poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Burdelu ciąg dalszy. Tak powinien brzmieć wpis tej notki, ale swego czasu do moich uszu doszły piękne słowa: w burdelu synu, to musi być porządek.

Porządku nie ma za to w PLK, ani w PZKosz. Łukasz Cegliński opisał sytuację federacji w felietonie na Sport.pl.

Słowa mojego redakcyjnego kolegi są, w całej sytuacji związanej z brakiem zmian, niezwykle łagodne. Bo w środowisku mówi się o wielu sprawach, które mogą mocno nadszarpnąć wizerunkiem obecnego prezesa Polskiego Związku Koszykówki. 

Bez wyraźnych dowodów, plotek powtarzał nie będę. Wspomnieć należy jednak o jednej, bardzo, bardzo istotnej rzeczy, która powtarzana jest z wielu, naprawdę wielu ust.

Cytaty te brzmią tak.

Wcale nie jest lepiej, co więcej nie jest najwyraźniej tak samo jak za Romana Ludwiczuka. Obecnie jest chyba nawet gorzej.

To co się dzieje w koszykówce w Polsce to żart, żart, żart. Niesmaczny, podły i okrutny żart.

Te słowa powinny dać Grzegorzowi Bachańskiemu i jego ludziom do myślenia, inaczej niedługo całe środowisko, dziennikarze, kibice, być może i prezesi klubów, zaczną śpiewać poniższą piosenkę.

21:26, anfernee , Inne
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 sierpnia 2011

W ostatnim czasie blog został nieco zakopany. Liga stoi odłogiem, problemy z którymi się spotykamy to niesmaczny żart, którym karmią nas to jedni to drudzy działacze. Szkoda po raz kolejny wspominać o Prokomie, przesuwaniu (choć tym razem naprawdę nieznacznym) terminów weryfikowania klubów, etc.

Poważne sprawy i układanie kwestii organizacyjnych w Tauron Basket Lidze cały czas trwa, cały czas niczym naiwny głuptas wierzę, że zamknięcie ligi i mozolna, ciężka praca da efekty poprawiając kondycję TBL.

Ale poważne problemy ligi to jedno, a nieco mniejsze, ale równie istotne to zupełnie inna kwestia. O nich jednak nie mówimy, bo giną w gąszczu bałaganu serwowanego nam przez władze.

Jednym z nich - zauważony przy okazji tworzenia poniższej listy - jest maksymalne (przepraszam za kolokwializm), olewanie funkcjonowania stron internetowych. I robią to zarówno kluby jak i ci, którzy prowadzą oficjalną stronę ligi.

Do rozpoczęcia sezonu pozostało już tylko osiem tygodni, a większość zespołów na swoich witrynach ma trzy rodzaje składów, w których wystąpi w lidze. Pierwszy z nich to zespół z zakończonego kilka miesięcy temu sezonu, drugi to pomieszanie drużyny z poprzedniego roku z zawodnikami, którzy niedawno podpisali kontrakty. Trzeci, spotykany tak rzadko jak jednorożec lub zorza polarna, to aktualny skład drużyny. Tutaj dominują Anwil, Polpharma i AZS Koszalin. W małym stopniu ŁKS Łódź. Całe szczęście, że transfery są zamieszczane w newsach na klubowych witrynach.

Podobnie sprawa wygląda na stronie PLK, gdzie oprócz sporej ilości newsów o transferach i innych rzeczach, w zakładce drużyny, ciągle nie ma ŁKS Łódź i AZS Politechniki. Nie wiem jak inni, ale dla mnie sezon 2010/2011 się już zakończył, a żyć w przeszłości nie lubię.

Doskonale jednak rozumiem, że niektóre zespoły nie mają domkniętych umów z zawodnikami, w drużynach są tylko juniorzy, bądź jednostkowi gracze którzy pozostali po poprzednich rozgrywkach.

Nie zmienia to jednak dla mnie nic w kwestii prostych kliknięć i przeniesienia UBIEGŁEGO roku, do archiwum.

