piątek, 30 września 2011

Matadorzy jako durni obrońcy, którzy są żadną przeszkodą dla MVP. Derrick jako uwalniający się bezproblemowo Byk (tak, z zamysłem wielką). Zobaczcie nową reklamę Adidasa.

Co myślicie? Moim zdaniem koncept fajny, ale ciągle Adidasowi sporo brakuje do pomysłów i realizacji, którą prezentuje Nike.

10:02, anfernee , Inne
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 26 września 2011

- Nie ma żadnej konkurencji pomiędzy nami, a Śląskiem z drugiej ligi! Dla nas konkurencją jest PGE Turów Zgorzelec - mówił na poniedziałkowej konferencji prasowej Przemysław Koelner, prezes i właściciel WKK Obiekty, spółki która kupiła prawa do używania logo oraz nazwy WKS Śląsk. 

Dla mnie to wszystko to lekki bullshit, albo mówiąc ładniej kolejny bonton.

Pytam po raz kolejny, choć wiem że Przemysław Koelner będzie wytykał mi, że się czepiam i zadaję to pytanie co rusz. Dlaczego koszykarski zespół z tego samego miasta nie jest konkurencją dla innego koszykarskiego zespołu? 

Panie i Panowie, tu nie chodzi o klasę rozgrywkową, do której wielu się przyczepiło! Tu chodzi między innymi o kibica, o to aby ściągnąć go na trybuny i przywiązać do zespołu ... głupio mi napisać do marki. O to, by kupił koszulkę, przyszedł na mecz, kibicował i na końcu postanowił wrócić. Podobnie jak zresztą piłka nożna jest konkurencją dla siatkówki, piłki ręcznej, koszykówki. I vice versa.

A konkurencja pomiędzy dwoma Śląskami koszykarskimi? Pewnie, patrząc na poziom sportowy nie ma tu żadnej konkurencji. Śląsk Przemysława Koelnera gra w ekstraklasie, drugoligowy w ... drugiej lidze. W tym samym mieście konkurencja może funkcjonować (i powinna) w innych obszarach, nie tylko przyzwyczajeniu kibiców.

Przepraszam, a organizacja, spełnianie standardów, formalności i tak bardzo, bardzo istotne nagłośnienie medialne, które buduje obraz klubu na zewnątrz? Tu nie ma konkurencji? Pewnie, że jest, bo strony w gazetach nie są z gumy, podobnie jak czas antenowy w radio czy telewizji.

- My z nikim nie walczymy! I proszę to napisać, z nikim się nie kłócimy i nie ma żadnych animozji. Oferta współpracy i porozumienia pomiędzy nami, która wyszła od nas, ciągle gdzieś tam leży - mówił mi też Przemysław Koelner. 

Zgadzam się, bo po tu nie chodzi o negatywną walkę, tu chodzi o to, aby konkurencja - co Pan Przemysław często podkreśla - rodziła zdrową rywalizację. Słowo konkurencja, jest tu niestety często rozumiane bardzo pejoratywnie, a moim zdaniem w żadnym, ale to żadnym aspekcie tak nie jest.

Usłyszałem też coś, co moim zdaniem nie powinno paść nigdy w życiu i nigdy we Wrocławi. W jednej z rozmów zarzucono, że być może lepiej by wszystkim było, gdyby ekstraklasowy Śląsk, którego odbudowę rozpoczął wspominany wiele razy w tym tekście wrocławski biznesmen, w ogóle nie istniał! 

Jasne, płaczmy, rozpaczajmy i tupmy nogami, bo nie wszystko idzie tak łatwo, jakby ktokolwiek sobie to wyobrażał. Pewnie, że we Wrocławiu są problemy, bo nie jest wielką tajemnicą, że oba kluby są w jakiś sposób zamieszane w politykę. Mniej lub bardziej, ale są. Nie jest tajemnicą, że silniejszy zespół udałoby się zbudować, gdyby sponsorzy połączyli siły, gdyby dogadali się i żyli w zgodzie. Świat nie jest jednak taki prosty, jedni chcą, inni mogą, ktoś w ogóle nie jest zainteresowany tym, aby angażować się w koszykówkę. 

