poniedziałek, 26 sierpnia 2013

GoPro bez zawleczki w obudowie? Znalazłem rozwiązanie.

To będzie wpis z serii roboczo przeze mnie nazwanej user-content, czyli taki, który ma zaproponować czytelnikowi realne rozwiązanie jakiegoś problemu lub dać całkiem użyteczną wiedzę.

W tej serii, na KolekcjonerzeButów ukazały się m.in. wpisy dotyczące obuwia budżetowego do koszykówki oraz tego przecenionego.

Wracając jednak do dzisiejszego tematu. Wszyscy wiemy doskonale, że firmy produkujące samochody wcale nie zarabiają kroci na sprzedaży aut, a na sprzedaży części do wytworzonych przez siebie automobili. Podobna sytuacja ma miejsce wśród producentów sprzętu. Apple zarabia na bardzo, bardzo drogich akcesoriach, pojedyncze podzespoły komputerowe (dyski SSD) potrafią być droższe niż średniej klasy laptop, podobnie zresztą jak oryginalny pilot do telewizora, którego cena może przekroczyć nasze najśmielsze oczekiwania.

Często spotykamy się też z sytuacją, w której nie możemy dokupić pojedynczego elementu, który akurat uległ zniszczeniu, a zostajemy zmuszeni do dokupienia całego kompletu części.

Ale zaraz, bo ten wpis miał być o sporcie, a przynajmniej o jednym z elementów dookoła sportu.

Do rzeczy.

Od niedawna jestem szczęśliwym posiadaczem kamery sportowej GoPro Hero3 Silver (tak gdyby jakiś ciekawski znowu chciał zaglądać mi w portfel - nie dostałem od nikogo, kupiłem sam, udowodnię w zeznaniu podatkowym jak już wybierzecie mnie na posła). Sprzęt jest rewelacyjny, ale nie w tym rzecz (tak, mam nadzieję, że GoPro wynagrodzi moje piękne słowa na ich temat darmowymi akcesoriami).

Montując kamerę na ramie roweru miałem malutki wypadek. Wyjmując sprzęt z obudowy, spod jednego z przycisków wypadła mała – nazwijmy ją – zawleczka, która pozwala utrzymać przycisk w obudowie. Malutkie kółeczko z dziurkami (widoczne na zdjęciu - oryginalne są te srebrne) spadło na podłogę i niestety nie byłem w stanie go odnaleźć.

Kamera funkcjonuje ok, obudowę da się zamknąć, ale ci którzy mają ten sprzęt, wiedzą, że nie nadaje się już do zdjęć podwodnych, a przycisk będzie po prostu wypadał, bo nie jest niczym przytrzymywany.

Płakałem, następnie pytałem w sklepach z akcesoriami GoPro, szukałem na stronie internetowej i Allegro. Bez powodzenia. Nikt, ale to absolutnie nikt nie był mi w stanie pomóc z tym fantem. Chciałem kupić przyciski i zawleczki, bo przecież to musi być gdzieś do kupienia. Pomyłka, można kupić jedynie całą obudowę. Profesjonaliści odsyłali mnie do internetu (daa), nie mogli znaleźć rozwiązania.

Nie, nie wydam 200+ złotych na całość, skoro potrzebuję jednego, drobnego elemetu. Zrobię to staroświeckim polskim sposobem – kombinatoryką. Dorobię ten element sam, albo wsadzę tam coś, co będzie spełniało jego funkcję.

Znam dość dużo osób, ale najlepszym inżynierem, takim pomysłowym Dobromirem w takich sytuacjach jest mój dziadek. Dziadek filozof i swego czasu główny inżynier ruchu w Elektrowni Turów, gdzie wyszkolił większość pracujących obecnie specjalistów.

Domyślacie się, że znalezienie rozwiązania nie zajęło mu dłużej niż kilka minut? Ten 83-letni facet wziął obudowę, wrócił z nią za pół godziny. Z ułomnej stałą się pełnosprawna.

Jak? Ta mała zawleczka, która wygląda niczym kosmiczna technologia, to nic innego niż zwykła część, którą możemy spotkać w ... zegarkach. Dziadek wziął obudowę do zegarmistrza, a ten w trzy minuty uzupełnił brakujący element. No jest innego koloru, jest nieco większy (nie przeszkadza zupełnie w funkcjonowaniu) niż jego oryginalni bracia od GoPro, ale jest i działa.

Koszt? Wraz z robocizną całe, astronomiczne, ogromne ... 5 złotych. Zamiast 200? Nie powiem, opłacało się włączyć w sobie trochę polskości i zamiast kupić obudowę, po prostu pomyśleć. 

piątek, 23 sierpnia 2013

Radzki. Zwariowałeś! – pomyślałem podczas mojej ostatniej wizyty w Zgorzelcu. – Chcę zorganizować spotkanie wszystkich zainteresowanych tematyką sneakersów! Sneaker Con w Polsce? Dlaczego nie spróbować? – kołatało w głowie. Szalony pomysł! Skąd w ogóle mi się wziął?

Do tej pory myślałem, że moje uwielbienie do kicksów przyszło w momencie, gdy kochana ciocia z Australii wysłała do Polski Nike Waffle Racer. Oj, myliłem się strasznie.

Okazuje się, że to wszystko zasługa Jakuba Boehme. Nie wiecie kto to? Boehme to filozof, gnostyk, mistyk, uznany za pierwszego filozofa, który pisał po niemiecku (tak, wtedy Łużyce należały do naszych zachodnich sąsiadów), a nie po łacinie. A do tego, to ówczesny mistrz szewski. Ze Zgorzelca. Tak jak ja!

Określany jest najlepszym szewcem wśród filozofów i najlepszym filozofem wśród szewców. M.in. na cześć Boehmego w Zgorzelcu i Goerlitz organizowane jest co roku wielkie święto, podczas którego w obu miastach można spotkać handlarzy z całej Polski i kawałka Niemiec. Festyn ma przypominać o istnieniu na terenie Łużyc Górnych w XVI i XVII wieku było szlaku Via Regia. Drogi, która byłą drogą królewską i przez to była pod specjalną ochroną. Kupcom dawało to możliwość spokojnego podróżowania i uniknięcia rujnujących ich grabieży. Ale dość przynudzania o historii.

Będąc ostatnio w rodzinnych stronach spotkałem się z przyjacielem mojego ojca, który zna mnie tak długo jak cała moja rodzina. Zawsze wiedziałem, że Maciek miał swój udział w organizacji Jakubów (tak nazywa się to święto i jarmarczny festyn), ale byłem zaskoczony że aż tak dużo. Od słowa, do słowa, okazało się, że Maciek i jego ojciec, znany osobom w moim wieku jako Dziadek Dobrzyński (autor kilku książek o Zgorzelcu i okolicy) byli pomysłodawcami i twórcami koncepcji całego festynu.

- Młody – zwrócił się Dziadek do swojego syna kilkanaście lat temu – a może tak by tak wykorzystać fakt, że mamy tu dom Jakuba Boehme i przebiegał przez Zgorzelec szlak Via Regia?

Maciek odpowiedział tylko „ok.", a reszta jest historią. W Jakubach, niestety ostatnio mocno zaniedbanych, bierze udział ogromna liczba osób, festyn stał się jedną z wizytówek Goerlitz i Zgorzelca, a po stronie niemieckiej impreza rozrosła się tak, że ściąga turystów. A wszystko przez to, że jeden facet przypomniał sobie o fakcie istnienia szewca Jakuba Boehme!

