związek Koszykówki. 

Do tej pory było tak, że PZKosz przekazywał/sprzedawał prawa do organizacji rozgrywek zewnętrznej spółce - zarówno w przypadku PLK jak i PLKK. 

Co ciekawe, za dyscypliną nie poszedł podobno dotychczasowy sponsor lub jak kto woli partner PLKK - firma Germaz - a obecnie zarządzający BLK raczej nie przyciągnęli do siebie nowych podmiotów, które wsparłyby koszykówkę kobiecą.

W środowisku słychać szepty, że władze PZKosz próbowały rozmawiać bezpośrednio z Dariuszem Miłkiem, żeby ten wsparł BLK (a także obie reprezentacje narodowe). Ten odmówił, bo interesuje go wspieranie własnych drużyn - koszykarskich czy kolarskich - a nie całej ligi.
Rzekomo rozmawiano też z Can Pakiem. Te rozmowy też raczej nie zakończyły się sukcesem. 

Ah. Byłbym zapomniał. BLK będą podobno zarządzali Olga Kijewska i Adam Romański.



Tagi: blk wnba
09:27, anfernee , Felietonowo
Link Komentarze (5) »
wtorek, 21 maja 2013

Według niepotwierdzonych do tej pory informacji – ćwierkałem o tym kilka dni temu – Wrocław nie da ani złotówki na koszykarski Śląsk Wrocław. Na Śląsk, który kilkanaście dni temu awansował do Tauron Basket Ligi i powrócił w należne sobie miejsce.

Obecnie nie wiadomo czy nieoficjalne przecieki, które twierdzą, że miasto nie da pieniędzy są równoznaczne z tym, że można zapomnieć także o jakiejkolwiek umowie barterowej ze spółką miejską Spartan i ewentualnym udostępnianiu hali Orbita za (teoretyczne) darmo.

Tak na marginesie, zarządzanie samą halą, chce podobno przejąć od Spartana firma Impel.Ciekawe jak zakończy się ta sytuacja.

Śmieszną jest natomiast sytuacja, z którą spotyka się koszykarski Śląsk Wrocław. Czasem mniej czasem bardziej umiejętnie skrywana niechęć miasta do tego podmiotu jest po prostu zabawna. Rozumiem, że magistrat wcale nie musi wspierać prywatnego podmiotu jakim jest WKS Śląsk Wrocław.

Rozumiem też to, że miasto nie musi dawać pieniędzy na sport zawodowy, bo przysłowiowy Kowalski (który w tym danym mieście płaci podatki) może chcieć, aby jego pieniądze zostały przekazane na operę, teatr, place zabaw dla dzieci czy ścieżki rowerowe.

To co dzieje się jednak we Wrocławiu absolutnie nie dotyczy kwestii niechęci do sportu obywateli tego miasta, nie dotyczy też tego, że miasto nie daje środków na sport zawodowy czy w ogóle na sport.

Sprawa dotyczy tylko niechęci do tego jednego podmiotu (miasto wspiera piłkę nożną, ręczną, siatkówkę i koszykówkę w WKK). Przypomnijmy sobie, że przecież Wrocław i Rafał Dutkiewicz, jeszcze dwa lata temu z wielką chęcią dzielili się miejskim budżetem z koszykówką. Tylko, że była to koszykówka, którą swoim nazwiskiem firmował Przemysław Koelner. I absolutnie nie można mieć pretensji do wrocławskiego biznesmena o to, że dofinansowanie przyjął. Można tylko zastanawiać się, dlaczego magistrat dawał pieniądze tamtemu podmiotowi i nie jest chętny na finansowanie Śląska firmowanego oficjalnie nazwiskiem legendy sportowej Wrocławia – Macieja Zielińskiego.

Kilka przedziwnych odpowiedzi usłyszałem. Podobno władze miasta twierdzą, że pieniądze dla WKK były przeznaczone na szkolenie młodzieży, a nie na sport zawodowy, a to jak zostały wydane, to już nie sprawa magistratu.

Piękny bullshit. Po co była więc konferencja – wracamy do ekstraklasy, miasto daje pieniądze.