Trzeba sobie jednak powiedzieć szczerze, że gdyby nie Przemysław Koelner, gdyby nie to, że jako pierwszy zaczął sensownie myśleć o odbudowie koszykówki, gdyby nie to, że chciał i myślał, że będzie wspierany z każdej strony, to do tej pory we Wrocławiu cały czas nie zaszłyby żadne, ale to żadne zmiany.

Przemysław Koelner rozpoczął reakcję łańcuchową, kolejne kroki, których już nie sam Koelner był autorem znamy doskonale. I nie, w żadnym wypadku nie oskarżam, ale gratuluję i cieszę się z tego, że Pan Przemysław zdecydował się zrobić to co teraz możemy oglądać.

Dla mediów, dla kibiców sytuacja, z którą się spotykamy, jest bardzo, bardzo dobra. My, fani koszykówki, możemy oglądać dwa zespoły które rywalizują ze sobą i starają się dać światu zewnętrznemu jak najlepszą jakość. Jedni biją się o awans do pierwszej ligi, drudzy chcą zaistnieć w ekstraklasie, z zespołem młodym, nad którym wisi ogrom pytań, a jego trener twierdzi, że sprawi sporo niespodzianek.

A ja chcę, aby w ekstraklasie grały dwa zespoły z Wrocławia, aby oba spotykały się co rok w finale ekstraklasy i grały w Eurolidze. Bo ja, pomimo tego, że interesuje mnie też sytuacja wewnątrz klubów, ich organizacja, sponsoring i czasem nawet te animozje, uważam i zgadzam się z Panią Krystyną Wójcik - najważniejsza jest koszykówka i nią powinniśmy się interesować.

21:16, anfernee , PLK
Link Komentarze (5) »
piątek, 23 września 2011

Dwadzieścia cztery minuty z czwartkowej konferencji prasowej drugoligowego WKS Śląska Wrocław. 

Warto dla samego show Radosława Hyżego. Gracza, który już w mediach udzielać się nie chce, bo jest za stary. A jeśli komuś nie chce się oglądać całości, zachęcam do kliknięcia tutaj.

21:25, anfernee , Inne
Link Komentarze (3) »
środa, 14 września 2011

Panie Prezesie, Panie Grzegorzu,

Dokładnie 30 stycznia 2011 roku napisałem do Pana list. Był Pan już wtedy Nowym Prezesem Nowego Polskiego Związku Koszykówki. Teraz zdecydowałem, że czas odświeżyć naszą znajomość korespondencyjną.

Mój poprzedni list zakończyłem słowami: Przekonamy się już niedługo, liczę na to, że będziemy skrupulatnie informowani o wszystkich działaniach podejmowanych przez PZKosz. Panie Grzegorzu, Pan doskonale wie, że ludzie Panu zaufali i nie może Pan tego zaufania nadszarpnąć.

Nie będę owijał w przysłowiową bawełnę, nie mam zamiaru. Środowisko, ludzie którzy Panu zaufali i bacznie obserwujący poczynania Pana i Pana kolegów przedstawiciele mediów, Ci wszyscy ludzie przestają zadawać sobie pytania, znudziło im się czekanie na efekty, które jak Pan twierdzi, widać będzie po czterech latach kadencji. Takie wypowiedzi trącą asekuranctwem i bojaźliwością, bo o ile sam tonowałem próby dostrzeżenia konkretnych działań i poprawy sytuacji Związku, tak czas najwyższy, abyśmy coś zobaczyli. Od jednej z osób związanej z wieloma podmiotami biznesowymi i stowarzyszeniami usłyszałem bardzo ciekawe zdanie: efekty pracy w stowarzyszeniu widać po 4-6 miesiącach, jeśli ich nie ma, to już raczej nie przyjdą.

Ale zaraz, czepiam się. Bo przecież efekty pracy już są. Wymienione wyżej grupy, widzą je doskonale i mało kto jest z tego faktu zadowolony. Pozwolę egocentrycznie i narcystycznie zacytować samego siebie. Ponownie zresztą.

Mam jednak wrażenie, że nie nikt z nowych władz nie będzie bał się podjąć trudnych decyzji, których czeka Was wiele. Ale co ważniejsze, mam nadzieję, że same decyzje to nie wszystko, a za nimi pójdą realne działania.