W Polsce to postać zapomniana, ale doceniana za granicą. Dom szewca Beohmego w Zgorzelcu odwiedził nawet sam Nicolas Cage, wielki fan filozofii mieszkańca Łużyc Górnych. Boehme wywarł też niezwykły wpływ na polskich twórców, Adama Mickiewicza czy Juliusza Słowackiego, którzy wzorowali się na pracach szewca filozofa.

Oficjalnie uznaje się, że patronem szewców i tkaczy byli Święci Kryspin i Kryspinian. Można uznać także, że są to ci sprawujący pieczę nad nami, sneakerheadami. Jednakże tak jak nie można pominąć, że ojcem naszej pasji i patronem tego zainteresowania jest Michael Jordan, tak też ja na pewno zapamiętam na zawsze, że Jakub Boehme naznaczył mnie miłością do butów.

I dlatego wzorem Jakubów chciałbym, aby w końcu udało nam się stworzyć coś podobnego. Coroczne spotkanie wszystkich zainteresowanych tematyką sneakersów! Sneaker Con w Polsce! Wierzę w to! Chcę tego spróbować! Zróbmy to razem! 

Oryginalny wpis pochodzi ze strony Kolekcjonerbutow.pl

czwartek, 22 sierpnia 2013

Na dzień przed rozpoczęciem turnieju w Lublinie, wracam jeszcze do tego co działo się w Belgii i chwilę wcześniej.

Czy turniej, który rozgrywaliśmy tydzień temu odpowiedział na jakieś pytania dotyczące reprezentacji narodowej? Na pewno, ale jeśli ktoś przegapił niektóre odpowiedzi widoczne na ekranie telewizora oraz zacięte dyskusje na Twitterze, ja odpowiadam i dopowiadam kilka rzeczy właśnie tutaj.

Czy ten turniej miał znaczenie – lub też czy wygrane w meczach sparingowych mają znaczenie?

Tak, miał. Zupełnie nie zgadzając się z teoriami snutymi w głośnikach mojego komputera i telewizora podczas transmisji meczu z Hiszpanią czy późniejszych z turnieju w Belgii, twierdzę że wygrane w sparingach się liczą. Dlaczego? Bo pokonanie Izraela czy Włochów, w składach których znajdują się występujący w NBA i czołowych ligach Europy gracze, buduje morale i udowadnia naszym graczom, że mogą wygrywać z zespołami z TOP10 Europy. A to przed Eurobasketem niezwykle istotne. Ważne jednak, żeby nie popaść w samozachwyt i nie zbudować w kilka dni w sobie buńczucznego ego, które może spowodować szybki upadek.

Jak długim składem powinien grać Dirk Bauermann?

Niestety nie mamy w kadrze dwunastu zawodników, którzy mogą gwarantować ten sam, lub choćby zbliżony poziom. Rotacja podczas słoweńskiego Eurobasketu powinna zamknąć się w 7-8 graczach, ale oczywistym jest, że przy tak morderczym tempie turnieju, będzie to niemożliwe i po kilka minut dostaną także zmiennicy z końca ławki. Ci muszą sobie jednak zdawać sprawę, że należy wykorzystać każdą minutę w stu procentach i wznieść się na wyżyny swoich umiejętności. Filary kadry będą bowiem potrzebowały wsparcia, celnej trójki lub dwóch, minięcia, wymuszenia przewinienia czy dobrej obrony i w razie konieczności stanowczego faulu.

Czy poradzimy sobie z pressingiem?

Chyba nikt nie wątpi, że mocna obrona przeciwko naszym niskim graczom była jednym z największych problemów, które mogliśmy obserwować. Z meczu na mecz było coraz lepiej, bo do formy powrócił Łukasz Koszarek, Krzysztof Szubarga zaczął wykorzystywać swoją szybkość i przestał bać się kozłować (aż dziwne, że momentami tak naprawdę było), a wsparcie w postaci Thomasa Kelatiego na pozycji numer jeden było niezbędne. Nie ma się co oszukiwać, ale nie mamy na jedynce takich graczy jak Ricky Rubio czy Jose Manuel Calderon, nie możemy też za bardzo liczyć na wsparcie przy koźle od naszych dwójek, bo ci gracze raczej z piłką przez połowę nie przechodzili zbyt często. I o ile nie wątpię w to, że potrafią kozłować, to mocny pressing ze strony rywal może powodować spore problemy. Odpowiadając na pytanie – myślę, że tak, bo Dirk Bauermann ma pomysły, które mocno chowają wady naszego zespołu i było widać poprawę. Nie ukrywam też, że tego właśnie elementu boję się najbardziej w perspektywie meczów na Eurobaskecie.

Gdzie powinien grać Michał Ignerski?

Ignerski podobno mówi, że czuje się i chciałby już grać bardziej jako czwórka, a nie jak przez całą swoją karierę jako trójka. Jego życzenie momentami będzie pewnie mogło być spełnione, bo Bauermann często stara się grać niskim i szybkim składem, ale nie ma co dywagować, dużo minut na pozycji numer cztery Ignerski nie spędzi. Dlaczego? Bo pod koszem mamy Marcina Gortata i Macieja Lampe, a w zestawieniu z Ignerskim, Kelatim i Koszarkiem/Szubargą na obwodzie, ten skład prezentuje się naprawdę nieźle. Poza tym funkcjonowanie pary Lampe – Gortat pod koszem, jest podstawą funkcjonowania zarówno ataku jak i obrony tej kadry.

Ocena dla Dirka Bauermanna? Dlaczego nie!

Szkoleniowiec ocenił każdego ze swoich zawodników i chyba jako pierwszy trener w Polsce nie bał się tego zrobić. Oczywiście w tekście, który możecie przeczytać tutaj (http://www.polskikosz.pl/news/108412/bauermann_ocenia_kadrowiczow_.html), znajduje się bardzo delikatna wyliczanka raczej silnych niż słabych stron kadry (i słusznie zresztą). Czy jednak ktokolwiek ocenił naszego nowego trenera? Chyba nie, choć strzępy tych ocen można spotkać na forach i Twitterze. Przede wszystkim trzeba nadmienić, że Bauermann to pierwszy od lat trener kadry (może z wyjątkiem Muli Katzurina), który wydaje się, że wie co robi i robi to na bardzo wysokim poziomie. Gracze ewidentnie go słuchają, a on zapewne słucha ich i jest otwarty na uwagi. Do tego ma także pomysł na grę i nie jest to pomysł, w który ma się wpasować reprezentacja, a raczej który Bauermann stosował już wcześniej i delikatnie zmodyfikował pod specyfikę naszych graczy. Cieszy to, że taktyka Niemca powoduje iż bardzo aktywni są pod koszem Maciej Lampe i Marcin Gortat. Ich dominacja w strefie podkoszowej będzie kluczem dla całej gry naszego zespołu. Patrząc także na zachowania szkoleniowca reprezentacji, można odnieść bardzo fajne i pozytywne wrażenie, że ten facet dobrze czyta grę i reaguje na wydarzenia boiskowe.

Obrona czy atak?

