NBA

wtorek, 20 sierpnia 2013

Jak zapewne pamietacie Kobe Bryant tuż przed play-off doznał kontuzji ścięgna Achillesa. Lider Lakers nie był w stanie dokończyć sezonu ani zagrać w postseason.

Kobe to walczak i gracz niezwykle ambitny, wie to każdy fan koszykówki i udowadnia to nam po raz kolejny. Bryant już powrócił do treningu po operacji i ćwiczy m.in. na bieżni ... grawitacyjnej. 

Zobaczcie jak wygląda takie urządzenie.

 

A tak trenuje Kobe

14:40, anfernee , NBA
Link Komentarze (1) »
sobota, 01 czerwca 2013

Dwa dni temu odbyłem krótką, ale bardzo treściwą rozmowę z moim przyjacielem Maćkiem. Był zdruzgotany listą, którą przygotowało Yahoo. Możecie ją zobaczyć tutaj.

Maciek jest wielkim fanem Spurs, w sumie to on zaraził mnie miłością do tego klubu. Wcześniej tylko szanowałem i podziwiałem drużynę Duncana, Popovicha, Manu, Tonego i Davida. Szumi w jakiś sposób sprawił, że zawsze chcę by to srebrno-czarni stawali na podium.

Maciek na moją prośbę, obalając dość dziwną listę Yahoo, przygotował swoje propozycje najlepszych role players San Antonio Spurs z ostatnich lat.

Oddaję głos Maćkowi. Enjoy.

Wyrzucam z listy Yahoo 

Speedy Claxton - jego legenda rośnie wraz z upływającym czasem. Prawda jest jednak taka, że mial tak naprawdę jeden dobry mecz w finałach 2003 roku, a ludzie piszą, że grał lepiej niż Tony Parker. Cytując Shaq'a - stop it! Speedy notował 5,2 pkt. i 1,9 as. w play-off. Był w San Antonio tylko jeden sezon. 

Steve Kerr - jeden z moich ulubionych zawodników, a teraz chyba najlepszy analityk w rodzinie TNT. Niestety on także jest postrzegany poprzez pryzmat jednego meczu finału konferencji 2003 roku z Dallas w którym trafił cztery trójki. Gdy przychodził do Spurs był już tylko cieniem znakomitego role playera z dynastii chicagowskich byków. Swój czas w San Antonio w głownej mierze spędzał z Kevinem Willisem na końcu ławki rezerwowych. 

Jarren Jackson - jeden z kilku zawodników na tej liście w stylu 3 and D. Walczył o miejsce z Mario Ellie i o ile wkład czysto koszykarski był podobny to mistrzowskie doświadczenie i leadership przemawiają zdecydowanie za Mario. 

Matt Bonner - król sezonu zasadniczego. statystyki plus-minus i wyszukanych kanapek. Po prostu Red Mamba. Niestety król dławił się jak tylko przychodziły play-offy. Na sczęście dla Matta, Pop wciąż darzy go nieuzasadnioną miłością (chyba, że Red Mamba posiada jakieś kompromitujące Popa fotki), co procentuje długimi minutami na parkiecie podczas toczących się rozgrywek.

Tak wygląda nowa, lepsza lista.

10. Nazr Mohamed - podczas sezonu regularnego 04/05 aktualni mistrzowie Detroit Pistons zmiażdżyłi Spurs w dwóch spotkaniach w których się spotkali. Osamotniony Duncan nie radził sobie z braćmi Wallace, McDyessem i Eldenem Cambellem. Na szczęście z pomocą  dla Ostróg przybył genialny inaczej Gm Knicks Isiah Thomas i zabrał z ich rąk kiedyś cennego, ale przepłacanego i podstarzałego Malika Rose'a oddając w zamian Nazr'a który okazał się być kluczowym elementem w walce o tytuł. Mohamed odciążył Tima wykonując "brudną", ale za to jak ważną robotę pod koszami.

9. Mario Elie - wraz z Avery Johnsonem był mentalnym liderem Spurs kiedy sięgali po swój pierwszy tytuł. Wnosił mistrzowskie doświadczenie i boiskowy swagger, którego brakowało raczej spokojnym i poukładanym gwiazdom S.A.