Przydługi wstęp do tego wpisu jest moją osobistą, małą frustracją, gdyż znalezienie aktualnych składów w chwili obecnej jest niczym słynna walka Don Kichota z wiatrakami i prowadzi do rozstroju nerwowego.

Do sedna, bo miałem nie wylewać goryczy na wszystkich dookoła. Poniżej znajduje się lista zespołów, które zagrają w tym sezonie w TBL z wymienionymi obok nazwiskami graczy z obywatelstwem naszego kraju (oczywiście może być nieco niekompletna, bo wiele sytuacji kontraktowych stoi pod wielkim znakiem zapytania). Na samym dole jest sonda, kliknijcie proszę zespół, który Waszym zdaniem ma najsilniejszy Polski skład.

Dziękuję i enjoy :)

Anwil Włocławek: Łukasz Majewski, Dardan Berisha, Seid Hajrić, Tomasz Cielebąk, Bartłomiej Wołoszyn, Marcin Nowakowski, Michał Sokołowski.

Trefl Sopot: Łukasz Koszarek, Marcin Stefański, Filip Dylewicz, Adam Waczyński, Daniel Szymkiewicz, Łukasz Wiśniewski.

PGE Turów Zgorzelec: Konrad Wysocki, Michał Gabiński, Aaron Cel, Artur Mielczarek, Michał Chyliński,

Asseco Prokom Gdynia: Krzysztof Szubarga, Adam Hrycaniuk, Piotr Szczotka, Robert Witka

AZS Politechnika Warszawska Warszawa: Piotr Pamuła, Kamil Pietras, Mateusz Ponitka, Leszek Karwowski, Michał Nowakowski, Michał Michalak, Jarosław Mokros, Łukasz Wilczek, Marcin Kolosa, Marek Popiołek.

Śląsk Wrocław: Robert Skibniewski, Bartosz Bochno, Adam Wójcik, Piotr Niedźwiedzki, Kacper Sęk, Jarosław Zyskowski, Paweł Buczak, Bartosz Diduszko (trenuje z zespołem).

AZS Koszalin: Rafał Bigus, Kamil Łączyński, Greg Surmacz, Igor Milicić, Marcin Dutkiewicz, Mateusz Jarmakowicz.

PBG Basket Poznań: Jacek Sulowski, Damian Kulig, Aleksander Lichodziejski,

Zastal Zielona Góra: Kamil Chanas, Jakub Dłoniak, Piotr Stelmach, Marcin Flieger, Marcin Chodkiewicz, Filip Matczak, Paweł Malesa (trenuje z zespołem), Rafał Rajewicz.

Siarka Tarnobrzeg: Łukasz Diduszko, Wojciech Barycz, Dariusz Wyka,

Polpharma Starogard Gdański: Daniel Wall, Grzegorz Arabas, Tomasz Śnieg, Łukasz Ratajczak, Adam Metelski, Piotr Dąbrowski,

Energa Czarni Słupsk: Paweł Leończyk, Krzysztof Roszyk, Paweł Kikowski, Mantas Cesnauskis, Zbigniew Białek

Kotwica Kołobrzeg: Stanisław Trojanowski (prezes).

ŁKS Łódź: Piotr Trepka, Marcin Salamonik, Jakub Dłuski, Michał Krajewski, Bartłomiej Bartoszewicz, Bartłomiej Szczepaniak, Dariusz Kalinowski, Marcin Kuczmera, Dominik Binkowski, Krzysztof Sulima.

P.S. Proszę składu Kotwicy nie traktować poważnie :)

Tagi: plk TBL
13:53, anfernee , PLK
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 22 sierpnia 2011

- Zobaczysz, przed rozpoczęciem sezonu, sądzę, że we wrześniu, coś się w naszej kochanej lidze jeszcze stanie - będąc w tym momencie stuprocentowym narcyzem i napawam się tym, że przeczucie mnie nie zawiodło. Powyższe słowa padały bowiem z moich ust w wielu rozmowach z kolegami interesującymi się i zajmującymi koszykówką.

