piątek, 13 września 2013

Tuż przed Mistrzostwami Europy w Słowenii na Twitterze padła propozycja, aby Eurobasket relacjonować pod jednym # czyli hashtagiem. Po krótkim głosowaniu padło na #EBPL.

Sukces tej szybkiej i sprawnej akcji w mediach społecznościowych widać było zarówno w trendach w Polsce (w zaledwie kilkanaście minut po rozpoczęciu pierwszego meczu Polaków dostaliśmy informację o wejściu do dziesiątki najpopularniejszych hashtagów w naszym kraju) jak i po tym ile osób relacjonowało Eurobasket. Kliknijcie tutaj.

Komentowali kibice, dziennikarze, fotoreporterzy, kobiety, mężczyźni, starzy, młodzi. Po prostu działo się jak przystało na media społecznościowe.

Dobry trend trzeba kontynuować. Sport na Twitterze relacjonuje się na żywo bardzo dobrze i można śmiało powiedzieć, że ten serwis jest idealnym narzędziem do tego typu działań.

Idąc tym samym tropem ustalmy więc oficjalne hashtagi dla Tauron Basket Ligi oraz każdego z zespołów ekstraklasy.

Tutaj (jeszcze testuję) przeczytacie kilka propozycji, możecie też podać swoje.

Pamiętajcie jednak, zasada jest jedna: musi być jak najkrócej i zrozumiale.

Swoje uwagi i głosy możecie zgłaszać u mnie na Twitterze – @szczepanradzki, pod #TBLHash jak i mailowo tutaj. 

WSZYSTKIE PROPOZYCJE HASHTAGÓW DLA TAURON BASKET LIGI ZNAJDZIECIE NA SZCZEPANRADZKI.PL

Zapraszam. :-)

09:51, anfernee , Inne
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 września 2013

Nie zgadzam się, nie chcę tego słuchać, nie sądzę, że to właściwe, mówić takie rzeczy.

Polska na zakończenie Eurobasketu wygrała z gospodarzem Mistrzostw Europy Słowenią 71:61 i z bilansem 1:4 odpadła z turnieju.

Już w trakcie meczu bałem się, że zwycięstwo nad Słowenią odbije się nam czkawką i usłyszymy z ust władz związku oraz całej rzeczy kibiców totalny bełkot, którym jest mówienie o szczęściu, zagraniu jednej akcji dobrej więcej, ponownym szukaniu pozytywów i zaklinaniu rzeczywistości.

Nie to, żebym wieszał psy jak się tylko da, bardzo cieszy mnie zwycięstwo kadry w mecz ze Słowenią, ale nie możemy dać się zwariować i patrzeć przez mgłę, którą ten mecz rzucił na nasze oczy i umysły.

Przegraliśmy na Słowenii cztery mecze. Liczyliśmy na tą kadrę, liczyliśmy na sukces, chcieliśmy go, bo dzięki fajnym transmisjom w telewizji w Polsacie Sport oraz dzięki platformie Ipla, ten turniej był na wyciągnięcie ręki dla wszystkich i mógł popularyzować naszą ukochaną dyscyplinę sportu. Liczyliśmy na odrodzenie koszykówki dzięki sukcesowi, który kadra przywiezie ze Słowenii.

Srodze się zawiedliśmy. Wiedzą to gracze, wie to sztab szkoleniowy, wiemy to my. Nasze emocjonalne, często mocne komentarze nie wynikają z tego, że nie wierzymy, że chcemy kogoś obrazić, że uważamy, że ci goście, którzy biegają po parkiecie w koszulce Polski nie umieją grać w koszykówkę. Wynikają z rozczarowania tym co widzieliśmy i chyba żaden absolutnie zawodnik tej kadry się temu nie dziwi. A przynajmniej nie powinien.

My chcieliśmy walki, chcieliśmy zobaczyć jak oni schodzą z parkietu poobijani, ale szczęśliwi, bo z literką W w kolumnie wygrane. Dostaliśmy co innego, dostaliśmy spektakl, który nie mógł się podobać, bo - powtórzę się - przegraliśmy cztery mecze. Nie przegraliśmy ich pechowo, z Gruzją i Hiszpanią dostaliśmy łomot, a w tych spotkaniach, które były na styku (przynajmniej w końcówkach) popełniliśmy karygodne błędy. Wszyscy pamiętamy jak wielkie lotnisko miał przed sobą dwa razy Lubos Barton gdy rzucał nam trójki z rogu. Wszyscy pamiętamy idiotyczną (tak, tak, idiotyczną) kanonadę z dystansu na jakieś dwie minuty do końca meczu z Chorwacją, gdy przegrywaliśmy tylko trzema punktami. Mieliśmy czas, na to, żeby zagrać spokojnie, wybronić akcję. Ktoś powie - byliśmy zmęczeni. Ja powiem - bullshit. Po drugiej stronie, tam gdzie nasi rywale, stali ludzie, nie roboty z filmu Sci-Fi, nie niezwykle silne maszyny, ale złożone z takich samych mięśni, ścięgien i kończyn istoty ludzkie.