8. Fabricio Oberto - w każdy wrorek gram ze znajomymi w kosza. Gra z nami "Kosa". Nie jest najbardziej utalentowany, najszybszy, najwyższy, nie skacze wysoko i nie ma jakiegoś super rzutu, a jednak każdy chce mieć go w swojej drużynie. "Kosa" stawia świetne zasłony, ścina ostro pod kosz, walczy o każdą piłke, zawsze podaje do lepiej ustawionego kolegi i robi wszystkie te małe rzeczy których nie pokażą statystyki, ale które są niezbędne żeby wygrywać mecze. Właśnie to robił Fab dla Spurs.

7. Stephen Jackson - ulubienic kibiców. Stak5 zarażał wszystkich swoją energią i dawał Spurs inny wymiar wprowadzając nutkę szaleństwa do tej poukładanej maszyny. Uwielbiał grać pod presją. Był takim anty Bonnerem. Kiedyś reporter zapytał go czy czuje presję przed ważnym meczem. Odpowiedział I make love to pressure (ja uprawiam miłość z presją). Jednak przez problemy z dostosowaniem się do reżimu Popa był dwa razy wyrzucany z San Antonio.

6. Michael Finley - profesjonalista. Był gwiazdą w Dallas, ale od pierwszego dnia pobytu w San Antonio schował swoje ego i poświęcił statystyki, żeby stać się członkiem mistrzowskiego zespołu. Udało mu się to w 2007 roku. W Spurs zmienił się z dynamicznego idywidualisty w zespołowo zorientowanego strzelca z dysansu.

5. Brent Barry - członek dwóch mistrzowskich ekip Spurs (2005 i 2007). Jego niezwykle wysokie koszykarskie IQ pozwalało mu spełniać wiele różnych ról w systemie Popovicha. Brentowi nie sprawiało problemu granie na róznych pozycjach. Był takim koszykarskim kameleonem zmieniającym barwę w zależności od potrzeb drużyny.

4. Malik Rose - żołnierz w talii Popa. Żadne zadanie nie było za trudne dla tego chłopaka z Filadelfii. Niczym Rocky walczył z potężną siłą kolosa Ivana Drago (Shaq w tej roli), czy też uganiał się z szybkim jak błyskawica Apollo Creedem (Jason Kidd, Latrell Sprewell). Dwukrotny mistrz ze Spurs (1999 i 2003)

3. Robert Horry - absolutny G.O.A.T. jeśli mówimy o najlepszych role players w historii. Walnie przyczynił się do każdego z 7 mistrzowskich tytułów jakie zdobył wraz z Rockets, Lakers i Spurs. Nie był gwiazdą, ale zawsze potrafił znaleźć się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Fani Spurs zawsze będą go pamiętali za piąty mecz finału przeciw Pistons w którym nie tylko świetnie grał, ale także oddał zwycięski rzut.

2. Avery Johnson - mały generał był niewątpliwie duchowym przywódcą Spurs. Przez lata wytykano mu, że jest za mały żeby poprowadzić zespół do mistrzostwa NBA. W 1999 roku poprowadził Spurs do tytułu i udowodnił, że serce jest równie ważne jak warunki fizyczne.

1. Bruce Bowen - pięć razy w pierwszej piątce obrońców ligi. Trzy razy w drugiej. Trzy tytuły mistrza. Co noc branie na siebie ciężaru krycia najlepszego strzelca drużyny przeciwnej. Do tego jeden z najlepiej rzucających za 3 punkty z rogów boiska. Krytycy mówili, że grał nieczysto, że szczypał, gryzł i drapał, ale wszyscy marzyli w głębi duszy żeby mieć takiego zawodnika u siebie. 

Tagi: Spurs
19:23, anfernee , NBA
Link Komentarze (2) »
niedziela, 28 kwietnia 2013

Nate Robinson, rozgrywający Chicago Bulls, był wczoraj w czwartej kwarcie po prostu niewiarygodny.

Ten filigranowy, nieźle zbudowany chłopczyk, który wygrał trzy konkursy wsadów, w samej tylko czwartej kwarcie zdobył 23 punkty (w mieście Michaela Jordana) i był głównym sprawcą tego, że doszło do dogrywki i drugiej i (już bez udziału Robinsona) trzeciej.

Zobaczcie jak Robinson rzucał punkty bezradnym Netsom.

Ogladając ten mecz w nocy i obserwując co dzieje się na Twitterze, można było odnieść wrażenie, że mecz pomiędzy Bulls i Nets, zgodnie z hasłem Nike - Basketball Never Stops - nigdy się po prostu nie skończy. Co więcej, gdy rozpoczynała się pierwsza dogrywka, w Memphis swoje boje zaczynali gracze Clippers i Grizzlies. Gdy w tym meczu syrena oznajmiła koniec pierwszej połowy, w Chicago ciągle trwała trzecia dogrywka. 