I nikt, w szczególności ja, nie może być zawiedziony tym, czego się spodziewał. Trudna decyzja i jej realizacja miała przecież miejsce. Szkoda tylko, że nie do końca wiadomo czy podjął ją Prezes Polskiego Związku Koszykówki, wiceprezes Polskiej Ligi Koszykówki, czy też jej Prezes. Choć ten ostatni i tak jest przecież zależny od rządzącego federacją i swojego zastępcy, czyli Pana.

Tak, mam na myśli sprawę Asseco Prokomu Gdynia. I dziwi mnie fakt, że wszyscy Władcy PLK i PZKosz tak mocno argumentują trzymanie się zasad oraz regulaminów. Te puste frazesy śmierdzą w dalekich, dalekich zakątkach świata. No chyba, że faktycznie w imię zasad i Regulaminu Współzawodnictwa Sportowego zdegradujecie Prokom w przyszłym roku do III ligi.

Co więcej, mieliście - Pan i Pana współpracownicy - być nową siła naszej ukochanej dyscypliny sportu. W tym momencie brakuje Wam transparentności choćby właśnie w kwestii Prokomu i należytego, szczerego poinformowania wszystkich zainteresowanych, tym dlaczego podjęto taką, a nie inną decyzję. I kto taką decyzję podjął? Zarząd? Prezydium? Prezes? Kto głosował, jak wyglądały obrady. Brakowało również tego, żeby sprawę upublicznić dużo wcześniej czy choćby zadać pytanie władzy zwierzchniej - Ministerstwu Sportu i Turystyki. Pytań jest mnóstwo, odpowiedzi zero, a te pierwsze sami wytworzyliście poprzez brak transparentności swoich działań.

Frazesy o szacunku do kibiców i mediów są niczym wytarte jeansy słabej marki. Nie uszanowaliście woli fanów, bo oni wyraźnie powiedzieli, że nie chcą zwalniania Asseco z rozgrywek ligowych. Dowód? Badania Pentagon-Research sprzed kilku miesięcy, które zleciła ... tak, dobrze Pan wie -Polska Liga Koszykówki. W ankiecie 74% respondentów było przeciwnych takiemu rozwiązaniu.

Spytam też dobitnie - jaką sytuację Państwo analizowaliście, na czym ta analiza polegała i w jaki sposób została przeprowadzona. Bo dotychczasowe wyjaśnienia są mętne, półprzeźroczyste i według zasad logiki również nieostre.

Choć zadawane powyżej pytania nie powinny w ogóle zostać zadane, a jedynym wartym odnotowania jest pytanie - dlaczego wniosku Prokomu w ogóle nie można było NIE rozpatrywać? Czy aby dlatego, że Prokom jest sponsorem kadry?

Może nieco się rozpędziłem, bo na niektóre kwestie dotyczące PLK nie ma Pan przecież wpływu. Mam więc prośbę, proszę jako sternik koszykówki w Polsce, spytać swojego de facto podwładnego, o to o co ja pytam powyżej. Z wyjątkiem jednego, może dwóch pytań, skierowanych bezpośrednio do Pana.

Panie Grzegorzu, sprawa Asseco Prokomu Gdynia była punktem krytycznym wszystkiego co od czasu objęcia przez Pana stanowiska Prezesa Polskiej Koszykówki, zostało w federacji dokonane.

Proszę nie zrozumieć mnie źle, bo pewne kroki były udane - choćby zatrudnienie Alesa Pipana, którego nasi zawodnicy szanują i chcą z nim pracować. Aczkolwiek nie zmienia to faktu, że opinie krążące w środowisku i większość działań nie spotkała się z uznaniem. Czy Pana pięknie napisany program wyborczy został już wrzucony do kosza? Bo spore grono osób ma wrażenie, że było to zwykłe populistyczne działanie, a kolejne punkty wyżej wymienionego, pościągali Panowie z co mądrzejszych stron internetowych lub ewentualnie książek o public relations. Rozmywają się także powoli argumenty przemawiające za Pana osobą jako prezesem i tym, który ma wyciągnąć koszykówkę z dna. Bo jeśli rozmowa o argumentach i zaletach wodza, zaczyna się i kończy na słowach - oczytany, miły, sympatyczny, potrafi się wysłowić i jest kulturalny - to przepraszam, ale chyba nie rozmawiamy o tym samym.

Co więcej, coraz częściej da się także usłyszeć, że za złego, atakowanego na wszystkich frontach i przez wszystkich dookoła, Romana Ludwiczuka, było lepiej niż jest teraz.