Dlatego nie zgadzam się z tym, że było blisko, że zabrakło troszeczkę i mielibyśmy upragniony awans i Bóg jeden raczy wiedzieć co dalej. Zabrakło agresji, zabrakło tego co charakteryzowało inne zespoły, a co zobaczyliśmy w meczu ze Słowenią. Brakowało minięcia z obwodu, stworzenia zagrożenia w ten sposób, stworzenia sytuacji, w której obrona będzie musiała zrotować i wytrąci ją to z rytmu, brakowało zęba w obronie, bo tam często gra charakter. Graliśmy cztery mecze na stojąco, w sposób który łatwo określić jako archaiczny.

I nie, nie chcę rozpieprzać (jak ktoś na Twitterze już mi zarzucił) tej kadry w drobny mak. Nie jestem zwolennikiem zwalniania Dirka Bauermanna już teraz, nie jestem też jego obrońcą. Zgadzam się w pewnym sensie z Łukaszem Koszarkiem, który mówi otwarcie - daliśmy ciała jako zespół. Zgadzam się z Thomasem Kelati, który mówił przed Słowenią, że grali bez serca i bez jaj. Ogromny szacunek dla Michała Ignerskiego i wszystkch jego kolegów, którzy byli w stanie stanąć i powiedzieć, że zagraliśmy źle. To wymaga odwagi, wymaga zrozumienia powagi sytuacji, w której się znaleźliśmy

Nie rozumiem dlaczego mówiący tak dużo Marcin Gortat nagle zamilkł i chciałbym w końcu usłyszeć co ma do powiedzenia. Nie zgadzam się też z tym co słyszałem od komentatorów i ekspertów telewizyjnych w pomeczowych komentarzach po Słowenii - ten mecz to było prawdziwe oblicze tej kadry. Nie, nie był. Nie był w tej najprostszej i najważniejszej statystyce, w której - powtórzę po raz kolejny - możemy pochwalić się bilansem 1:4.

To co stało się na Słowenii boli, ale nie ubierajmy teraz tego w piękne słowa, bo - tak, znowu się powtórzę - wszyscy widzieliśmy co się stało. Zachowajmy się jak faceci, weźmy wszyscy to na klatę, a w PZKosz niech pracują nad tym, aby w eliminacjach do kolejnego Eurobasketu nie spotkać się z wielkim zawodem, awansować na ukraiński turniej. 

10:12, anfernee
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 09 września 2013

Chcecie przeczytać biografię człowieka, który na parkietach w Polsce zdobył 10 tysięcy punktów?

Adam Wójcik, bo o nim mowa, to legenda w naszym kraju i choć nie zdobywa punktów, jest ciągle aktywny koszykarsko. Nie tylko jest asystentem Dirka Bauermanna w kadrze Polski, ale też m.in. prezesem klubu KKS Kobierzyce.

Co trzeba zrobić, żeby wziąć udział w konkursie? Kliknąć w ten link, polubić profil (tak, chcemy zebrać trochę fanów), przeczytać pytania, które przygotowaliśmy i wysłać odpowiedzi na mail - konkurs@kolekcjonerbutow.pl.

Wśród tych, którzy nadeślą poprawne odpowiedzi na wszystkie trzy pytania, rozlosujemy jeden (nie mamy niestety więcej) egzemplarz biografii Adama Wójcika.

Zgłoszenia konkursowe można nadsyłać do godziny 13:00, 10.09.2013.

Biografia Adama Wójcika ukaże się w sprzedaży już 11 września i można ją kupić m.in. tutaj.

m.in. prezesem klubu KKS Kobierzyce.

11:53, anfernee
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 września 2013

Nie jestem w stanie drugi raz napisać tego samego wpisu! Ale spróbuję.

Nie wiem czy to moja przeglądarka czy blox spłatał mi tak zwanego figla, ale zawsze jak piszę w przeglądarce, to coś wywali się na plecy.