Wielu z nas miało wrażenie, że ten mecz nie dobiegnie końca, albo wcześnie zakończy się spotkanie w mieście Elvisa.

Coś niewiarygodnego, jeśli nie widzieliście, żałujcie.

 

Tagi: NBA
13:57, anfernee , NBA
Link Komentarze (2) »
niedziela, 13 stycznia 2013

The Chosen One, ten znaczek lwa na kolejnych edycjach LeBronów od Nike i liniach odzieżowych, samo określenie Król James czy inne nawiązujące do tego, że LeBron James jest monarchą, zawsze nieco mnie irytowało.

Cały czas wydawało mi się to nieco napuszone - bo niby czym ten król rządził? Najbardziej beznadziejnym programem jaki ESPN kiedykolwiek wyemitowało?

Pomijając kwestie poboczne, nie da się ukryć, że LeBron James jest koszykarzem wybitnym. Utalentowanym, potrafiącym na parkiecie robić wszystko, do tego także fizycznym monstrum. Jednak, do początku tego roku, gdyby ktoś spytał mnie o to, od kogo zacząłbym budowę składu mając do wyboru obecnych koszykarzy, miałbym mały problem. Kobe? LeBron? Durant? Melo? Howard? Chris Paul? Pewnie postawiłbym na Duranta i to tylko z tego względu, że bak Czarnej Mamby jest już niemal pusty.

W tym momencie, bezapelacyjnie, bez dwóch zdań i bez mrugnięcia okiem wziąłbym LeBrona Jamesa. Szok! To takie zaskakujące oprzeć budowę składu o najlepszego koszykarza na świecie. I wcale nie chodzi o to, że LeBron zdobył tytuł, złoto olimpijskie, został sportowcem roku Sports Illustrated, ESPN, CBS, Kuriera Gminnego w Środzie Śląskiej i radia Erewań. Chodzi o to, że James jest koszykarskim potworem i nawet jakbym nienawidził go najbardziej na świecie, to nie wyobrażam sobie dać komu innemu możliwość posiadania takiego kogoś w swoim składzie.

Wiele osób pewnie stuknie się w głowę i powie, że w powyższym akapicie dopuściłem się poważnego kłamstwa. Bo przecież to jak teraz widzimy LeBrona, to głównie zasługa zdobytego tytułu, tego że ten dzieciak z Acron w końcu nauczył się wygrywać, ma już w swojej głowie tak zwany blueprint, czyli strategie, koncepcję, wie jak, kiedy i co zrobić, żeby wejść na szczyt. Nic bardziej mylnego, LeBron nie zmienił się, bo zdobył tytuł.

LeBron zmienił się - pozwolę sobie użyć przekazu z jednej z reklam Michaela Jordana - bo poznał smak porażki. I czym poskutkowało to, jak wszyscy dookoła siedli mu na karku? W skrócie - założył na palec pierścień. Ale jest też dłuższa historia, którą widać gdy patrzy się na grającego Jamesa.

Jak? Przede wszystkim nadużyciem nie będzie stwierdzenie, że King James (tak, po zasługach wymienionych powyżej, dodatkowo tytułąch MVP, można powiedzieć śmiało, że James jest monarchą) dominuje parkiet koszykarski gdy tylko na niego wchodzi. Dominuje na rozegraniu, dominuje na skrzydle, dominuje w zdobywaniu punktów, dominuje pod tablicą zbierając piłki, dominuje gdy blokuje z pomocy, a także broniąc jeden na jednego i napedzając szybki atak. Naprawdę ciężko znaleźć w tym momencie słabą stronę Jamesa.

W jednym z meczów, który notabene był bodźcem do napisania tego tekstu, byłem pod wielkim wrażeniem tego, jak zachowuje się LeBron. Kilkanaście miesięcy temu zarzucano mu bowiem, że nie potrafi grać tyłem do kosza i przy swoich warunkach fizycznych powinien jak najszybciej nauczyć się dominować ten obszar gry - co zresztą było prawdą. Co zrobił James? Nic szczególnego - po prostu zaczął grać tyłem do kosza. I w tym momencie nie chciałbym być obrońcą, który musi stawać na post-up z Jamesem. Jego 115 kilogramów i niezwykła siła powodują, że na przykład taki Thabo Shefolosha obijał się od pierwszych rzedów trybun niczym krążek w Air Hockey. Efekt? 54 procent skuteczności z gry - najwyższy w karierze.