Bauermann mówi obrona, Radzki od zawsze (widziecie tytuł bloga?) mówi obrona, bo ta (i tu pewnie Bauermann się zgodzi) rodzi atak. Kluczem, jak już dwukrotnie nadmieniałem, jest para Lampe i Gortat. Defensywa gdy Marcin jest pod koszem funkcjonuje rewelacyjnie, nasi gracze obwodowi mogą ryzykować nieco mocniejszą obronę, bo wiedzą, że za plecami mają gracza, który przy ewentualnym minięciu, naprawi pewne błędy (było to widać gdy Gortat dołączył do kadry, Belgia i Włosi nie grali już tak łatwo pick'n'roll i nie wbijali się pod kosz jak wcześniej choćby Izrael). A na jakim poziomie defensywnym jesteśmy? Ciężko powiedzieć, ale Hiszpanii przez kilka minut w pewnym fragmencie gry daliśmy zdobyć zaledwie 2 punkty (Hiszpanii!), Izrael też miał kłopoty z naszymi obrońcami i w drugiej kwarcie zdobył tylko 12 punktów, a Belgia na początku czwartej odsłony gry miała na liczniku 34 oczka. Atak? Tutaj też fundamentem jest Lampe i Gortat. Nie dość, że ci dwaj wysocy współpracują ze sobą świetnie, to ich dobra gra pod koszem jest też kluczowa dla tych biegających po obwodzie (nie umiem napisać niskich, kiedy na dystansie czai się zwykle mierzący ponad 200 centymetrów Michał Ignerski). Gdy nasi podkoszowi będą zdobywali punkty, przeciwnicy po prostu będą musieli zacieśniać środek pola gry i tym samym otworzą pozycje dla naszych strzelców. Kelati, Ignerski, Koszarek, Szubarga, Zamojski, Waczyński i ciągle poprawiający swój rzut Ponitka, potrafią przymierzyć zza linii trzech punktów.

Czy po wygranej w Belgii możemy liczyć na rozegranie dobrego turnieju na Słowenii?

Dlaczego nie? Na pewno bardzo dobra postawa naszej kadry spowodowała, że wśród fanów koszykówki oczekiwania urosły do maksimum i już widzimy awans i wielki sukces kadry po 50 latach. Musimy jednak pamiętać, że turniej w Belgii był tylko turniejem sparingowym, w którym mimo tego, że wynik ważny, to jednak szkoleniowcy często sprawdzają pewne ustalenia, modyfikują zagrywki, dostosowują swój zespół. Eurobasket? Tam będziemy pod presją, nie będzie łatwo, bo każdy będzie bił się od pierwszych minut o jak najlepszy wynik, nie będzie odpuszczania i kombinacji, będzie walka przez duże W. Czy jesteśmy gotowi? Patrząc na ten zespół myślę, że będziemy, co więcej ja wierzę w to i widzę wiele argumentów, które dają nadzieję na to, że my w tym turnieju będziemy zrobimy coś wielkiego. W hurraoptymizm jednak nie popadam.

Masz pytania? Mój Twitter @szczepanradzki 

09:33, anfernee , Europa
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 sierpnia 2013

Jak zapewne pamietacie Kobe Bryant tuż przed play-off doznał kontuzji ścięgna Achillesa. Lider Lakers nie był w stanie dokończyć sezonu ani zagrać w postseason.

Kobe to walczak i gracz niezwykle ambitny, wie to każdy fan koszykówki i udowadnia to nam po raz kolejny. Bryant już powrócił do treningu po operacji i ćwiczy m.in. na bieżni ... grawitacyjnej. 

Zobaczcie jak wygląda takie urządzenie.

 

A tak trenuje Kobe

14:40, anfernee , NBA
Link Komentarze (1) »
piątek, 26 lipca 2013

Starałem się. Naprawdę się starałem, po wpisaniu w Google Nike Fuel recenzja, przeszedłem nawet do drugiej strony wyników, a to naprawdę wyczyn, bo już na pierwszej , czwarty wpis był w języku angielskim. A mnie na tą chwilę angielskie rewiev nie interesują. Chciałem zobaczyć co nasi rodzimi biegacze, aktywni sportowo ludzie, myślą o Nike Fuel.

I co się okazuje? Generalnie guzik myślą, albo nie chcą się tym absolutnie w żaden sposób podzielić. Wyjąłem więc klawiaturę do iPada i postanowiłem podczas urlopu (redagowałem już po) stworzyć coś, czego będą poszukiwać wszyscy, jak bransoletka od Nike w końcu dotrze do Polski.

Muszę też przyznać się bez bicia, że recenzję niejako wymusił na mnie Maciek Zieliński, który spytał - jak wrażenia, a drugą (po premierze produktu) cegiełkę do recenzji dołożył mój kolega Łukasz, który przywiózł mi Fuela z USA.

I na samym wstępie ci, którzy trafili już na krótkie opisy w sieci w naszym języku, pewnie będą zastanawiali się nad kwestią baterii. Otóż totalną i wyssaną z palca bzdurą jest to, że bransoletka wytrzymuje na niej bardzo krótko. Podczas wakacji naładowałem ją do pełna w drugi dzień i nie podłączyłem do źródła zasilania przez kolejne pięć. Zorientowałem się, że ma (na oko) jeszcze zaledwie kilka godzin życia, kiedy włożyłem ją do portu USB w komputerze, a ekranik krzyknął - battery critical. Poza tym samo wykonanie produktu jest po prostu rewelacyjne - materiały wysokiej jakości, dobrze spasowane, do tego przyjemne w dotyku.

A jak jest z całą resztą? Nie do końca tak jak się spodziewałem i to zarówno jeśli chodzi o kwestię negatywnych odczuć jak i tych pozytywnych. Nie będę wspominał o tym, że w tym, w przeciwieństwie do Jawbone UP, nie da się pływać, bo o tym mówi producent. Gorzej, bo pomimo tego, że podobno da się w niej wziąć prysznic, to nie jestem w stanie zaryzykować takiego kroku.

Dlaczego? Ano dlatego, że naoglądałem się filmików na YouTube, które prezentują co dzieje się z bransoletkami, które poszły ze swoimi właścicielami pod prysznic.

Zobaczcie sami.

 

I co ciekawe, ten sam pan wkłada dwie bransoletki do szklanki z wodą i nie dzieje się zupełnie nic.

Dla mnie większym minusem jest jednak to, że Nike dało nam bardzo zaawansowany, świetnie wykonany i rewelacyjnie sprzedany pedometr na rękę.

Skąd ten wniosek zapytacie. Nie testowałem jeszcze bransoletki podczas gry np. w koszykówkę, ale miałem ją na sobie podczas spacerów, biegania, jazdy na rowerze, ćwiczeń siłowych, pompki, podnoszenie ciężarów, ćwiczenia na tułów przy których wykonuje się sporo skłonów, brzuszków itp. Jakie są efekty?

Blisko 20 kilometrów w jedną stronę na rowerze z przerwą na grilla na wrocławskim Biskupinie i powrot to jakieś śmieszne wyniki fuel. Core syngergistics z P90X, trening po którym przez 15 minut nie możecie wstać z podłogi, a na niej zostaje mokra plama, daje nam 800-1000 punkcików - co wcale nie jest wartością wysoką. Pompki, brzuszki? Równie przeciętnie, dużo lepiej jest z podnoszeniem ciężarów (szczególnie gdy ćwiczymy barki, ramiona, biceps, triceps co zostało udowodnione też podczas pakowania walizki, kiedy nabiłem ponad 1500 punkcików) i ćwiczeniami aerobowymi.

Sporo punktów dostajemy też podczas biegania. Tutaj można bić rekordy wszechczasów. Mając myśli o bieganiu i fuel, zawsze zastanawiam się jak ci wszyscy ludzie, którzy dużo ćwiczą na siłowni nabijają po 12-13 tysięcy fuelów?