Czy Pana to nie martwi? Bo mnie i owszem. 

wtorek, 13 września 2011

Oto kolejna kontynuacja cyklu Amator Radz(k)i. Tym razem na tapecie Adidas. Enjoy :)

Nie zniosę tego, przecież ja w tym nie wyjdę na ulicę. One są tak brzydkie, że nie podobają się nikomu, nawet ślepcowi. Te drugie wyglądają dużo lepiej, ale w tych pierwszych mogę wyjść na ulicę tylko w nocy. Nie mogę, one błyszczą!

Rozpakowuję przesyłkę, którą kilkanaście minut wcześniej dostarczył mi kurier. Pudełko z trzema paskami, napis Adidas Performance, pełno papierków dzięki którym muszę za chwilę posprzątać pokój. Są. Matko, jakie one obrzydliwe.

Nienawidzę, po prostu nieznoszę i nie jestem w stanie patrzyć na buty do biegania. Przecież to jest zaprzeczenie jakiejkolwiek estetyki, jakiegokolwiek piękna. Za wąskie, powyginane, wyglądają jak zdjęte z dresa, który do kompletu buractwa ma na sobie skórę i wystający spod koszulki pseudo złoty łańcuch. Po prostu okropieństwo.

I jak ja mam w tym biegać? Nie interesuje mnie, że ludzie będą gapili się na mnie jak na idiotę, bo mam na sobie coś tak okropnie brzydkiego, ale interesuje mnie, że sam będę czuł się jak idiota w czymś okropnie brzydkim. Dlaczego buty do piłki nożnej przeszły ewolucję i wyglądają nieco inaczej, dlaczego to samo stało się z obuwiem koszykarskim, które może być też niskie i równie skuteczne jak to ponad kostkę, a dlaczego taka zmiana nie może nastąpić w obuwiu biegowym?

Ok mamy nowe linie od Nike, mamy nieco zmian w Adidasie, kilka konceptów Reeboka etc, ale to typowe, najbardziej zaawansowane i teoretycznie najlepsze, jest ciągle tak brzydkie i kojarzące się z wspomnianym wcześniej osobnikiem.

No i cholera, jeszcze te odblaski na bokach i czubku. Nawet jak pójdę biegać wieczorem, albo w nocy, to ktoś z okna zobaczy te paskudztwa.

Niestety, jak mus to mus. Zakładam SuperNovy na nogi i ruszam w trasę. Całe szczęście Adidas podobnie jak Nike też wycina w podeszwie jednego z butów dziurę na swój system i dodał nawet sprytną "belkę" po środku, żeby czujnik podczas biegu przypadkiem nie wypadł (nie wiem jak to możliwe skoro podczas biegu moja noga ciągle jest w bucie?). I mimo tego, że tak naprawdę nikt się na mnie nie gapił, cały czas czułem śmiechy za plecami i wytykanie palcami niczym w podstawówce. Nic to, po pierwszych kilkuset metrach zrozumiałem dlaczego Adidas SuperNova Glide3 mogą wyglądać nawet jak najbardziej paskudne paskudztwo jakie tylko możemy sobie wyobrazić. To nie są buty do wyglądania i oglądania, ale do biegania. Do biegania i to przez duże B.

W ostatnim czasie miałem na nogach kilka par butów biegowych i biegowo-treningowych. I pomimo mojego zachwytu nad Nike Free, pomimo świetnego spisywania się na szutrach LunarGlide i genialnego wyglądu Reebok ZigTech, to Adidas SuperNova zauroczył mnie najbardziej i spisywał się w każdych warunkach bardzo, bardzo dobrze.

SuperNova nie dawały tyle frajdy z biegu co Free i są czymś pomiędzy dwoma produktami Nike. Do tego gdy zaczynamy biec mówią - nie martw się, doprowadzimy cię na miejsce, damy komfort twoim stopom i wytrzymamy największe trudy pogodowe, najtwardszy asfalt i wchodzące w bieżnik kamienie. My po prostu zrobimy to co do nas należy, to do czego zostałyśmy stworzone.