Wcześniej, bo kilka lat temu mówiono też, że James ma bardzo słaby rzut z półdystansu i dystansu. Umie wchodzić pod kosz i kończyć akcje potężnymi wsadami. Nauczył się więc rzucać tak, że nie sposób odejść od niego na pół metra. Nie jest może Kevinem Durantem czy Carmelo Anthonym, którzy mają jakby większą łatwość zdobywania punktów (tak, wiem że to brzmi komicznie kiedy piszę o facecie, który z łątwością mógłby być królem strzelców NBA ze średnią powyżej 33 punktów w meczu), ale w tym sezonie James trafia 4 na 10 trójek - najlepszy wynik w karierze.

Pamiętacie gościa, o którym mówiło się, że nie umie rzucać z półdystansu? To ten sam, o którym mówiło się, że nie umie bronić i ten sam, o którym mówiło się, że nie jest team player. Efekt? 6 mistrzostw, jeden z najlepszych jumperów na półdystansie w historii - i na pewno najlepszy fadeaway - dwie nagrody dla najlepszego obrońcy itd, itd. Wiecie już o kim mówię?

Nie bez przyczyny przywołuję tu Michaela Jordana. Nie bez przyczyny we wstępie wspominałem o tym, że w tym momencie bez dwóch zdań biorę LeBrona jako filar dynastii. To co obecnie robi ten zawodnik bardzo przypomina to, co robił Jordan. James wchodzi na parkiet i nie tylko wygrywa, nie tylko notuje świetne statystyki, ale także udowadnia wszystkim przeciwnikom, że to on jest szeryfem w tym mieście i on będzie dyktował warunki. 

10:46, anfernee , NBA
Link Komentarze (1) »
niedziela, 21 października 2012

W nowym numerze MVP opisałem po krótce rewelacyjne NBA 2K13. I zdania nie zmieniam, bo fizyka w tej grze powoduje, że jest ona bliska ideału - a jeśli nawet nieco dalsza niż mi się wydaje, to i tak twórcy zrobili kolejny mały kroczek programistyczny, który jest wielkim krokiem społeczności koszykarskiej.

Nie jestem jednak bezkrytyczny i tak samo jak bez problemu wymienię wady sprzętu od Apple, tak i NBA 2K13 ma swoje potknięcia, które mogą spowodować wybuchy negatywnych emocji.

Poniżej wymienię kilka rzeczy, które we mnie powodują delikatne narastanie frustracji. Grałem głównie w MyCarrer, więc najwięcej uwag mam do tego trybu. Ale nie zapomnę też o plusach i ciekawostkach.

Na początek negatywy.

Bad pass - w momencie kiedy piłka dochodzi do adresata ale była dotknięta (nie zmieniła kierunku ruchu) przez obrońcę. No głupie niemiłosiernie dodając do tego jeszcze fakt, że po takim pseudo złym podaniu, nie zalicza się nam asysta.

Allow offensive rebound - szczególnie kiedy stoimy przy swoim zawodniku sześć metrów od kosza, a piłkę zbiera ktoś z drużyny przeciwnej. Nie zdarza się to często, ale ma miejsce. Kilka razy widząc ten komunikat po prostu głośno przeklnąłęm. Do poprawki.

Trudność z rozegraniem zagrywki - na początku miałem w ogóle kłopot ze znalezieniem opcji włączającej lubiane przez wielu z nas strzałki zagrywek. Jak już w końcu udało mi się przekopać przez menu (są w presentation), to ... uwaga - możemy grać zagrywki i wywoływać je, kiedy gramy jako PG, ale z innej pozycji już nie. I nawet pomimo włączonego playcalling i tak nie jesteśmy w stanie widzieć tego, co chce zagrać nasz rozgrywający.

Allow man to score - po zasłonie, na której w 99% przypadków następuje switch. Panowie z tym trzeba coś zrobić, w prawdziwym świecie za gracza ofensywnego mającego piłkę w rękach odpowiada też ten drugi obrońca od picka. W skrócie - twórcy gry nie uwzględnili w najprostszych sytuacjach czegoś takiego jak rotacja.

Save - nie wiem, czy twórcy chcieli specjalnie generować sobie ruch na serwerze, ale zapisywanie stanu gry po każdym przejściu z jednego punktu menu do drugiego, to jakiś absurd. Ponadto, zapisywanie trwa bardzo długo i ... trzeba być ciągle online. Przytrafiło mi się przypadkiem zagrać dwa mecze offline, a następnie stan gry wrócił do momentu kiedy konsola odłączyła się do internetu. WTF?