Myliłem się tylko co do miesiąca, bo afera wypłynęła już w sierpniu. Sprawa nijak nie jest nowa, bo rozmawialiśmy o niej już w ubiegłym roku. W tym roku opisywał z wyraźną nutką rozczarowania i złości Łukasz Cegliński, napisał także Michał Rodziewicz mocno krytykując usilne poszukiwanie plusów przez Marcina Dajosa.

Powtórka z rozrywki, którą serwuje nam i Prokom i władze - jak słusznie napisał Łukasz - związku, czy też federacji, ponownie robią sobie z nas najzwyklejsze jaja. Jako sympatyk koszykówki jestem zdecydowanym przeciwnikiem takiego rozwiązania. Moje stanowisko nie zmieniło się ani trochę od poprzedniej sprawy związanej ze zwolnieniem Prokomu z występów w lidze. Nie mam także nic nowego do dodania w sprawie, bo sytuacja, w której jesteśmy to zwykłę deja vu.

Dla przypomnienia i kronikarskiego obowiązku, przypominam więc wpisy sprzed roku.

Na początek tekst, który rozpoczął cykl na Difensie - Rozterki Jacka Jakubowskiego.

Co do powiedzenia rok temu miały władze Asseco Poland, czyli Saga Prokomu trwa (oj trwa, trwa).

Kto ucierpi w TBL? Tak jak rok temu, kibice!

Zmiany, zmiany, zmiany. Do czego mogło i może prowadzić ProkomGate.

Nastroje kibiców? Pentagon-Research rok temu przeprowadził takie badanie, dokładnie w dniach 21-22 sierpnia.

Mam nadzieję, że skończy się to podobnie jak rok temu, tylko że tym razem panowie u władzy sami pójdą po rozum do głowy, a nie odnajdą go po ogromnej, medialnej nawałnicy.

EDIT

W tegorocznym, wiosennym badaniu ligi padło pytanie: Czy Pana/Pani zdaniem polskie drużyny grające w ligach regionalnych (np. Asseco Prokom Gdynia, grający we wschodnioeuropejskiej lidze VTB) powinny być zwolnione z udziału w rundzie zasadniczej rozgrywek PLK?

Odpowiedź na poniższym zrzucie ekranu.

Tagi: Prokom
08:45, anfernee , PLK
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 sierpnia 2011

Łezka w oku się kręci po samym zobaczeniu marynarki Dennisa - Pistons/Bulls.

12:39, anfernee , NBA
Link Komentarze (1) »
środa, 10 sierpnia 2011

Świat koszykarski w Polsce obiegła dziś wieść o tym, że Marcin Gortat nie zagra na EuroBaskecie na Litwie. Powód? Brak ubezpieczenia, a dokładnie spełnienia warunków ubezpieczenia, które stawiają Gortat oraz jego agent, Guy Zucker.

Dokładniejsze relacje o tym między innymi na Sport.pl, gdzie można posłuchać co do powiedzenia ma nasz rodzynek w NBA. 

Jak sam twierdzi, bez odpowiedniego ubezpieczenia, ma za dużo do stracenia. 

Może i jestem fatalistą, może i ktoś mnie za to przeklnie, ale brak Gortata w kadrze w tym roku to z perspektywy dużego obrazka ... żadna strata. Przypomnę tylko, że Polska znalazła się w grupie między innymi z Turcją, Hiszpanią i Litwą. 

Z Gortatem czy bez, niestety, szans na poważny wynik nie mamy. Ten rok jest dla zespołu narodowego pewnego rodzaju poczekalnią i testem. Być może czasem, w którym trzeba sprawdzić innych, młodszych, perspektywicznych, takich którzy nie mieli szans, bo ciągle czuliśmy presję zrobienia czegoś. Czy to awansu, czy wyjścia z grupy, czy czegokolwiek innego.