Poza tym skoro więc miasto nie chce wspierać sportu zawodowego (co wiemy, że jest nieprawdą), rozumiem, że 12 milionów pożyczki na piłkarski Śląsk poszło na młodzież i boiska we Wrocławiu, 7.5 miliona ze Spartana (o czym ostatnio pisał dziennikarz Gazety Wyborczej Wrocław, Jacek Harłukowicz), przeznaczono na trawę na stadionie, a 4 miliony z MPWiK na tej trawy podlewanie.

Kupując jednak to, że miasto chce dać pieniądze na młodzież, zakładam się, że nie będzie żadnego problemu, żeby ekstraklasowy Śląsk przyjął pieniądze, które celowo będą przeznaczone na szkolenie grup młodzieżowych klubu.

Ciekawe jest też to, że miasto bardzo długo kupowało sobie czas, aby ogłosić decyzję o finansowaniu (lub nie) Śląska. Magistrat zwlekał, odpowiadał, że najpierw koszykarze musza wywalczyć awans, a wtedy będzie można rozmawiać.

Stało się więc bubu. Awans został wywalczony, więc ostatni kontrargument – brak ekstraklasy – został z rąk władz miasta wytrącony. Oficjalnej decyzji dalej jednak nie ma, a przecież można by się pochwalić – to nasi chłopcy, to Wrocław, my im pomożemy, bo chcemy być sportową potęgą. Po co jednak, skoro to jest gra ego, a nie dobra czy promocji miasta i sportu.

Z mocno nieoficjalnych informacji wiem, że w niedługim czasie mają być prowadzone jeszcze próby rozmowy z władzami miejskimi czy też członkami komisji sportu.

I wcale nie chodzi o to, że Śląsk żebra o pieniądze, bo bez wsparcia miasta sobie nie poradzi. Pewnie sobie poradzi, ale z przychylnością magistratu na sto procent będzie łatwiej.

Jak ewentualne rozmowy i próby uzyskania dofinansowania się zakończą? Przewiduję ciężką batalię, ale poczekajmy na rozwój wydarzeń. 

środa, 15 maja 2013

Wiecie, że są w naszym kraju kluby, które po cichu osiągnęły sportowy i organizacyjny sukces/sukcesik?

W pierwszej wersji tego tekstu, chciałem odważnie powiedzieć, że Turów - dosłownie - zarobił na grze w VTB. Niestety dla zgorzeleckiego klubu jak i dla głównej tezy tego tekstu, tak się nie stało. Ale nie było daleko.

Po zebraniu kilku faktów z pełną odpowiedzialnością stawiam jednak tezę, że gra w lidze VTB najzwyczajniej się opłaca i rozgrywki te powinny w niedługim czasie cieszyć się coraz większym zainteresowaniem.

Uprzedzając pytania i obrzucanie błotem, tak doskonale pamiętam, że VTB zaistniało w świadomości polskich fanów koszykówki w momencie Prokom-Gate i wizerunek tej organizacji jest w naszym kraju nieco spalony.

Pamiętajmy jednak również, że problemem w przypadku Prokomu, nie była sama chęć występów w VTB, ale niechęć do gry w Tauron Basket Lidze.

Dlaczego opłaca się grać w VTB? Bo PGE Turów Zgorzelec nie dość, że wzmocnił się sportowo (o czym później), to dodatkowo jeszcze zagrał więcej spotkań i wydał na grę w VTB mniej niż na grę w Pucharze Europy.

Gdyby VTB w dalszym ciągu płaciło za sam występ w meczu 10 tysięcy Euro, a za zwycięstwo kolejne 20 tysięcy, to Turów z pewnością w tym momencie byłby mocno na plusie w bilansie przychodów i rozchodów. VTB zmieniła nieco system rozgrywek i premiowania i obecnie kluby dostają odpowiednią kwotę za zajęcia miejsca X w swojej grupie i całych rozgrywkach.

Jakie to są kwoty? Tego nie wiem, bo w regulaminach VTB próżno szukać konkretnych cyfr, te zapewne trafiły do aneksów regulaminów lub też umów, które VTB przesłała bezpośrednio do klubów.

Z dobrych źródeł wiem, że Turów dzięki zajęciu ósmego miejsca w swojej grupie ósmego miejsca wyszedł na zero jeśli chodzi o koszty poniesione na podróżach - a to zwykle stanowi największą część organizacji meczów.