Jeremy Lin - gram jako PG, trafiłem w drafcie do Houston, gdzie wylądował ten, którym wszyscy fascynowali się w lutym (sam do tego grona się nie zaliczam). Walczyłem o pozycję, wygryzłem Lina z pierwszej piątki, ale w moim drugim sezonie Kevin McHale przesunął mnie na SG, a na jedynce gra absolwent Harvardu. Fajnie? Nie, bo Lin to typowy balhog!

Dream Team "MODE" - serdecznie wszyscy dziękujemy za stworzenie tego wybitnego trybu gry, którego po prostu nie ma. Akcja promocyjna 2k13 opierała się między innymi na pokazaniu Dream Teamu w rywalizacji z zespołem USA z 2012 roku. Miały być fajerwerki, wizyty w zakładach pracy, nagrody, uśmiechy. Skończyło się na dodaniu tych drużyn do puli wszystkich zespołów. No a my możemy zagrać zwykły exhibition aby pocieszyć się rywalizacją dwóch wcześniej wymienionych drużyn. Zagrałem raz i więcej nie mam zamiaru.

A co z pozytywami?

Są, ale wszystkich opisywał na pewno nie będę. Kilka z nich - REALIZM - można znaleźć w krótkiej recenzji w nowym magazynie MVP.

Wciągające MyCareer - w ubiegłym roku ten tryb nie był tak fajny jak w tym, nie wciągał tak bardzo i nie doprowadzał do tego, że w 20 dni rozegramy 1,5 sezonu. Przynajmniej ja tak nie miałem. Bardzo, bardzo dobre MyCareer (chciałem napisać świetne, ale jeszcze kilka rzeczy do poprawki widzę) powoduje, że nie chcemy włączać innych trybów gry.

Lepszy startowy overall - w ubiegłym roku, jak i bodaj dwa lata temu, startowaliśmy z overall na poziomie IQ kury - czyli 40. W tym roku twórcy gry postanowili, że tak dramatyczny poziom gracza odstrasza nawet najzagorzalszych fanów chcących być częścią NBA. Mi szybko nudziły się mecze z poziomu 18 minut, 1 punktu, 1 zbiórki, 2 asyst, 6 strat i FG na poziomie 0/12. Będąc trenerem z całą pewnością dałbym takiemu facetowi blisko 20 minut w meczu. Tym razem jest sensowniej, jesteśmy w stanie kozłować, rzucić w stronę kosza tak, aby piłka nie tylko dotknęła jego konstrukcji, ale i nawet wpadła do środka. Jesteśmy w stanie bronić i gdy trochę się postaramy, po pierwszym sezonie możemy już walczyć o uznanie w lidze.

Dodatkowe gry - np. na iOS czy Androida, gdzie dzięki kilku prostym minigierkom i quizom, możemy podbijać sobie poziom VC. To bardzo miło ze strony twórców 2k13, bo nabijanie VC tylko dzięki meczom to proces niezwykle czasochłonny. A jest też gra na Facebooku, ale prawdę mówiąc nie wiem co daje nam w rozgrywce konsolowej.

Tryb sezonu - rozegrałem zaledwie kilka meczów, ale mam drobne obserwacje in plus. Mam wrażenie, że w poprzednich wersjach Jaś Kowalski, przy minimalnym staraniu był w stanie wyłączyć z gry LeBrona Jamesa, Kevina Duranta, Kobe Bryanta. No, może nie całkowicie, ale zmarginalizować ich rolę. Tym razem nie jest to takie łatwe, a LeBron jak nie szybszy, to faktycznie silniejszy od rywala. W pojedynkę tych megagwiazd zatrzymać się po prostu nie da. I dobrze, bo to nierealne.

Stoją pod znakiem zapytania

Drills - z całą pewnością fajniejsze niż ostatnio, ale nagroda za wykonanie ćwiczeń od 20 do 60 VC, to stanowczo za mało. Albo po prostu się czepiam.

Social media - fajny dodatek, całkiem interesujące urozmaicenie menu, ale podobnie jak liczba fanów ogółem, nie wiem po co jest w grze. Nie chodzi mi o to, żeby z tego zrezygnować, ale o to, że nie znam celu tworzenia czegoś, co nic nie daje (a takie mam na ten moment wrażenie).