I ja, nie broniąc Gortata, wcale się mu także nie dziwię. Będąc w jego sytuacji, zapewne też bardzo poważnie zastanawiałbym się nad tym, czy chciałbym utracić i przekreślić dziesięć lat treningów, wyrzeczeń i w końcu spełnienia swojego marzenia, dla (nazwijmy to brzydko) jednej imprezy. I wcale nie jest istotne to, czy kwestia braku podpisanych papierów i ubezpieczenia to naciski agenta, czy widzimisie Gortata czy może brak kompetencji władz PZKosz albo jakikolwiek inny powód. Nasz środkowy ma naprawdę dużo do stracenia. I nieważnym też jest to, że inne gwiazdy, duże gwiazdy jak np. Dirk Nowitzki czy Pau Gasol, grają z innym ubezpieczeniem.

Bilans zysków i strat Gortata jest po prostu w tej sytuacji niekorzystny. Zyskać może praktycznie nic, stracić bardzo dużo. Gwarantowany kontrakt, przyszłość, marzenie, pieniądze, etc.

W tym momencie zapewne podniosą się głosy, że reprezentowanie kraju jest przywilejem, obowiązkiem i przyjemnością. Tak, jestem tego samego zdania, mam podobne odczucia i chciałbym, aby kadra którą obecnie prowadzi Ales Pipan była w komplecie. Chciałbym, aby w koszulkach - jeszcze bez Orzełka - biegali i Maciej Lampe i Michał Ignerski. I ci, którzy nie mogą, czyli Mateusz Ponitka oraz Przemysław Karnowski. 

Proponuję jednak małą zabawę. Niech każdy, kto nie zgadza się z tym, że Gortat nie zagra na Eurobaskecie, postawi się w jego sytuacji. Pomyślcie, że w tym momencie macie zagwarantowane 20 milionów dolarów, które dostaniecie w ciągu trzech lat. Jeśli tylko nie zrobicie sobie krzywdy podczas np, nazwijmy to umownie - Mistrzostw Europy. I zastanówcie się, jak duże ryzyko ponosicie, w momencie nie posiadania odpowiedniego zabezpieczenia. 

Wspomnę tylko o dwóch rzeczach - dostatnie i luksusowe życie ... do końca życia.

Na rozluźnienie dorzucam filmik, w którym starły się ze sobą reprezentacje Bahrajnu i Kuwejtu. Warto zobaczyć.

16:17, anfernee , Europa
Link Komentarze (6) »
sobota, 06 sierpnia 2011

Wszyscy doskonale znacie 99% akcji, które zobaczycie poniżej. I wcale nie będziecie nudzić się oglądając dwa materiały wideo. Gwarantuję.

Tradycyjne - Enjoy!

 

10:12, anfernee , NBA
Link Komentarze (3) »
piątek, 05 sierpnia 2011

42-letni instruktor sportów ekstramalnych, Jan Lisewski samotnie i bez asekuracji z łodzi, przepłynął na kitesurfie ze Świnoujścia aż do szwedzkiego Ystad.

Szczątkowe informacje o tym wyczynie pokazały się kilka dni temu na Off.Sport.pl. U mnie nieco więcej.

Sto osiemidziesiąt kilometrów i blisko 11 godzin na pełnym morzu spędził Jan Lisewski, miłośnik i instruktor kitesurfingu. Przez około sześć godzin podróżnik w ogóle nie widział lądu, a fale na Bałtyku sięgały nawet 5-6 metrów. - Kryzys? Nie. Raczej złość, bo wskazujące około 30 kilometrów do brzegu według współrzędnych, ja ciągle go nie widziałem - tłumaczy.

Lisewski ze Świnoujścia do Ystad płynął ze średnią prędkością około 35-40 kilometrów, nie miał ze sobą żadnej asekuracji z łodzi. Bezpieczeństwo zapewniał mu jedynie międzynarodowy system nawigacyjny i ratowniczy GPS. Jak sam twierdzi, ten wyczyn wiązał się z pewnego rodzaju ryzykiem.