Szokujące jest to, że po nagrodzie za ósme miejsce, Turów zapłacił za grę w VTB dużo, dużo mniej niż za organizację meczów w EuroCup. Przede wszystkim dlatego, że zgorzelczanie mogli większość spotkań rozgrywać we własnej hali, a nie tak jak w poprzednich latach we Wrocławiu, Zielonej Górze czy Libercu. Ale, nie można zapomnieć też o tym, że przecież w VTB Turów zagrał aż 18 spotkań, przy zaledwie 6 meczach, które były do rozegrania w EuroCup.

No i co najważniejsze dla fanów, mogli oni już w fazie grupowej oglądać dużo lepsze zespołu niż te w EuroCup. I co najważniejsze, zgorzelczanie w spotkaniach z potentatami koszykarskimi prezentowali się naprawdę nieźle, nie rozkładali rąk, bo po drugiej stronie jeden zawodnik zarabia tyle, ile wynosi cały budżet Turowa. Trener Miodrag Rajković nie raz pokazał, że ma pomysł na to jak prowadzić drużynę, jak zaskoczyć rywala i co najważniejsze udawało mu się to.

Niezaprzeczalnym jest także fakt, że starcia w VTB z takimi drużynami jak Chimki, Uniks, Lietouvos itd, spowodowały, że gracze nabywali ogrania na wysokim poziomie, a mierząc się z dużo lepszymi przeciwnikami niż na co dzień w TBL, nie straszne im obecnie wyjść na parkiet i ogrywać zespoły naszej ligi (powołam się tu na casus Prokomu sprzed roku i przeciętnych, często niechcianych gdzie indziej zawodników, ogrywających resztę ligi).

Opłacało się? Moim zdaniem jak najbardziej. 

piątek, 03 maja 2013

Play-off to czas który kocham Nie ma lepszego momentu sezonu koszykarskiego niż play-off. Jeśli jest ktoś, kto twierdzi inaczej, bardzo sprawnie i szybko zachęcam do skorzystania z terapii wstrząsowej.

Emocje wywoływane przez play-off są tym, czego potrzebuje każdy człowiek, strach, smutek, radość, szczęście, niepewność ... Po prostu cała gama.

Oczywiście w sezonie zasadniczym przytrafiają się takie spotkania, w których dostajemy podobną dawkę emocji, jest ona jednak tym czynnikiem dodanym do meczu. W play-off ogromny wulkan emocjonalny jest stałą i główną częścią widowiska. To też moment, w którym często bardziej liczą się chęci niż talent, a taki element jak kluczowe atrybuty męskości, czyli ... cechy wolicjonalne, są nie do przecenienia.

Dlaczego?

Bo to moment, w którym rządzi tylko i wyłącznie jedno prawo - win or go home. Nie ważne, czy gramy do 1, 2, 5 czy 12 zwycięstw. Z każdym kolejnym meczem w zawodnikach i kibicach rosną oczekiwania lub pryskają marzenia.

W środę zenit emocjonalny można było obserwować we Wrocławiu, gdzie Śląsk i Siden miały czterdzieści minut, by udowodnić przeciwnikowi, że to właśnie oni, a nie ten drugi zespół zasługują na znalezienie się w finale pierwszej ligi.

To jak przebiegał pojedynek można było przeczytać już w wielu miejscach, między innymi tu. Nie o samym meczu ma być jednak ten wpis, ale o zawodnikach, którzy powodują, że jeszcze bardziej kochamy play-off.

W przypadku Śląska zwykle mówi się o dobrych meczach Pawła Kikowskiego (i słusznie), często pojawia się nazwisko lidera zespołu Radosława Hyżego, solidnego pod koszem Michała Gabińskiego, czy generała tej armii Marcina Fligera. Rzadziej, ale jednak pojawia się, nazwisko starszego z braci Diduszko - Łukasza.

Często jednak zapominane jest to, które w ostatnim czasie dla Śląska znaczy tak dużo i w którym (może to lekkie nadużycie), ale można szukać podobieństw do zachowań, które cechowały samego Macieja Zielińskiego.

Norbert Kulon, bo o nim mowa, to facet, który nie wiadomo, czy nie daje Śląskowi tak dużo dobrego jak każdy z wymienionych wyżej graczy.

W jednym z tekstów na zaprzyjaźnionym blogu 3Sekundy pojawił się kiedyś fragment, w którym ze zdziwieniem opisywana była sytuacja wystwienia mierzącego niespełna 190 cm Kulona, przeciwko znacznie wyższemu Tomaszowi Celejowi. Wielu kibiców pewnie zadawało sobie pytanie, dlaczego trener Jankowski zdecydował się na tak karkołomny i zarazem spektakularny ruch.