Adidas dostarczył mi także inny rodzaj obuwia, te które osobiście uważam za bardziej treningowo-biegowe niż biegowe. Model Adidas CC Run wygląda dostojnie, ucieka od stylistyki typowo biegowej i można w nich nawet chodzić na co dzień. Kilka razy założyłem je na nogi, wyszedłem w teren i próbowałem biegać. Moje myśli ciągle krążyły jednak wokół tego, że na stopach brakuje mi tych brzydactw, od których tak mnie odpychało. Testy CC Run zakończyły się więc bardzo szybko, pomimo tego że są to buty wygodne i biegało mi się w nich równie dobrze, to błyskawicznie wróciłem do błyszczących, typowych biegówek.


Zachwalałem duo Nike Free i LunarGlide, ale gdybym miał kupić jedne buty do biegania, z całą pewnością mój wybór padłby na Adidas SuperNova. Ci, którzy mnie znają kręcą obecnie z niedowierzaniem głowami. A ja mówię to z całą odpowiedzialnością i pewnością wyboru, którego dokonuję. Kocham Nike, gdy widzę Swoosh jestem bliski ekstazy, ale SuperNova to buty biegowe, które najczęściej wyjmuję z szafy i zakładam na stopy gdy idę biegać.

Za udostępnienie sprzętu do testów dziękuję firmie Adidas Polska.

18:06, anfernee , Inne
Link Komentarze (6) »
niedziela, 11 września 2011
piątek, 09 września 2011

Kilka tekstów takich jak ten poniżej ukazało się na portalu Polskabiega.pl w cyklu Amator Radz(k)i. Na blogu mała kontynuacja, bo wybiegałem kilka kilometrów więcej.

Nike Free Run+2 i LunarGlide 3 były pozycjonowane jako topowe w tym roku buty do treningu i biegu od Nike. Oba produkty uzupełniają się genialnie. We Free czujemy się jakbyśmy biegali w powietrzu, a mniej krzykliwe Glide wydają się być stworzone do biegu w terenie.

Free Yourself - to hasło przyświeca kampanii Nike, która to promuje produkty z serii Free. I to nim będzie poświęcony dzisiejszy odcinek cyklu Amator radzi. Free to przede wszystkim, zdaniem firmy z Oregonu, rewolucyjne obuwie dające poczucie biegu boso.

Czy aby na pewno?

Skrócę Wasze cierpienia i odpowiem - tak, w Nike Free Run+ 2 biega się zupełnie inaczej niż w typowych butach biegowych. ZUPEŁNIE inaczej.

Jeśli komuś nie chce czytać się dalej, niech proszę strawi tylko jeszcze jeden akapit i postąpi tak, jak uważa za stosowne. Ostrzegam jednak, że jak zrobicie inaczej niż sugeruję, popełnicie błąd.

W tym momencie większość z Was czytelnicy, amatorzy biegania, lub Ci, którzy nie mieli okazji sięgnąć po buty z serii Free, już wiedzą co mają zrobić. Powinniście udać się do sklepu i sprawdzić, co potrafi to obuwie. Uprzedzając ewentualne pytania - nie, nikt z Nike mi za ten tekst nie zapłacił.

Zresztą, Free nie trzeba zbytnio przedstawiać, bo z każdej strony w oczy bije kampania reklamowa tego obuwia. Promocja w kanale internetowym takich jak Facebook, w praktycznie każdym programie telewizyjnym, na Gadu-Gadu czy największych portalach biegowych, robi swoje.

Z samym opisem produktu nieco uprzedził mnie dziennikarz Runner's World, Paweł Kempa. Niestety w pewnych aspektach nie jestem w stanie równać do testów, które odbył Paweł. Jemu dane było założyć Nike Free Run+ 2 w malowniczej, przepięknej scenerii Dubaju, a bark w bark biegały z nim takie gwiazdy jak Daria Kliszyna (halowa mistrzyni Europy w skoku w dal) czy ktoś kogo biegaczom przedstawiać nie trzeba - Hicham El Gerroui.

Moje testy odbywały się w jednej z wrocławskich siłowni i Parku Popowickim, a zamiast gwiazd światowego formatu, obok mnie znajdowali się sportowcy amatorzy, spacerowicze i ludzie czekający na autobus, robiący zakupy etc.

I w tym środowisku wyglądałem nieco przygłupio, bo moje Free są w kolorach ... niezidentyfikowanych i niemożliwych do określenia przez oko mężczyzny. Niektórym kobietom ten podobny do pawia, niezwykle pstrokaty but też się nie do końca podobał. Dla mnie pomieszanie turkusu, seledynu, pomarańczowego i białego nie stanowiło wielkiego problemu. Oczywistym jest jednak, że buty dostępne są też w innych kolorach, a dzięki usłudze Nike ID, możemy sami skomponować sobie but w określonej palecie barw.