- Zdecydowałem się na tą trudną wyprawę, by pomóc w popularyzacji kitesurfingu. W Polsce ten sport uprawia około 5 tysięcy osób, a nadal nie jest wpisany na listę ministerialną jako sport - mówi Lisewski.

Na pełnym morzu Lisewski miał do dyspozycji latawiec, deskę, wspomniany system nawigacyjny oraz ogromne pokłady siły fizycznej jak i psychicznej. Oprócz tego towarzyszyły mu dwulitrowa butelka wody z glukozą umieszczona w specjalnie skonstruowanym kombinezonie i tubki z żelem energetycznym.

- Oczywistym jest, że nie mogłem wyjść do toalety, a pod kombinezonem nieprzepuszczającym wody, miałem bieliznę termoaktywną. Założyłem więc pampersa, takiego jakich używają kierowcy w wyścigu Le Mans. Musiałem przecież wejść na prom jak człowiek, a walizki ciuchów ze sobą nie miałem - tłumaczy Lisewski.

Na pomysł wyprawy Lisewski wpadł około dwóch lat temu, ale nie mógł znaleźć środków finansowych, które pozwoliłyby na opłacenie podróży. Początkowo kitesurfer planował bowiem przepłynąć Bałtyk z asekuracją z łodzi. Punktem zwrotnym było jednak zimowe spotkanie z podróżnikami podczas konferencji KOLOSY 2011. Wtedy Lisewski dowiedział się o lokalizatorach satelitarnych, które uaktywnione, niezależnie od pozycji na globie wzywają do pomocy służby ratownicze.

Kitesurfing (inaczej kiteboarding), czyli deska z latawcem, to w porównaniu do innych sportów żeglarskich, dyscyplina w Polsce mało medialna. W naszym kraju uprawia go około pięć tysięcy osób. W rywalizacji międzynarodowej polscy kitesurferzy zajmują czołowe miejsca w Pucharze Świata, a instruktorzy z Polski są jednymi z najbardziej poważanych na wszystkich kontynentach. Sukcesy w kitesurfingu odnoszą także polskie firmy produkujące sprzęt do tego sportu. Czołowi i renomowani producenci desek to przeważnie polskie firmy, które mają swoje sklepy i przedstawicieli na całym świecie.

18:38, anfernee
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 sierpnia 2011

Nie ma żadnego znaczenia szkoleniowego fakt czy kadra U18 zajmie ósme, czy szóste miejsce. Pomimo tego, że ci ambitni chłopcy byli oczkiem w głowie każdego fana koszykówki przez blisko dwanaście miesięcy, tak miejscem, w którym muszą się znaleźć jest nic innego jak koszykówka seniorska. I to na najwyższym poziomie.

Bardzo, ale to bardzo złą prasę mieli w ostatnich dniach koszykarze kadry do lat 18. Nie dość, że opisano ich rzekome podboje wrocławskich klubów i alkoholizowanie się w trakcie trwających Mistrzostw Europy U18, to na domiar złego zajęli dopiero szóste miejsce na imprezie, którą mieli zawładnąć.

Mieli, bo takie oczekiwania uroili sobie w głowach najwierniejsi i ci mniej wierni fani, to samo uroili sobie w głowie niektórzy (lub więcej niż niektórzy) dziennikarze. Zapewne władze polskiej federacji koszykarskiej także chciały, aby nasza juniorska reprezentacja zawiesiła na swoich szyjach medale ME.

Chcieli tego też organizatorzy turnieju, którzy od wielu miesięcy przez mikrofony lub bez, na cały głos, donośnie, krzyczęli I BELIEVE! Sama akcja, pomysł i realizacja były bardzo fajne i ciekawe. Powodowały, że ludzie nieco zwrócili oczy w stronę młodzieżówki, zainteresowali się koszykówką - chociaż na chwilę.