MyTeam - próbowałem, ale szybko straciłem cierpliwość. Zastanawiałem się, czy tego trybu nie wrzucić do negatywów, ale grałem za mało, za krótko i zbyt niecierpliwie, żeby być tak kategorycznym. Sprawdźcie po prostu sami.

Ogółem? Warto. O ile 2k12 od 2k11 nie dzieliła aż taka różnica, tak w 2k13 zmiany widać i czuć bardzo wyraźnie. Szczególnie zachęcający jest bardzo usprawniony tryb MyCareer. 

12:49, anfernee , NBA
Link Komentarze (8) »
sobota, 08 września 2012

Jeśli nie widzieliście pierwszej części świetnej reklamy Adidasa z D-Rosem, to możecie znaleźć ją tutaj

A poniżej druga część #thereturn od Adidas Basketball

09:08, anfernee , NBA
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 sierpnia 2012

Niespełna 30 lat temu, poważnej kontuzji doznał taki Pan, który po parkiecie biegał z kilkoma numerami, ale najbardziej znany jest ten złożony z cyfr 23.

Czy ten, który doznał równie poważnej kontuzji w młodym wieku, będzie w stanie być dla Chicago choćby w 80% tym, kim był Michael Jordan?

Derrick Rose mówi: I wanna be great!

I tego mu życzę. A Wy zobaczcie filmik od Adidasa, bo jest wysokiej klasy.

22:15, anfernee , NBA
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 czerwca 2012

Ta historia wydarzyła się naprawdę. Niektórzy z Was to pamiętają, niektórzy może i byli wtedy w Barcelonie, inni znają z opowieści, a ci najmłodsi być może nawet nie uwierzą, że istniał kiedyś zespół niepokonany, zespół, który już na zwsze będzie tym najlepszym i najwybitniejszym jaki istniał.

Równo dwadzieścia lat temu w Barcelonie swoje mecze rozgrywał Dream Team. Jeden, jedyny, prawdziwy, którego porównywanie do innych drużyn, jest po prostu bluźnierstwem.

Na tę okoliczność, w celu uhonorowania tamtych lat, zawodników, TEGO zespołu, NBA wypuściło świetny film dokumentalny. 

Niestety, NBA usunęło film z YouTube, ale popatrzcie przynajmniej na trailer. Naprawdę warto zobaczyć ten materiał w całości, bo można z niego dowiedzieć się m.in. kto i dlaczego nie chciał Isiaha Thomasa w zespole, kto mógł spokojnie spacerować po ulicach Barcelony i nie być proszonym o autograf, kto mało co spał po przylocie do Europy, dlaczego Jordan i Pippen zniszczyli Toni Kukoca w meczu przeciwko Chorwacji i wiele, wiele, wiele innych.

Muszę przyznać, że momentami patrząc na archiwalne materiały, kręciła mi się łezka w oku.

Sporo materiału jest dostępne na NBA.TV, oczywiście przy wykupionych pakietach. NBA nie umieściło całego, siedemdziesięcio minutowego dokumentu w jednym pliku i trzeba skakać po 45-60 sekundowych wypowiedziach graczy. 

Tymczasem, aby uhonorować ten wielki zespół, tą najlepszą w historii sportów zespołowych drużynę, Nike wypuściło specjalną serię m.in. obuwia.

Są to - Flight 180, Air More Uptempo (tak zwane u nas Pippeny z finału A.D. 1996), Air Zoom Huarache 2k4 - do kupienia od 1 lipca.

 

Sześć dni później w sprzedaży pojawią się Shox BB4 oraz Air Dunk Dream Team.

23:54, anfernee , NBA
Link Komentarze (4) »
wtorek, 29 maja 2012

Kolejna genialna seria w wykonaniu NBA. Tym razem promujemy finały.

Po prostu pooglądajcie. Nie wiem jak Wam, ale u mnie ciarki wszechobecne, a momentami i łzy.

Barney Stinson powiedziałby LEGEN - WAIT FOR IT - DARY

20:16, anfernee , NBA
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 kwietnia 2012

Javale Mcgee zawsze miał spore problemy z nazwijmy to koncentracją. Pamiętacie zapewne jak wrócił do obrony, gdy jego drużyna (wtedy jeszcze Wizzards) próbowała rozgrywać atak pozycyjny?

Teraz Javale, ulubieniec Shaqa, popisał się w 60 sekund.

10:06, anfernee , NBA
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
Subskrybuj RSS