Otóż, bo Norbert Kulon to prawdziwy terminator, fizyczna bestia, która przy swoim wzroście i warunkach fizycznych potrafi wycisnąć ciężar 110 kilogramów, ma bardzo silne i sprawne nogi, a starający się grać tyłem do kosza Celej chciał przepchnąć tylko teoretycznie słabszego fizycznie przeciwnika i zapewne czuł się jakby przepychał ścianę.

Specjalizacją Kulona nie jest oczywiście krycie 20 centymetrów wyższych, byłych topowych strzelców ekstraklasy, ale uprzykrzanie życia rozgrywającym drużyn przeciwnych.

O tym jak irytujący jest Kulon wybitnie przekonali się praktycznie wszyscy rozgrywający ligi, a ostatnią ofiarą terminatora był Łukasz Żytko. Doświadczony gracz wybitnie męczył się z zawodnikiem, który w barwach Śląska spędził całą karierę. Kulon poniewierał przeciwnika, wywierał presing na całym parkiecie i popisywał się swoim firmowym zagraniem. Podczas presingu Kulon bardzo dobrze pracuje na nogach, a gdy tylko wyczuje, że zawodnik z piłką stara się na nim podeprzeć, szybko odskakuje o pół kroku powodując wywrotkę przeciwnika i przeważnie przechwytuje piłkę.

Kibice Śląska to zagranie, stosowane przede wszystkim wśród zawodników podkoszowych, widzieli przez ostatnie lata wielokrotnie.

Oprócz tej było nie było, spektakularnej i cieszącej publiczność akcji defensywnej, Kulon pracuje też w obronie w sposób prawie wzorowy przy presingu. Aktywnie odcina linie podania, nie pozwala dojść do rzutu, nie daje się minąć, a jak już do tego dochodzi, zawodnik ataku musi wykonać katorżniczą pracę, by minąć tego małego rzepa.

Ponadto gracz Śląska, jak już zresztą wspomniałem, ma charakter, który jest idealny do walki w play-off. Nie boi się, wychodzi, robi swoją robotę, a jak trzeba, to wznosi się na wyżyny swoich umiejętności, by tylko pomóc zespołowi.

Może to nie ta skala, ale z pewnością facet, który w ten sposób reprezentował barwy Śląska gdzieś na tej hali jest, a gdyby ktoś nie wiedział gdzie, to polecam czasem rzucić okiem na trybunę honorową i wypatrzyć mężczyznę z tatuażem Śląsk na przedramieniu. 

piątek, 08 czerwca 2012

Jeszcze wczoraj chciałem bronić nieco Jana Tomaszewskiego. Wszyscy doskonale wiemy, że nasz były wybitny bramkarz ma niewyparzony język, plecie trzy po trzy i w tym swoim przecudownym, agresywnym i emocjonalnym słowotoku, częściej niż rzadziej, obrazi to swojego przyjaciela, to trenera (kimkolwiek by nie był) kadry, jednego, drugiego zawodnika i jeszcze niechcąco, z rozpędu zaczepi o swoją rodzinę.

Niemniej jednak, tak samo jak każdy z nas, tak samo Jan Tomaszewski ma prawo do swojego własnego zdania i ma prawo to zdanie wyrażać. Możemy się z nim nie zgadzać, możemy uważać nawet, że opinia jest nieprawdziwa czy zwyczajnie głupia. Bo też mamy do tego prawo.

Były bramkarz reprezentacji Polski głośno mówi o tym, że kibicuje kadrze Niemiec. I super, ma prawo. Tak samo ma prawo nie nazywać reprezentacji narodowej, reprezentacją narodową, tylko drużyną Smudy. Ma, bo dlaczego miałby nie mieć? Niech sobie kibicuje komu chce, mi osobiście to nie przeszkadza. Przeszkadza mi natomiast druga kwestia, to Panie Janie, jest kadra Polski, czy Pan tego chce czy nie. Czy będzie Pan tańczył taniec brazylijskich gejów, śpiewał serenady, pisał pisma do Ministerstwa Magii i Czarów, to nie zmieni faktów, że jest to reprezentacja Polski.