Wpis o Eurobaskecie był emocjonalny do granic możliwości, nie da rady odtworzyć go w takiej formie w jakiej został napisany po raz pierwszy. 

Nie wiem kiedy ostatnio chciało mi się płakać tak często w ciągu jednego dnia.

A piszę ten wpis ze łzami w oczach, ze smutkiem, żalem. Prostymi, prymitywnymi wręcz, ale takimi uczuciami, które przeżywają obecnie chyba wszyscy kibice koszykówki.

Coś we mnie pękło. Nie umiem wytłumaczyć sobie tego, co stało się w Celje i współczuję tym, którzy tam pojechali. Mimo tego, że zobaczą tak dużo, tak wspaniałej koszykówki.

To co po meczu z Czechami mówi Dirk Bauermann, piękne słowa i prośby o nie skreślanie tego zespołu, to po prostu puste słowa, które (przynajmniej dla mnie, nic już nie znaczą). 

Dostaliśmy na Słowenii potężne lanie i generalnie nie wiem czy nie byłoby mniejszym skandalem gdyby Grzegorz Bachański w tym momencie zwolnił wszystkich i odesłał do domu, a mecze oddał walkowerem.

Mi naprawdę nie przychodzi to łatwo, ja wcale nie chciałem, żeby oni przegrywali, żebym mógł (jak pewnie powiedzą mi niektórzy) w końcu się do czegoś dopieprzyć. Chyba nikt z nas nie chciał takiego obrotu sprawy, baliśmy się tego co może stać się w pierwszym czy drugim meczu, ale czy ktoś naprawdę dopuszczał do siebie myśl, że te dwa spotkania potoczą się dla nas tak tragicznie?

Po meczu z Czechami rozmawiałem z wieloma znajomymi, wyładowywaliśmy frustrację obrzucając błotem większość graczy, naszych liderów. Nie obyło się bez przekleństw. Mam nawet wrażenie, że gdyby niektóre słowa zostały wypowiedziane publicznie, zarówno ja jak i moi znajomi dostalibyśmy pozwy sądowe o zniesławienie. Byliśmy zdenerwowani, a tak naprawdę nic nie mamy do tych chłopaków. Ale ja nawet w nerwach ciągle miałem łzy w oczach. Po raz pierwszy od bardzo dawna (jeśli nie w ogóle po raz pierwszy w życiu), zareagowałem na porażkę kadry koszykarskiej i w ogóle jakiegokolwiek zespołu, niczym rozhisteryzowana nastolatka. 

Czułem się jakby właśnie rzuciła mnie miłość mojego życia. Jakby zostawiła mnie z pękniętym sercem, a ja zrobiłem dla niej wszystko i byłem gotowy zrobić jeszcze więcej. Czułem lęk, strach, niepokój, brak zrozumienia, chęć poprawienia tego co już się stało, dokonania niemożliwego, bo przecież to nic trudnego. Ale jednak niemożliwe. To już się stało i nic nie jestem w stanie zrobić.

Muszę pogodzić się z tym co się stało i iść dalej. Ale jak, skoro nie umiem pogodzić się z tymi porażkami, nie umiem odpowiedzieć sobie na pytania co było nie tak? Co zawiodło? Czy to był tylko przypadek (ten drugi mecz), czy też traktowanie meczów turniejowych jak ligi i gdzieś tam z tyłu głowy przekonanie, że w rewanżu da się odrobić straty? Zapomnieliśmy o tym, że każdy mecz takiego turnieju jest na wagę złota? 

Nie wiem, nie chcę już znać odpowiedzi na te pytania, bo to wszystko w tym momencie nie ma po prostu znaczenia i nie jest istotne. Niestety, ale dla nas ten Eurobasket się już skończył.

Przykro jest cytować Kubę Sienkiewicza, ale ... To już jest koniec.

00:21, anfernee , Europa
Link Komentarze (6) »
środa, 04 września 2013

Maciej Lampe zmienił buty. Zamiast Nike Soldier VII, grał w meczu przeciwko Gruzji w KDV Birch.

Tyle, jako KolekcjonerButów, chciałem napisać (co zrobiłem na Twitterze) po tym, dramatycznym dla nas spotkaniu przeciwko Gruzji. Uznałem jednak, że to stanowczo za mało.

Nieco chaotycznie, nieco ze smutkiem i trochę z tlącą się nadzieją, postaram się podsumować ten pierwszy mecz.