Może ja źle korzystam z tej bransoletki, albo nie motywuje mnie ona tak jak powinna?

Ano właśnie, motywacja. Fuel to motywator, który do ciebie nie mówi, który nie wyda z siebie ani jednego pisknięcia i nie przypomni ci o tym, że pora włożyć buty na nogi. Żadnych alarmów, żadnych przypomnień (choć ubolewam nad wybudzaniem ze snu, którego niezwykle zazdroszczę UP). To ty masz pamiętać o tym, że trzeba ruszyć tyłek z kanapy i zacząć coś ze sobą robić. Jeśli o tym nie pamiętasz Fuel ci to wypomni po tym jak minie godzina 12 w nocy.

Jeśli nie zapomnisz zostaniesz poinformowany o kolejnym zrealizowanym celu (no tak, bo te można ustawiać prawie dowolnie w aplikacji na iPhone i przez stronę internetową NikePlus), gdy zrobisz coś spektakularnego, np. przy celu 4 tysiące, osiągniesz 6 tysięcy dostaniesz dodatkową odznakę, gdy zrobisz dubel (8K) to kolejną. Oczywiście są też kontynuacje (streaks), które dają dodatkową motywację.

Fuel Band to po prostu telepata, który miesza nam w głowach i przestawia odpowiednie klepki na opcję - aktywność fizyczna.

Bo Nike Fuel to nie tylko motywator, jak napisałem w poprzednim akapicie, to znakomity, rewelacyjny, prawie idealny motywator dla tych, którzy czasem tracą zapał do ćwiczeń. Cholera, to motywator, którym nawet nie musisz się nikomu chwalić, on daje tak dużo radości, gdy widzisz jak kolejne kropeczki na bransolecie są ładowane, ze chcesz więcej i więcej i więcej i więcej, aż cała kreska zostanie zapełniona. Potem, nie będąc w pobliżu komputera, naciskacie przycisk synchronizuj z aplikacją Nike na iOS czy Androidzie i podziwiacie skaczącego pod niebiosa ludzika, który cieszy się razem z wami z dobrze wykonanej pracy.

A następnie chodzisz dalej, biegniesz szybciej, bo chcesz, żeby twój dzisiejszy cel nie skupił się na minimum, które musisz zrobić, a był jak najdalej przesuniętym horyzontem. Bo tak właśnie mimo swoich wad, działa Nike Fuel.

Chcesz porozmawiać? Zapraszam na mojego Twittera - @szczepanradzki i do aplikacji Nike Plus

Tagi: Nike
08:18, anfernee , Inne
Link Komentarze (6) »
środa, 10 lipca 2013

Pewnie gdzieś tam, daleko, daleko od nas amatorów, istnieje trening, który wielkie grono ekspertów uznało za idealny dla kogoś rozpoczynającego swoją przygodę z bieganiem i super sprawdzi się tym, którzy postawili na biegowej ziemi swoje pierwsze kroki.

Kilka wskazówek (bo to w żaden sposób porady), bazując na doświadczeniu kilkuset przebiegniętych kilometrów i trzech powrotów, przygotowałem i ja.

Nie traktujcie ich jako wyroczni, bo znam wiele osób, które miało podobne problemy jak ja i poniższe wskazówki były dla nich bezcenne oraz drugie tyle tych, którym nie były one z różnych przyczyn absolutnie wcale potrzebne.

Rozgrzej się - poświęć dziesięć minut, żeby rozgrzać nogi, porozciągaj się. Długo nie stosowałem rozgrzewki, bo tą miał być sam bieg. To błąd, teraz nie jestem w stanie zacząć biegi bez kilku prostych ćwiczeń, które pozwalają mi unikać naciągnięć mięśni czy innych kontuzji.

Zwolnij - masz problem z przebiegnięciem 4/5/10 kilometrów? Zwolnij. Biegnij nie 5 minut na kilometr, a np. 7. Niech Twoje mięśnie przyzwyczajają się do obciążeń i długości biegu stopniowo. Znajoma, która nie była w stanie przebiec 3,5 kilometra, gdy nieco zwolniła tempo (do około 6:30/6:45 na kilometr) po 10 dniach biegała już 6-7 kilometrów.

Przejdź się - wiesz, że nie musisz ciągle biec? Zaczynasz? Masz kłopot z przebiciem granicy 3 kilometrów i na drugi dzień nie masz siły ruszyć się ponownie, a Twoje ciało bardzo długo się regeneruje? Jak mawia Tony Horton, ćwicz mądrze - przestań biec, odpocznij, ale nie zatrzymuj się całkowicie. Po prostu przejdź się kilkaset metrów, zobaczysz jak szybko przestaniesz robić przechadzki i poprawisz wyniki.

Przełamuj granice - założyłeś/łaś, że przebiegniesz 5 kilometrów? Jesteś blisko, jesteś w skowronkach? No to dodaj sobie jeszcze 500 metrów, może 1000. Wyjdź ze swojej strefy komfortu, bo tylko tak zrobisz progres.

Mierz czas - sorry, nie wierzę w nie sprawdzanie czasów i odległości, chyba że biegasz tylko po to, żeby biec. Pomiary pozwalają wyznaczać cele i je realizować, a to też część tej biegowej zabawy.

Zastosuj elementy strategii S.M.A.R.T - wyznacz sobie realny cel i go realizuj.

Nie biegaj w kółko - znajdź swoją idealną, ulubiona trasę i … zmieniaj ją. Ja wyznaczyłem sobie teren biegu, niektóre ścieżki pozostają cały czas takie same, ale gdy zaczynam odczuwać monotonię po prostu skręcam w inną ulicę, biegnę w lustrzanym odbiciu, albo w ogóle w drugą stronę i staram się wbiegać w nieznane mi miejsca. 

Biegaj podczas różnej pogody - to też pomaga uniknąć monotonii, organizm musi reagować inaczej, nie biegaj tylko w komfortowych warunkach, bo staje się to nudne. 

Dobierz sobie muzykę - są tacy, którzy biegają na sucho, są tacy którzy słuchają książek i podcastów, a na mnie najlepiej wpływają kawałki energetyczne, motywacyjne, które z łatwością znajdziesz na YouTube. Np. ten, albo ten, albo także ścieżki dźwiękowe z … biegów marines, które znalazlem m.in. na Spotify. Po krótce, kręci mnie coś, co utrzymuje mój focus i daje mięśniom kopa.

 

 

Motywuj się dodatkowo przed biegiem - nie wiesz jak i czym? Np. tym.

 

Albo tym.

 

Albo tym.

 

Albo np. tym.

 

Zmień buty - niestety zdaję sobie sprawę, że nie wszystkich stać na ten luksus, ale generalnie wskazówka polega na tym, że nasze ulubione obuwie biegowe, zastępujemy czasem czymś innym. Czym? Ja zmieniłem ostatnio Nike Flyknit Lunar 1+ na Safari Fuse, które również mają podeszwę lunarlon. Efekt? Moje nogi były zaskoczone taką zmianą, but układał się inaczej i mięśnie nóg musiały myśleć nad ruchem. Skutecznie wytrąciłem je z monotonii. Masz możliwość zmiany? Rób to.