Patrząc z perspektywy czasu, trzeba jednak powiedzieć, że wierzące hasło spowodowało, że wielu zaczęło nie tylko wierzyć, ale być przekonanym, że silna kadra, która rok temu wywalczyła wicemistrzostwo Świata, teraz jest murowanym faworytem do złota. Zapominając lub najzwyczajniej nie wiedząc o tym, że złoto czy też medal z innego kruszcu, ma jakiekolwiek znaczenie.

I wcale się nie mylą ci, którzy tak właśnie myśleli! Medal, zwycięstwa, stawianie sobie ambitnych celów oraz dążenie do nich, są podstawą filozofii sukcesu. Podstawą budowania zainteresowania, podstawą przyciągnięcia na trybuny tak często przywoływanych tutaj Kowalskich.

Nie możemy też zapomnieć o bardzo przykrym fakcie podwórka koszykarskiego - braku sukcesów. Nikt nie przekona mnie do tego, że udział trzeci raz z rzędu w Mistrzostwach Europy jest sukcesem. Nie jest, to powinna być norma. Poza tym naciągając nieco sprawę Hiszpanii, wszystkie trzy udziały w EuroBaskecie można nazwać decyzjami krążącymi wokół zielonego stolika.

Od momentu świetnych występów rok temu w Hamburgu, aż do teraz, kadra prowadzona przez Jerzego Szambelana była dla nas oczkiem w głowie. Nadzieją na lepsze jutro, nadzieją na wspomniane sukcesy. Realne sukcesy! Niezwykle utalentowani Ponitka, Karnowski, Niedźwiedzki, Gielo, Michalak nieustępliwy Grochowski, Koelner czy powracający po kontuzjach Szymkiewicz i Matczak to nazwiska, które w koszykówce znają wszyscy.

Chcieliśmy tych sukcesów, bo moglibyśmy w końcu żyć nie tylko marzeniami i oczekiwaniem na to, co może stać się za kilka lat. Albo tym czy Marcin Gortat zdobędzie kolejne double-double, czy Maciej Lampe znowu będzie jednym z najlepszych graczy w Europie. To wszystko cieszy, ale to niestety za mało, bo my oczekujemy wyników kadry seniorskiej. To napędzi zainteresowanie.

Czekaliśmy, chcieliśmy tak mocno sukcesu juniorów, a jak się nie doczekaliśmy, uznaliśmy - lub wielu uznało - ich wynik za porażkę i kompromitację. Do tego wszystkiego podszytą nocnymi eskapadami.

Schodząc na chwilę na margines tematu - wcale nie uważam, że dziennikarze wrocławscy, którzy opisali sprawę zrobili coś złego. Mieli swoje źródła informacji, mieli przekonanie, że robią słusznie i wykonali swoją pracę. Przez wielu uznaną za niezbyt rzetelną, przez innych za tabloidową. Nie będę też ich bronił, ani atakował. Całe szczęście to nie moje zadanie.

Wracając do tematu przewodniego. Szóste miejsce ME U18 to żadna porażka! Polacy pokazali w kilku meczach, że są czołowymi graczami w swoim roczniku. Pokazali i udowadniali zarówno na parkiecie jak i w rozmowach, że mają cele, że chcą osiągnąć więcej niż tylko złoto, srebro, brąz w swoim roczniku. Oni chcą grać w ekstraklasie, Eurolidze, czołowych ligach Europy czy nawet w NBA.

Nie wierzę, że Jerzy Szambelan nie miał problemów wychowawczych z kilkunastoma młodymi, różnymi od siebie i ambitnymi chłopcami. Nie wierzę też w to, że w zespole cały czas wszystko było w najlepszym porządku. Tak po prostu nie jest. Ambitni i uzdolnieni Ponitka i Michalak to strzelcy, zdobywcy punktów, którzy nie zawsze chcą dzielić się piłką. A ta musi trafiać także do Gielo, Niedźwiedzkiego czy Karnowskiego. Jedna piłka na tylu chcących się pokazać to najzwyczajniej za mało!

Za mało, a jednak ta kadra stworzyła coś pięknego, coś na co patrzyło się z chęcią. Stworzyli zespół, który stał za sobą w najtrudniejszych momentach i osiągnął bardzo wiele.