Ale przecież u Was w partii, nikt nie będzie nikomu wpierał, że białe jest białe, a czarne jest czarne. Prawda?

I w gruncie rzeczy, chciałem dodać swoje trzy słowa obrony do ataków, które spadły na naszego byłego reprezentanta, za to że otwarcie mówi o kibicowaniu Niemcom. Tylko, że jak grom z jasnego nieba, spadły na mnie jednak ostatnie wypowiedzi posła PiS. Trzeba być skończonym ignorantem i niezwykle łakomym szumu medialnego człowiekiem, żeby mówić, że ktoś nie ma prawa wypowiadać się na temat piłki nożnej, siatkówki, koszykówki, zdrowia, rodziny, polityki - i mógłbym tak wymieniać do momentu, aż padą mi baterie w klawiaturze. A to ze względu na cholernie długą żywotność obecnego kompletu, trwało by jakieś osiem miesięcy.

Jan Tomaszewski twierdzi:

Słyszę jedynie polityków, celebrytów, panie prowadzące programy informacyjne, jak to się świetnie znają na piłce. Wszyscy chcą zabłysnąć. Wszyscy tacy mądrzy. Powiem wprost – dla mnie to jest żenada. To jest populizm. Nie mogę patrzeć na tych wszystkich polityków-patriotów-idiotów, którzy teraz przy okazji Euro zaczynają mądrzyć się na futbolowe tematy. Teraz futbolowym ekspertem może być nawet niejaki Materna. Jemu się wszystko podoba, on wszędzie widzi plusy. Dlaczego? Bo ma z tego korzyści. Poklepie Grzesia Latę po plecach i zawsze jakiś spektakl z okazji otwarcia stadionu dostanie. Swego czasu siedział ze mną w studio, był też Antoni Piechniczek i w pewnym momencie zapytałem „Przepraszam, na jakiej podstawie pan to robi?". No, ale to komediant, satyryk. Widocznie lubi jak się ludzie z niego śmieją.

Już raz na łamach bloga to zrobiłem i ponownie zacytuję moją bardzo bliską koleżankę - OJCNP (wiecie, że ze względu na wulgaryzmy, musicie ten skrót rozszyfrować sami). Myślę, że Pan Jan, może spokojnie starać się nie tylko o fotel posła (który już ma), ale i naczelnego satyryka kraju. Wspomniany przez Pana Jana, Krzysztof Materna, może zacząć kupować pieluszki i obgryzać paznokcie. Ba, co więcej myślę, że gdyby żył George Carlin, zakończyłby karierę, a inni stand-uperzy, po prostu schowaliby mikrofony i spalili notatki.

Pan Jan Tomaszewski mówi o populiźmie, Pan Jan Tomaszewski mówi o korzyściach i opluwa tych, którzy zachowują się w sposób, jaki jemu nie odpowiada. Szanuję naszego byłego bramkarza, szanuję jego zdanie i nawet zdarza mi się powtarzać, że w niektórych sprawach ma rację, ale agresywny styl wypowiedzi, gęsta atmosfera którą wprowadza czy też spora ilość haseł - tak, tak - POPULISTYCZNYCH, powodują, że te sensowne wypowiedzi tracą jakąkolwiek siłę i zanikają w steku krzyków oraz bzdur, które rzucane są na potrzeby chwili. 

Do łeż rozbawiła mnie też poniższa wypowiedź, znaleziona na łamach portalu Tomasza Lisa. Autor oczywiście ten sam, o którym mowa od początku notki.

Każdy niech słucha, kogo chce. Ja artysty komediowego wypowiadającego się na temat piłki słuchać nie zamierzam! Tak jak tych wszystkich polityków, którzy krzyczą teraz „tak, tak, żyjemy Euro, ściskamy kciuki za Polskę", a jak pytam ich o ośmiu zawodników podstawowego składu, to siedzą cicho. Ręce opadają. Dla nich, dla wszystkich celebrytów-przebierańców i Materny – też, mam jeden apel: stonujcie trochę, bo na piłce to się GÓWNO znacie.

Moje pytanie brzmi - czy to odnosi się tylko do sportu, czy możemy też stosować np. w polityce?

Szkoda, że kilku wybitnych sportowców, moje pokolenie zapamięta jako krzykaczy i (przepraszam) błaznów. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Subskrybuj RSS