Poznaj ludzi, którzy też biegają - rozmawiaj z nimi, zadawaj pytania, dopytuj jak biegają, ile biegają. Po co? Bo to motywuje jak ktoś robi coś choćby trochę lepiej od nas, instynkt rywalizacji zostaje uaktywniony i staramy się poprawić osiągi.

Nie zwracaj uwagi na innych - tak, wiem że to przeczy powyższej wskazówce, ale przecież nie możemy zwariować i rywalizować z maratończykami, bo przecież biegamy dla siebie nie dla innych.

Zapisz się - np. do Nike+, albo miCoach czy innego Endomondo. Fajnie widać jak przybywa nam kolejnych odznak, orderów, jak przełamujemy kolejne granice. Mnie znajdziecie na Nike+.

Pobiegaj wśród ludzi - no wtedy nie zrezygnujesz tak łatwo, gdy obok biegnie, albo siedzi na ławce fajna laska.

Nie słuchaj - porad swojej dziewczyny, a skoro nie słuchasz porad swojej dziewczyny, to nie słuchaj też innych np. tych wskazówek. Nie musisz, rób to co uważasz za najlepsze dla Ciebie.

I najważniejsze na sam koniec. Bądź ignorantem Nie słuchaj palantów - nie będzie to poprawne politycznie, ale każdy z nas ma takiego znajomego, który siedzi w fotelu i naśmiewa się ze wszystkiego. Np. biegasz wolniej niż ja chodzę, jesteś gruby i niesprawny, nic nie umiesz etc. Nie chcę wchodzić w szczegóły, takiego palanta miej po prostu głęboko w ... wiesz gdzie.

Chcesz porozmawiać? Zapraszam na mojego Twittera - @szczepanradzki

10:23, anfernee , Inne
Link Komentarze (12) »
czwartek, 04 lipca 2013

Najprawdopodobniej najnowocześniejsza hala widowiskowo-sportowa na całym świecie - Barclays Center oferuje nam wartość, z której powinni skorzystać wszyscy, którzy podejmują się zarządzania obiektami tego samego rodzaju - tak, nawet na mniejszą skalę.

Tekst ten jest dedykowany wszystkim organizacjom, które w tym momencie sprawują władzę nad kosztującymi setki milionów złotych kolosami. I mowa tu zarówno o tych, którzy biorą się za komercjalizację małego aqua-parku  jak i tych, którzy siedzą w wygodnych fotelach spółki PL.2012 czy też Wrocław 2012 (albo każdej innej).

Apps for Venues by Carbonhouse stworzyło dla Barclays Center aplikację, którą można traktować jako wzór i czerpać z dziesiątek pomysłów zaprezentowanych w tym darmowym programie.

Przedstawienie - nie, nie chodzi o teatr na Brodway'u wszakże jesteśmy na Brooklynie. Chodzi raczej o to, że appka się nam przedstawia, już przy pierwszym kontakcie. Mamy możliwość wyboru powiadomień, które będą do nas wysyłane. Jakich? Np. Boks, koszykówka, imprezy dla rodzin i osobno także Nets. 

Jak dojechać? - standard dla każdej organizacji! BC oferuje nam podpowiedź dot. każdego środka transportu - metro, pociąg, autobus, taksówka, LIRR (Long Island RailRoad) etc. Mapa, strony internetowe usługodawców. Po prostu mamy tam wszystko, włącznie ze zmianami, które zachodzą w rozkładach. Do tego są też kierunki, czyli jak dojechać np. z Manhattanu, Queens, New Jersy etc.

Dookoła Brooklynu - wspierane przez aplikację Yelp, sugestie dotyczące restauracji, barów, sklepów, hoteli w okolicy Brooklynu. Z całą pewnością pomocne.

Ticketing - tak, poprzez App możemy kupić bilet na interesujący nas event, a tych jest cały ogrom. Przelatując przez listę zatrzymamy się dopiero na 28 grudnia 2013 roku. Eventy (także jako osobna zakładka) umożliwiają kupno biletów, rozmieszczenie miejsc w hali, więcej informacji, dodanie do kalendarza w telefonie i przypomnienie o wydarzeniu, a także podzielenie się informacją o wydarzeniu w mediach społecznościowych.

Media - nie, to nie zakładka dla mediów, tylko menu w którym znajdziemy materiały wideo, zdjęcia jak i opisy wydarzeń, które miały miejsce w BC.

Będąc w środku - wymyśliłem tę nazwę sam, a chodzi tu o specjalne możliwości wykorzystania aplikacji będąc na miejscu w Barclays Center i korzystając z ogólnodostępnego Wifi. Jakie to możliwości? Np. wideo live z eventów, które odbywają się w obiekcie. Więcej? Nie wiem, bo niestety nie piszę tego tekstu będąc w Barclays Center, na Brooklynie, w Nowym Jorku czy nawet w USA. 

Bez kolejek po jedzenie - coś niesłychanego, bo po zalogowaniu do usługi ByPass, możemy zdalnie kupić, zamówić jedzenie, nie wstając z naszego miejsca i nie stojąc w kolejkach. Dla leniwych? Niekoniecznie, raczej dla tych, którzy nie chcą przegapić ani sekundy meczu, spektaklu, koncertu. Niestey dla osób, które często bywają w BC, ta opcja dostępna jest chwilowo tylko dla widzów z górnej sekcji trybun.

Zaistniej na telebimie - tak, wyślij zdjęcie, tekst sms'em i popatrz jak ten pojawia się nad głowami tysięcy ludzi. Dostępne tylko po zalogowaniu do wifi Barcalys Center.

Check In - obok YouTube jako platformy social media, check in jest absolutnie jednym z najbardziej zaniedbanych przez nasze rodzime firmy elementów współczesnego marketingu. Z czego to wynika? Z braku pomysłu? Nieznajomości technologi? Nieważne, fakt jest taki, że check in w Polce działa w dalszym ciągu tylko w niszy. A jak można użyć go w bardzo prosty sposób pokazuje Barclays Center - zaloguj się (zaczekinuj) w obiekcie podczas eventów i dzięki aktywności w Check-in Facebooka lub Foursquare, odbierz specjalne nagrody. Często są to drobnostki, ale miło wiedzieć, że będąc (wyciągam to z czapki) 10 razy w ciągu roku na koncertach, będziemy mogli dostać specjalną koszulkę z napisem Music Master, albo 50% zniżki na kolejny event.

Mapa - no co tu dużo mówić, rewelacyjny rzut na obiekt, na którym widzimy gdzie można kupić przekąski, jedzenie, picie, gadżety itp. Jest nawet winda imienia Calvina Kleina (VIP). Fajny pomysł na wykorzystanie naming rights. Mapa jest dostępna jako prosty i czytelny obrazek oraz wersja 3D. I to właśnie obraz 3D jest miłym dodatkiem do wydawałoby się zwykłej usługi. W tej opcji możemy kliknąć obojętnie jakie miejsce na hali i … zobaczyć jak wygląda hala ze wskazanej przez nas lokalizacji. REWELACJA dla tych, którzy nigdy nie byli i chcą kupić bilety.

Zgłoszenie - tak, względy bezpieczeństwa są równie ważne jak miejsca, jedzenie, parking etc. Klikając Report Incident wysyłamy sms na numer 69050, w którym automatem pojawia się wpis BC (od Barcalys Center). Jesteśmy poproszeni o podanie tego co się stało i miejsca, na którym siedzimy. Bardzo przydatne.