I to wielka zaleta Nike Free - są free nie tylko dlatego, że teoretycznie uwalniają stopę od obuwia, ale też dlatego, że Nike ID pozwala na zrobienie ze znajdującym się w projekcie modelem, wszystkiego co zapragniemy. Oczywiście nie można zmienić samej struktury buta, albo potraktować go 30 tysiącami kolorów co milimetr innym. W granicach rozsądku twórcy aplikacji dali nam możliwość zmieniania kolorów kilku elementów - np. języka, sznurówek, etc.

Wartości? Dla amatora - brak bólu goleni!

Sam kolor i możliwość adaptacji do własnych potrzeb, nie zmieni mojej subiektywnej oceny obuwia z serii Free. To co można wyczytać w prospektach reklamowych, opisach produktu, media manualach i wielu innych, które przygotowało Nike, to generalnie prawda.

Koncepcja wymyślona przez Tobie Hatfielda, Jeffa Pisciotta i Erica Avara to nie bujda na resorach. To technologia, dzięki której ja - pamiętajcie biegacz z kategorii kompletny amator - czuje różnicę.

Dla mnie najbardziej istotnym było to, że dzięki konstrukcji podeszwy naprawdę ciężko było odczuć ból goleni, który towarzyszył mi w przypadku biegu w moich starych, (nie opisywanych w żadnym z tekstów tego cyklu) butach.

Oczywiście można zarzucić mi, że źle się rozgrzewałem, że powinienem to robić dokładniej, dłużej, skrupulatniej i tak samo nie doświadczałbym braku tlenu w dolnych partiach nóg w przypadku innych butów. Bzdura, bo rozciągałem się zawsze tak samo i przeprowadziłem też mały test.

Jedną z przebieżek w Nike Free specjalnie odbyłem bez żadnej, ale to żadnej rozgrzewki i rozciągania. Przebiegłem nieco mniej niż 4 kilometry i jedyne co czułem, to to że mięśnie nóg pracują. Żadnego bólu, który przeszywał mnie od stóp do ... kolan.

Jest jednak jedno, bardzo, bardzo duże ale, o których poinformowali mnie współpracownicy Nike.

Przemiłe Panie obsługujące tę firmę w Polsce, Pani Monika i Agnieszka, wyjaśniły mi jedną bardzo ważną rzecz i wszyscy, którzy zdecydują się na trening w Nike Free, muszą pamiętać, że w tych butach nie da biegać się zbyt często.

Dlaczego? Bo koncepcja Free wzmacnia co prawda nogi, ale powoduje także spore zmęczenie materiału. Nike proponuje, by do tego typu obuwia przystosowywać się stopniowo. Chodzić w nich po domu i na krótkie spacery, a w przypadku treningu używać może 2-3 razy w tygodniu, stopniowo i bardzo powoli zwiększając obciążenie.

Hicham El Gerrouj w Dubaju mówił - To jest tak samo jak z treningiem siłowym. Jeśli przesadzisz jak z ciężarami na pierwszych treningach, możesz nadwyrężyć mięśnie. Ale jeśli będziesz zwiększał obciążenia stopniowo, zwiększy się Twoja siła. Podobnie jest z Nike Free Run+ 2. Ten model nie ma zastąpić butów z pełną amortyzacją, a jedynie wzbogacić i uzupełnić trening.

Na początek połączcie Free z Glide

Opisana powyżej sytuacja jest nieco kłopotliwa. Na początku przygody z Nike Free, chcąc biegać częściej, musimy posiadać także inną parę butów.

W moim przypadku był to inny topowy model Nike - LunarGlide 3. Mniej krzykliwe, bo siwo-czarne z fioletowymi wstawkami i obowiązkową dziurką na sensor Nike+, to buty które pozwalały na nieco mniejsze odczuwanie każdej nierówności podłoża. W przeciwieństwie do Free są cięższe i nie zmuszają czy może zachęcają do szybszego, nieco lżejszego biegu, który może przypominać lewitowanie. Tak, Free momentami powodują wrażenie biegu w powietrzu i takiego, jakbyśmy podłoże delikatnie muskali opuszkami palców.