I nikt nie może zabronić im mieć jakiekolwiek marzenia, nikt nie może zabronić im chcieć grać w czołówce czołówki. Bo nikt nie zabrania tego Serbom, Włochom, Hiszpanom czy Litwinom. Ich uczy się wygrywania i ambicji. Wszystko to musi być podszyte jedną, bardzo istotną rzeczą, która kierowała i prowadziła Michaela Jordana tam, gdzie widzą go wszyscy (no może poza Scottie Pippenem) - na szczyt. Ta rzecz to oczywiście nic innego niż ciężka, tytaniczna praca.

Bo my chcemy, aby ci wszyscy chłopcy wyszli na parkiet w tych samych strojach, w tej samej kadrze ale nieco starsi i znowu na równym poziomie grali z Serbią, Hiszpanią, Litwą, Chorwacją ... Właśnie w tym miejscu mają się znaleźć.

A Mistrzostwa Europy i szóste miejsce? Szkoda, że nie molgiśmy cieszyć się z medalu. Ale pamiętajcie, że imprezy klasy juniorskiej mają przede wszystkim jeden aspekt - szkoleniowy.

Kończąc zacytuję Jerzego Szambelana. - Jakie znaczenie ma to, czy zajmiemy ósme, czy szóste miejsce? Albo czwarte? Pod względem szkoleniowym praktycznie żadne.

środa, 03 sierpnia 2011

... nieco o sobie samym, ale także o koszykówce, którą uprawiał i golfie, sporcie masowym który kocha.

Wywiad leżał i leżał, czekał na publikację w mediach drukowanych. Niestety się nie doczekał, a ja w końcu zdecydowałem się pokazać go czytelnikom Difensa.

Bawcie się czytając przynajmniej w połowie tak dobrze, jak ja słuchając Pana Wiktora. O tym nieco więcej jutro.

Enjoy!

O pasji i koszykówkce mówi Wiktor Zborowski.


Szczepan Radzki: Koszykarz, aktor? Kim chciał Pan być, bo z tego co czytałem, w młodości zupełnie nie brał Pan pod uwagę ten drugiej opcji.

Wiktor Zborowski*: Przed odniesieniem kontuzji nigdy nie myślałem o tym, żeby być aktorem. Miałem być koszykarzem, ale z wiadomych względów moja ścieżka kariery musiała ulec zmianie.

Była szansa stać się w koszykówce kimś, kto byłby w jednym zdaniu wymieniany np. z Mieczysławem Łopatką?

Szansa zawsze jest, a ja mam ogromny niedosyt jeśli chodzi o koszykówkę. Nie wiem jak sprawdziłbym się w dorosłym sporcie. To, że byłem reprezentacyjnym graczem juniorskim nic zupełnie nie znaczy. Wielu reprezentantów Polski z drużyn młodzieżowych nie zdziałało nic na kolejnym szczeblu. Byli przeciętnymi, lepszymi albo gorszymi graczami ligowymi, a inni z kolei zrobili przyzwoite kariery i pokazywali się w koszykówce seniorskiej.

Z kim z wielkich Pana czasów występował Pan na parkiecie?

I w reprezentacji i w lidze sporo znaczyli Adam Gardzina, Marek Ładniak, Bogdan Lecyk, Janusz Cegliński, Mirosław Kalinowski, Jan Kwasiborski, Wiesiek Wypych, Gienek Durejko, Krzysiek Gula czy Zygmunt Prokop. To byli ci, którzy rzeczywiście bardzo się liczyli.

Utrzymuje pan kontakt?

Bardzo, bardzo rzadko. Czasem na opłatki czy jajeczka koszykarskie zaprasza mnie Andrzej Pstrokoński, który w moich czasach był olimpijczykiem, wspaniałym graczem. Tam spotykam tych starych majstrów, ale nie zawsze gdy takie spotkanie ma miejsce jestem w Warszawie. Raz mi się udało przyjść i spotkałem wielu, naprawdę wielu mistrzów i równolatków.