Mail - z poziomu aplikacji można wysłać mail do obsługi Barclays Center. Niby nic szczególnego, ale jest to ciekawy feature, który po kliknięciu Skontaktuj się z obsługą, nie przełącza nas do systemowego maila, tylko z poziomu aplikacji umożliwia nam napisanie wiadomości. W tej znajduje się np. informacja o naszym systemie, model telefonu, wersja appki.

W aplikacji możemy znaleźć też krótkie opisy dobrodziejstw, które znajdują się w Barclays Center.

Hospitality? Mówi się o tym u nas, ale często albo tylko mówi, albo kończy się na zwykłym cateringu i loży vip na siedem osób, w której cisną się wszyscy pseudo dygnitarze. A jak jest w BC?

Do dyspozycji jest sześć klubów/sal.

40-40 Club - nazwa pochodzi od trudnego do zrealizowania baseballowego osiągnięcia. Zdobycia 40 home runów i 40 ukradzionych baz w jednym sezonie. Graczy, którzy tego dokonali jest tylko … czterech. Sam klub to po prostu restauracja dla gości.

Calvin Klein Courtside Club - sala zlokalizowana naprzeciwko szatni Brooklyn Nets. To po prostu klub dla osób, które chcą siedzieć blisko parkietu. Ale oferuje też nieco więcej niż miejsca przy linii. To także kilkanaście telewizorów, które transmitują mecze. Podobno klub ustanawia nowe standardy luksusu i wchodząc do środka od pierwszej chwili można poczuć, że jest się częścią mistrzowskiego klubu.

Honda Club - zlokalizowany na poziomach 15-17 i dostępny tylko dla posiadaczy biletów na te miejsca. Klub i bar z lekkimi przekąskami oraz standardowo niezliczoną ilością telewizorów.

Loft suite - loża VIP. Wykupując takową mamy dostęp do wszystkich wydarzeń dziejących się w Barclays Center.

The Vault - skarbiec. To brzmi dumnie. Muisi, bo pomysłodawcą był sam Jay-Z. Wyrafinowany, luksusowy klub, który ma nagradzać klientów z wyższego szczebla drabinki społecznej. W głowie tych, którzy tam są i tych, którzy chcieliby tam być ma tworzyć wyobrażenie ekskluzywności z najwyższego poziomu. Dyskretny, ma tylko jedenaście apartamentów - skarbców. Każdy z nich ma swoje prywatne rozsuwane drzwi, niezwykle wygodne kanapy, telewizory (nie wiem czemu w USA ciągle pisze się flat screens) i współczesne, stylowe i eleganckie umeblowanie. 

Ticketsnow Club/Blackberry Lounge - dwa duże bary znajdujące się na przeciwległych końcach BC. 

wtorek, 25 czerwca 2013

Ani centymetra suchego miejsca na swoim ciele nie mają władze Tauron Basket Ligi. I wcale nie jest spowodowane to panującymi w całym kraju ulewami. Powodem wylania na rządzących TBL wiadra pomyj jest kolejna propozycja zmian w regulaminach rozgrywek męskiej ekstraklasy.

EDIT: Siedem minut po umieszczeniu wpisu na blogu, PLK zmniejszyło minimalną pojemność hali z trzech do dwóch tysięcy miejsc. Część wpisu traci więc na aktualności, ale zostawiam do wglądu. Szybko reagują, nie powiem. :-)

Propozycje tuż przed weekendem przedstawił prezes PLK, Jacek Jakubowski. O tym możecie szczegółowo przeczytać tutaj.

Wczoraj jak grzyby po deszczu wyrosły opinie na temat proponowanych zmian i tego, co przez ostatnie dwa lata temu wydarzyło się w TBL. W jednym z tekstów na Polskikosz.pl czytamy wypowiedź Jacka Jakubowskiego o procesie jakim jest liga kontraktowa i tym, że nie jest celem, tylko krokiem, daje możliwości. Autor nie zgadza się z prezesem.

Trudno nam się zgodzić z prezesem PLK. 

Pozwalam sobie pociąć fragmenty tekstu Pawła Łakomskiego, bo łatwiej będzie mi się odnieć. Otóż tak, liga kontraktowa to proces i zaprzeczenie temu pokazuję delikatną nieznajomość tematu. Liga decydując się na tę poważną zmianę formatu rozgrywek nie dała klubom gotowych rozwiązań, dała im narzędzia, którymi mają się posługiwać. Oczywiście ci bardziej dociekliwi powiedzą - mogli to robić też bez regulacji, bo przecież tak można.

Pewnie, że można było to zostawić, ale gdy coś nie działa, lepiej to sensownie uregulować, bo wyobraźmy sobie sytuację gdzie wszyscy wiemy, że trzeba jeździć prawą stroną drogi, ale formalnie ten przepis nie obowiązuje.

Kontynuując wątek koszykarski i cytowany fragment.

W trakcie ligi kontraktowej z rozgrywkami ekstraklasy musiały się pożegnać takie kluby jak ŁKS Łódź, Polonia Warszawa, PBG Basket Poznań, czy AZS Politechnika Warszawska

Pisałem o tym już wczoraj Pawłowi na Twitterze. To naciąganie rzeczywistości i wyciąganie błędnych wniosków. Upadek, bankructwo, rozwiązanie (wybierzcie sobie jedno) wymienionych wyżej klubów to nie skutek powstania ligi kontraktowej, to problem koszykówki ogółem w skali kraju, braku pieniędzy na ten sport w dużych ośrodkach. Liga kontraktowa dała możliwości - o czym wspomina Jacek Jakubowski - ale nie gwarantuje, że klub będzie grał, bo po prostu istnieje. Zarówno w lidze kontraktowej jak i tej funkcjonującej we wcześniejszej formie, Polonia, ŁKS, PBG Basket, AZS Politechnika byłyby tylko rocznym, dwuletnim zjawiskiem.

Zamiast docenić wysiłek prezesów, którzy pracują w małych ośrodkach i przeważnie z wielkim trudem pozyskują środki na zespół w ekstraklasie, to i tak najczęściej są karani. 

A tutaj zgadzam się w stu procentach. Tylko nie do końca wiem z czym konkretnie. Tak, nagradzajmy tych, którzy pracują dobrze, nie tylko z małych czy dużych ośrodków. Nie tylko tych z pieniędzmi czy bez. Chciałbym jednak, żeby autor wskazał mi za co mamy konkretnie nagradzać, co w delikatnym stopniu jest powiedziane w dalszej części tekstu.

Kompletnym bezsensem i bzdurą, na którą liga nie może sobie pozwolić i bardzo szybko musi zrezygnować z jednego proponowanego pomysłu. Chodzi o kary za brak hali na trzy tysiące widzów. I choć mam pewne uwagi co do minimum ilości miejsc na hali (o czym za chwilę), to tak nie rozumiem idiotycznego wręcz pomysłu by pieniądze z kar z brak odpowiedniego obiektu dać zesopłom, które grają w europejskich pucharach. 

Panowie prezesi opamiętajcie się. Te drużyny stać na to, żeby występować w Europie, a wy niczym zły Robin Hood chcecie zabrać tym zapewne biedniejszym i zasilić konta bogatych. Ciuś, ciuś.

I tutaj Paweł podaje ciekawą propozycję, by pieniądze z kar zamrozić i przekazać na konkretny cel.

Niech te 100 tys. zł zostanie ''zamrożone'' w kasie klubu i przeznaczone akcje marketingowe klubu. Np. niech kluby zapewnią na każdym meczu 100 darmowych biletów dla dzieci ze szkół. Cokolwiek, aby pieniądze danego klubu, nie zostały przejedzone, tylko spożytkowane na ich własne cele. Prawdopodobnie obie strony wyszłyby na tym zadowolone – władze ligi i przedstawiciele klubów. 