Zadowolenie? Spore, bo but bardzo dobrze spisywał się na betonowym moście Milenijnym i w parku czy mini-lesie pośród gałęzi i krzaków. W tej kolorystyce i zachowaniu, które bije od LunarGlide, but sprawia wrażenie jakby skonstruowanego specjalnie na potrzeby pogody z pogranicza września i października lub początku sezonu biegowego w kwietniu.

Chwila refleksji, kilka zdjęć i wizyta w punktach Nike, gdzie były inne wersje kolorystyczne, zmusza mnie do stwierdzenia, że moja paleta barw daje wrażenie opisane u góry. Inne kolory Glide funkcjonują wspaniale także w słonecznej Kaliforni, czy upalnej letniej Polsce. Nie przejmujcie się więc, że będziecie wyglądali jakkolwiek głupio. Ale tylko w niektórych, bo ogólnie kolorystyka nie zachwyca.

Werdykt? Oba!

Powtórzę się - jeśli kogoś stać proponuję oba modele, przynajmniej na początek. Choćby dla urozmaicenia.

Za udostępnienie sprzętu do testów serdecznie dziękuję firmie Nike Polska. 

09:42, anfernee , Inne
Link Komentarze (2) »
środa, 07 września 2011

Filmowo, krótko i zwięźle. Film by bardzo, bardzo dobry, Christopher Nolan jak zwykle nie zawiódł, Leo D. potwierdził, że jest aktorem z wysokiej półki, a teraz nie zawodzą też mistrzowie przeróbek i koncepcji.

Oto Incepcja LeBrona Jamesa. Enjoy.

10:06, anfernee , Inne
Link Komentarze (5) »
wtorek, 06 września 2011

To nie będzie wpis niezwykle merytoryczny, nie będzie też dawał odpowiedzi na pytania, nie będzie dopiekający, ani emocjonalny. Będzie, po raz pierwszy na blogu, filozoficznie i nieco socjologicznie.

Czytam ostatnio 44 listy ze świata płynnej nowoczesności Zygmunta Baumana. W jednym z rozdziałów natrafiłem na taki oto fragment.

Dziś już nikt nie oczekuje od młodych, że "staną się dorośli na nasz sposób". Postrzega się ich raczej jako odmienny gatunek ludzi, który do końca życia pozostanie odmienny "od nas". Różnice między "nami" (starszymi), a "nimi" (młodszymi) nie jawią się już jako przejściowa niedogodność, która rozwieje się i ulotni, kiedy młodzi (niechybnie) poznają twarde realia życia - niezmienne i nieodwołalne.

W rezultacie starzy i młodzi patrzą na siebie nawzajem z mieszaniną niezrozumienia i irracjonalnego lęku. Starsi boją się, że młodzi zepsują i zniszczą swojską, wygodną i przytulną "normalność", którą starsze pokolenie wytrwale budowało i której strzegło z takim oddaniem. Młodsi zaś odczuwają gwałtowną potrzebę naprawienia tego, co spartaczyli i sfuszerowali starzy. Jedni i drudzy są niezadowoleni (a w każdym razie nie w pełni zadowoleni) z aktualnego stanu rzeczy oraz z kierunku, w jakim zdaje się zmierzać świat, i obarczają się nawzajem winą za swoje kiepskie samopoczucie. W dwóch kolejnych numerach pewnego prestiżowego brytyjskiego tygodnika sformułowano dwie całkowicie sprzeczne diagnozy/oceny. Jeden z felietonistów oskarżył "młodych ludzi", że są "gamoniowaci, rozmemłani, naćpani i do niczego się nie nadają". Na co pewien poirytowany czytelnik odpowiedział, że ci rzekomo rozleniwieni i zobojętniali młodzi ludzie są w rzeczywistości "świetnie wykształceni" i "głęboko przejęci bałaganem, którzy zrobili dorośli". Podobnie jak w wielu innych tego rodzaju sporach różnica zdań była tu w istocie różnicą ocen i indywidualnych punktów widzenia. W takich wypadkach trudno oczekiwać "obiektywnego" rozstrzygnięcia zaistniałego sporu.