W momencie kiedy przegrywaliśmy siedmioma punktami, na Twitterze i hashtagu #EBPL nie było paniki. Było zagrzewanie do walki.

Chwilę później, gdy przewaga gruzinów niespodziewanie wzrosła do 15 i więcej punktów, fanom koszykówki puściły newry. Niektórzy twierdzili, że wyżywamy się na kadrze zamiast ją dopingować.


Nie zgadzam się absolutnie, ja widziałem ogromną liczbę fanów i wpisów, którzy ze szczękami na podłodze i oczami pełnymi łez nie mogli uwierzyć w to co się dzieje. Bo przecież to MY mieliśmy wygrać ten mecz i rozpocząć wędrówkę do awansu.

Tak nie było, bo dostaliśmy od Gruzji straszliwe lanie. Był za to pokaz bezsilności.

I wcale nie mam zamiaru pastawić się nad kadrą kompletnie nieudaną inauguracją. Wszyscy doskonale widzieli co stało się w Celje. Współczuję tylko tym, którzy oglądali to na żywo, tym którzy zwalniali się z pracy, wracali w pośpiechu do domu i łamali przepisy drogowe, by tylko zobaczyć swoich ulubieńców, tych bohaterów, którzy na białym koniu mieli wjechać do koszykarskiej ekstraklasowej Europy.

Gruzja po raz kolejny (pamiętacie mecze eliminacji Eurobasketu jakieś chyba 3 lata temu?) obnażyła nasze największe braki. O nich też nie ma co mówić, bo analizy gry kadry Polski przed rozpoczęciem turnieju wyraźnie i kilkunastokrotnie podkreślały gdzie możemy spodziewać się kłopotów. I dokładnie tak było, ale zdarzyło się jednak nieco więcej niż tylko problemy na obwodzie czy niecelne trójki.

Nie umiem znaleźć jednego słowa, które opisze ten, było nie było, fenomen. My po prostu mam problem z presją, graniem o coś, zachowaniem się jak ... ktoś, kto od lat gra w koszykówkę. I wcale nie chodzi o chęci, bo nie wierzę w to, że któremuś z tych graczy nie zależy i się nie chce.

Mówię (piszę) o przyzwyczajeniu. Przyzwyczajeniu do gry na wysokim poziomie, przeciwko dobrym zawodnikom, dostosowywaniu się do sytuacji, do nieroztapiania się mentalnie gdy przeciwnik czymś zaskoczy jakimś drobnym elementem. Obserwując kadrę dzisiaj miałem wrażenie, że nasi koszykarze mają z tym problem, a tylko nieliczni pokazują, że nie zależnie od sytuacji oni po prostu robią swoje.

Podam przykłady na bazie meczu z Gruzją. Popatrzmy na takiego Przemysława Zamojskiego, jego imiennika Karnowskiego czy Mateusza Ponitkę. Czy ktokolwiek jest w stanie powiedzieć coś złego o ich grze w meczu inaugurującym nasze występy na Eurobaskecie? Nie. Czy którykolwiek z nich czymś zaskoczył? Nie. Oni po prostu grali swoje. Bo tacy są. Przemek Karnowski i Mateusz Ponitka nauczyli się tego, że po prostu trzeba grać, już w najmłodszych latach w kadrach młodzieżowych, wywalczeniu srebra Mistrzostw Świata, walce w Gonzadze (ten pierwszy) gry na wysokim poziomie europejskim w Prokomie (ten drugi). Zamojski od lat natomiast ogrywał się i w kadrach i w Euroligowm zespole z Trójmiasta.

Ta cecha nie jest obca też Marcinowi Gortatowi, Maciejowi Lampe czy Thomasowi Kelatiemu. Zastanawiające jest tylko to, gdzie byli ci zawodnicy podczas meczu z Gruzją. Bo powiedzmy sobie szczerze - zagrali, bardzo, bardzo słabo. Mieli być liderami zespołu, ani jeden z nich w tym spotkaniu nie stanął na wysokości zadania.

W meczach nie tylko z Czechami, ale i całą, dużo mocniejszą resztą, wszyscy nasi gracze muszą zdawać sobie sprawę z tylko jednej podstawowej rzeczy, która może okazać się kluczem do zwycięstw - wy umiecie grać w koszykówkę i absolutnie nie macie czego się obawiać. 

19:49, anfernee , Europa
Link Dodaj komentarz »
Subskrybuj RSS