Ma to jakieś ręce i nogi, może niekoniecznie darmowe bilety dla dzieci ze szkół, bo to pewnie i tak kluby realizują zgodnie ze swoją i sponsora polityką, co podkreśla Jacek Jakubowski. Może trzeba iść dalej, dać te pieniądze na marketing per se - pensje dla pana, który będzie robił fajne, ciekawe, profesjonalne i dobrej jakości wideo, dla tego, który będzie zajmował się działaniami w mediach społecznościowych i tego, który obecnie jest media menegerem, zarabia marne pieniądze i musi dorabiać na drugim etacie.

Może stworzyć nawet listę propozycji dla klubów z ogólnymi działaniami marketingowymi, reklamowymi i wesprzeć realizację takich działań - nawet na poziomie strategicznym, taktykę zostawić samym klubom. W ten sposób wilk będzie syty i menczester siti. 

- Decyzje finansowe powyżej 50 tysięcy złotych muszą być zaakceptowane przez Radę Nadzorczą PLK. Nie uważam, aby była potrzeba narzucania klubom wymogów w sprawie polityki dystrybucji wejściówek i strategii działań w tym zakresie. Kluby według mojej wiedzy zapraszają już i tak duże grupy młodzieży szkolnej do aktywnego uczestnictwa w meczach. Każdy klub prowadzi w oparciu o relacje ze swoimi sponsorami własne działania CSR w tym zakresie – czytamy po fragmencie o zamrożeniu pieniędzy z kary dla klubu. Wypowiedź ta jest autorstwa prezesa PLK.

Nie jestem wyedukowany w czytaniu, kazali mi zawsze tylko pisać albo mówić, ale mam wrażenie, że mowa była o niebie, a niektórzy mówili o chlebie.

A jeśli chodzi o hale? Przytoczmy najpierw kolejny cytat Jacka Jakubowskiego.

Większe hale dają większe możliwości marketingowe i promocyjne. Motywują też kluby do położenia większego nacisku na frekwencję i imprezy okolicznościowe. Dają możliwość rozwoju, bo dziś mecze na tym poziomie, to nie tylko spotkania dwóch drużyn grających w koszykówkę, ale przede wszystkim widowiska sportowe, które mają być atrakcyjną formą spędzenia wolnego czasu dla całej rodziny

Absolutna zgoda co do większych możliwości marketingowych i promocyjnych. Trochę naciągane moim zdaniem jest stwierdzenie, że większe daje większe możliwości, ale powiedzmy, że niech i tak zostanie. Prawda jest taka, że dzięki nowoczesnym, dobrze wyposażonym (niekoniecznie większym) dostosowanym do światowych standardów halom, organizatorom widowisk łatwiej proponować cokolwiek w obszarze hospitality.

I absolutnie umarłem ze śmiechu, gdy przeczytałem fragment o imprezach okolicznościowych. Albo cytat w artykule jest niekompletny, albo komuś sufit spadł na głowę. Klub sportowy, czy w tym przypadku koszykarski, ma zajmować się organizacją meczów koszykarskich i to promować. Impreza okolicznościowa - rozumiem, że chodzi tu o imprezy miejskie, koncerty etc - to problem miasta, MOSiR/OSiR czy innego podmiotu odpowiedzialnego za promocję w XXX. Klub? Tak, może  się podłączyć i pokazać na koncercie East West Rockers czy Mariki. Argument imprezy okolicznościowej mający podpierać i promować tezę - większe hale dla klubów - to tak jakbyśmy mówili - to teraz wybudujcie przy hali basen, będzie przychodziło kilkaset osób. Sorry, nie interesują nas dożynki miejskie.

I pozostawiając pod dyskusję oraz do zastanowienia - ciekawe czy większa hala np. w Zgorzelcu poprawi frekwencję podczas meczów koszykarskich w tym mieście. Obecnie na trybunach z łatwością można dostrzec puste miejsca, a Centrum Sportowe mieści około 1500 osób. Podobnie w Starogardzie, Tarnobrzegu, Słupsku, etc, etc. 

Ok, powiedzmy, że to myślenie przyszłościowe, kiedy produkt przestanie być co najwyżej przeciętny (a tak naprawdę marny) i koszykarski bum ponownie wróci do Polski.

 

EDIT:

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Reeboki kupione w lumpexie otrzymały tytuł Worst Shoes Ever, butów które ich właściciele doprowadzili praktycznie do ruiny. Jared Harazim – zwycięzca konkursu – otrzymuje nagrodę główną, dowolną parę butów z asortymentu sklepu E-Sportowe.pl. Organizatorzy przyznali także dwa wyróżnienia. 

 - Butów zwycięzcy, jak i tych, które zajęły drugie miejsce po prostu nie da się skomentować. Przychodzi mi do głowy tylko jedno słowo, którym jest masakra. To samo dotyczy zresztą większości butów – trampki Converse wyglądają tak, jakby były oryginałami z 1917 roku. Mamy na co dzień styczność z różnego rodzaju obuwiem, ale powiem szczerze, że te, które otrzymaliśmy w konkursie robią na nas ogromne wrażenie - mówią przedstawiciele fundatora nagród, właściciele sklepów Multirenowacja, E-Sportowe.pl oraz forum Wbutach.pl

Oto co o swoich butach mówi ich właściciel.

- Zabytki te kupiłem w jednym z second handów w Katowicach. Potrzebowałem butów do gier i zabaw, żeby odciążyć moje Converse i nagle wpadły fajne czarne Reeboki w świetnym stanie za 20zł! (Dochodzenie czy to prawdziwe Reeboki to już inna para kaloszy). Służyły mi jako buty do wszelkich sportów po za koszykówką. Świetnie dawały radę, aczkowliek po dwóch sezonach zmieniłem ich zastosowanie. Szkoda było mi je wyrzucać, bo dobrze sie trzymały, aczkolwiek były juz mniej wyjściowe. Postanowiłem je zajechać, by w ten sposób się z nimi pożegnać. Zabiarałem je więc wszędzie skąd było przypuszczenie, że nie wrócą, a one zawsze dawały radę. Kiedy zostałem kinooperatoratorem – pomyślałem, że zabiorę wysłużone buty ze sobą w ich ostatnią podróż. Obecnie w zaciszu kabiny projekcyjnej od około 5lat udowadniam im, że zedre je do zera a one codziennie udowadniaja, że się nie dadzą.... I mimo, że wyglądają jak wyglądają, wierzcie mi, że nigdy nie miałem wygodniejszych „laćków". Bo ciężko je obecnie butami nazwać.

W konkursie wzięło udział ponad 100 osób. Wśród nadesłanych prac były między innymi buty koszykarskie, do gry w piłkę nożną, piłkę ręczną, buty, których ich właściciele używali do prac w ogrodzie, a nawet ... rolki.

- Jesteśmy zaskoczeni niektórymi zgłoszeniami. Warto tu powiedzieć choćby o Jordanach XII czy Converse All-Star, których przyszło bardzo dużo. Klasyczne trampki były wyniszczone w taki sposób, że aż boimy się o swoje – mówi Maciej Zieliński, jeden z jurorów konkursu, poseł na sejm i legenda Śląska Wrocław. 