Pamiętajmy jednak, że większa część obecnego młodego pokolenia nie zaznała nigdy prawdziwego ubóstwa, przewlekłego kryzysu gospodarczego ani masowego bezrobocia. Urodzili się i dorastali w świecie, w którym mogli się ukryć pod wodoszczelnym i zabezpieczającym od wiatru parasolem socjalnym, mającym już zawsze pozostawać w zasięgu dłoni, aby chronić przed niepogodą, chłodnymi deszczami i mroźnymi podmuchami wiatru. A wszystko to w świecie, w którym każdy nowy poranek miał być bardziej słoneczny i bogatszy w miłe niespodzianki od poprzedniego. W chwili, gdy piszę te słowa, nad światem gromadzą się jednak ciemne chmury, które z dnia na dzień ciemnieją coraz bardziej. Stan błogiej szczęśliwości, beztroski i pełen obietnic, który młodzi ludzie przywykli uznawać za "naturalny' stan świata, być może nie potrwa już długo. Osad pozostawiony przez ostatni kryzys gospodarczy - przedłużające się bezrobocie, kurczące się gwałtownie perspektywy życiowe i coraz mroczniejsze widoki na przyszłość - może okazać się trudny do usunięcia, o ile w ogóle uda się go usunąć. Nieprędko też, jeśli w ogóle, powrócą - coraz bardziej słoneczne - dni. 

Jest wszakże zbyt wcześnie, aby rozstrzygać o tym, czy owe głęboko zakorzenione poglądy i postawy życiowe dzisiejszych młodych ludzi pasować będą do świata, który właśnie nadchodzi, i czy ów świat będzie światem na miarę ich oczekiwań.

Kilkanaście godzin po przeczytaniu tych słów, PZKosz i PLK podjęły wspólną decyzję o zwolnieniu APG z części rozgrywek ligowych. Powróciłem do książki, przeczytałem jeszcze raz i dało mi to wiele do myślenia w kwestii tego co robi i jak robi Federacja. Nie jestem przekonany do działań prezesa, ale może my młodzi, patrzący na to życie nieco inaczej, po prostu nie rozumiemy pobudek, które rządzą Grzegorzem Bachańskim i całą resztą władz związku? 

A może po prostu - i z tą tezą się zgadzam - nie chcemy już żyć w świecie rządzonym przez poprzednie układy i zażyłości? "Młodość" i "starość" walczą ze sobą z różnych względów. Niestety, bo cierpi na tym całe środowisko koszykarskie w Polsce.

niedziela, 04 września 2011

Wczoraj w Polskim Radiu Wrocław powiedziałem, że Turcja nie pozostawi najmniejszych złudzeń i pokaże jak potężnym i silnym jest zespołem.

Nie pamiętam kiedy w ostatnim czasie tak bardzo cieszyłem się z własnej pomyłki! I uwaga, będzie chaotycznie, bo nie wierzę w to co się stało, a przecież POKONALIŚMY WICEMISTRZÓW ŚWIATA I MAMY OGROMNE SZANSE NA WYJŚCIE Z GRUPY.

Polacy od pierwszych minut grali punkt za punkt, prowadzili, odrabiali minimalne straty. Pod koszem w ataku rządził Adam Hrycaniuk, na obwodzie znakomicie grali Thomas Kelati, Łukasz Koszarek i niezwykły w meczu z wicemistrzem globu Dardan Berisha.

I to właśnie gracz Anwilu był autorem jednego z dwóch najważniejszych rzutów w tym spotkaniu. Berisha po koźle trafił z 6 metra nad Ersanem Ilyasovą, graczem NBA i na 12 sekund do końca meczu ustalił wynik na 84:83. W sumie Dardan Karabin Berisha zdobył 21 punktów.

Kilkadziesiąt sekund wcześniej Piotr Pamuła z bezczelnością, z prawie ósmego metra trafił trójkę, która także dawała nam prowadzenie. 

I tak właśnie rodzą się legendarne mecze. Skazywana na porażkę Polska, osłabiona brakiem teoretycznie najsilniejszych graczy z naszego kraju, ogrywa naszpikowany gwiazdami i wielkimi talentami zespół turecki. 

Brawo, brawo, brawo! Po tym meczu będę trząsł się pewnie jeszcze przez kilka godzin, bo to chyba największe zwycięstwo naszej kadry koszykarskiej jakie widziałem w życiu!

18:49, anfernee , Europa
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2
Subskrybuj RSS