Cały wpis, zwycięzców nagród i wszystkie prace można zobaczyć na stronie Kolekcjonerbutow.pl

Za ufundowanie nagród dziękujemy naszym sponsorom sklepom Multirenowacja.pl, E-Sportowe.pl oraz Forum WButach.pl

10:29, anfernee , Inne
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 czerwca 2013

Polska nie jest sportową pustynią. Znaleźliśmy ostatnio lepsze określenie - jesteśmy sportową Irlandią. I przykro mi bardzo, że ten piękny i zielony kraj na chwilę stał się dla mnie tak dołującym skojarzeniem.

Dlaczego w mojej głowie pojawiła się właśnie Irlandia?

Odbyłem ostatnio kilka ciekawych rozmów na temat ogólnej kondycji polskiego sportu. Ciekawych, ale niestety bardzo dołujących.

W jednej z nich znajomy, który prowadzi małą i bardzo przyjemną knajpkę we Wrocławiu, opowiedział mi jak to nie był w Irlandii i wyszedł porzucać sobie do kosza.

Opowiadał, że przechodnie patrzyli na niego jak na kosmitę, bo - jak się okazało po kilku rozmowach - nigdy nie widzieli nikogo, kto grałby w kosza. Co więcej, ten sam znajomy opowiadał o popularnych irlandzkich sportach.

Te, znane są u nas głównie jako ciekawostki, które ktoś pokaże nam na YouTube, a ich nazw nawet nie jesteśmy w stanie powtórzyć. Dla nich są to sporty narodowe, na trybunach zasiadają tysiące ludzi i cały kraj emocjonuje się to zwycięstwem międzynarodowym, to meczami ligowymi. U nas? Gwarantuję te dyscypliny nie aspirują nawet do roli niszowych. One po prostu tak jak Lwy, w Polsce nie występują.

Do czego zmierzam? Sporty, którymi się interesujemy, bo osiągamy w nich sukcesy, to dyscypliny, które większość świata ma absolutnie za nic istotnego. Może niekoniecznie całkowicie nieznane, ale traktowane jako te trzeciego, czwartekgo, albo nawet niższego szczebla.

Bo oczywiście my wszyscy cieszymy się, że mamy tak wspaniałych sportsmenów jak Maja Włoszczowska, Justyna Kowalczyk, Adrian Zieliński i wielu, wielu innych, którzy zdobywają medale, są w czołówkach swoich kategorii i biją rekordy.

Odnosimy też sukcesy w innych miejsach, które często są wyśmiewane pod kątem atrakcyjności - wspomnieć tu należy o Karolinie Winkowskiej. Jej sukces, nagłośniony przez zaprzyjaźnionego mi Jacka Gadzinowskiego, został nieco spłaszczony do poziomu - kitesurfing i tak się nikt nie interesuje.

Warto odnotować fakt, że trzy lata temu młode dziewczynki z Wrocławia, które grają w baseball pojechały do Portland na Mistrzostwa Świata. Reprezentacja Lacrosse wzięła udział w Mistrzostwach Świata w Manchesterze, a nasz Futbol Amerykański ciągle rośnie w siłę.

Szkoda, że nic nie znaczymy na rynku sportów prawdziwie masowych. Bo chyba nikt nie sądzi, że takimi są skoki narciarskie czy żużel?

Wybaczcie, ale dla mnie osobiście jak i zapewne dla wielu osób wielbiących żeglarstwo lub kajakarstwo, te dwa sporty często pokazywane w telewizji są taką samą niszą jak kitesurfing dla innych. Tym masowym można powiedzieć, że jest siatkówka, która według ostatnich raportów jest 10 najpopularniejszym sportem na świecie.

Zatrzymajmy się na chwilę. Jeśli traficie na jakiś artykuł lub rozmowę, gdzie padnie stwierdzenie, że siatkówka to drugi najpopularniejszy sport na globie, spytajcie - a co z tenisem (2), krykietem (3), baseballem (4), tenisem stołowym (5), koszykówką (6), hokejem (7), golfem (8) i rugby (9)?

I tu zapewne spotkamy się z kontrą - te sporty w Polsce nie są popularne. W Polsce nie, na świecie (nie w USA) są i uprawiają je miliony.

Żużel? Skoki narciarskie? Biathlon? Szanujmy się, sporty dla nielicznych. Mówiąc złośliwie - podobnie jak wyśmiewany przez wielu kite. Bo nikt mi nie wmówi, że łatwo uprawia się siatkówkę, żużel, skoki narciarskie czy biathlon. Łatwo uprawia się piłkę nożną czy bieganie.

I tak specjalnie w wielu miejscach po prostu pomijałem wcześniej piłkę nożną. Ta dyscyplina jest w tym momencie poza jakimkolwiek równaniem i rozmową o sporcie ogólnie. Nie możemy do niego porównywać, nie możemy mówić - bo w piłce jest tak i tak. Generalnie jestem zdania, że wydawanie tak ogromnych pieniędzy na sport, w którym nie jesteśmy przeciętni (ani liga, ani kadra), wyniki sportowe są żadne, a zainteresowanie i wyniki marketingowe wciąż na poziomie o lata świetlne wyprzedzające poziom sportowy, to potężny paradoks.

Klucz do innego podejścia? Widoczna zmiana postaw społecznych - bo we wszystkm trzeba widzieć pozytywy.

Prawdą jest i nikt nie odkryje tu amryki w konserwie, że zmieniły nam się diametralnie postawy społeczne. I miejmy nadzieję, że to właśnie ten czynnik ludzki, delikatna zmiana mentalu pójdzie jeszcze dalej.

Całe szczęście coraz mniej jest tych panów z brzuszkiem, siedzących przed telewizorem w klapkach Kubota (niekoniecznie Łukasza), koszulce bez rękawków, pijących piwo i jedzących czipsy, co chwilę kurwując jaka to ta kadra piłkarska nie jest słaba (jednocześnie licząc na to, że kolejny trener i 2-3 dobrych graczy będzie w stanie pokonać Niemców, Hiszpanię czy Holandię). Obecnie coraz więcej spotykamy ludzi aktywnych - chodzących na basen, kochających jazdę na rowerze, bieganie, rolki, czy wspomniany kite, wakeboard, snowboard etc.

Poza tym wiele sportów, które dla nas są niszą, to dyscypliny budujące lifestyle, zainteresowanie modą (może nie klasyczną i chodzenie w rurkach oraz marynarkach) i napędzające sprzedaż, wzrost gospodarczy. Ile to osób zaczęło tworzyć koszulki z fajnymi i śmiesznymi tekstami i rysunkami sportowymi? Czy też sprzęt dla alpinistów, kurtki, okulary przeciwsłoneczne etc.

Dzięki temu, w kraju zaczęło się robić weselej, kolorowiej. Ulice przestały być szare i ponure, a facet w zielonej kurtce i kolorowych butach nie jest już clownem, tylko po prostu tym facetem, który żyje jak chce. Konkluzja? Jak dla mnie, nie umniejszając nikomu, skoki narciarskie (możecie wstawić żużel, biathlon, pływanie synchroniczne) są takim samym nośnikiem i posiadają taką samą (jak nie mniejszą) atrakcyjność jak sporty, które w naszej kulturze funkcjonują dużo krócej.

I co z tego, że w tym momencie sponsorzy wolą X, skoro w Y też mamy sukcesy i trend (sponsoring i zainteresowanie) może zostać odwrócony bardzo szybko. 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 62
Subskrybuj RSS