Bywa Pan na meczach? Ogląda koszykówkę w telewizji?

Bardzo sporadycznie oglądam koszykówkę w telewizji. Na mecze natomiast nie chodzę, bo jakby mniej mnie to już pasjonuje. Jeśli obecnie gra np. 5 obcokrajowców, wielu z nich jednocześnie na parkiecie, to mnie to nie pasjonuje. Są to świetni gracze, ale jakby nie ma w tym takich emocji, jak gdybyśmy oglądali swoich zawodników. Nasza młodzież jakoś nie może się dopchać do tych elit. Czasem, ale też bardzo rzadko, zdarzy mi się zobaczyć rozgrywki np. NBA.

W NBA jako jedynemu udało się zafunkcjonować realnie Marcinowi Gortatowi. To jest ten gracz, na którego Polska czekała przez tyle lat?

Chwilowo jedynemu, ale moim skromnym zdaniem gdyby Włodek Trams urodził się mniej więcej w czasach, w których mógłby wojować w NBA, to on byłby być może pierwszoplanowym graczem. To był fenomenalny talent, taki jakiego się nie spotyka zbyt często. O atletycznej budowie, niesamowitej dynamice i świetnym rzucie. Stosunkowo niski, bo miał 195 centymetrów, ale też nie jakiś bardzo niski. To był nieprawdopodobny zawodnik i dziś by się w tej lidze na pewno sprawdził.

Co zmieniło się w koszykówce patrząc przez pryzmat czasów, w których Pan grał?

To jest kompletnie inna gra. Za moich czasów to był sport delikatny, prawie że bezkontaktowy. Przecież ja kontuzję odniosłem nie w wyniku czyjejś ingerencji, tylko samo mi się to zrobiło. Wyskoczyłem wysoko, spadłem i kolano nie wytrzymało. W porównaniu do dziś, to nasza koszykówka była piękną, finezyjną, jak powiedziałem bezkontaktową, błyskotliwą grą. Obecnie gracze to niezwykli atleci, olbrzymi, fantastycznie zbudowani i niewiarygodnie wyszkoleni technicznie. Przy tej niebywałej sile i masie jaką mają, poruszają się i robią na parkiecie co tylko chcą. Ponadto w moich czasach zawodnik kończył sezon i jak miał urlop to odpoczywał. Dzisiaj ogromna masa zawodników kończy sezon, udaje się do np. Roberta Śmigielskiego, on ich operuje, potem przechodzą rehabilitację i powoli wracają do treningu i na parkiet. Za moich czasów niewielu graczy odnosiło ciężkie kontuzje. Ja jestem wyjątkiem, który potwierdza regułę.

Zmiany, o których mówimy nie były chyba jednak dla koszykówki złe.

Na pewno nie. Zmiany nie były rewolucyjne. W koszykówce była zdrowa, rozsądna ewolucja. Rewolucję mogliśmy obserwować w siatkówce, a nastąpiła ona poprzez zmianę przepisów.

Kończąc temat zmian, ja grałem w inną grę. Teraz patrzę na koszykówkę z podziwem i szczerze mówiąc nie zazdroszczę.

Chyba nie ma czego, bo zderzenie z takim np. LeBronem Jamesem, który waży 140-150 kilogramów i porusza się po boisku w tempie sprintera, nie może być niczym przyjemnym.

Dokładnie. A w moich czasach tego typu graczem był właśnie Włodek Trams. Jak graliśmy sparingi to wolałem grać przeciwko niemu, to jak Włodek wchodził to ja się po prostu odsuwałem. Jak grałem z nim, to mieliśmy problemy z łapaniem podań, bo podawał piłkę z niesamowitą siłą. Do tego jego podania były niesygnalizowane. Powybijane palce były wtedy normą, a jak raz dostałem w głowę, to długo widziałem choinkę i śpiewałem kolędy. Patrząc na warunki i umiejętności Włodka, nadawał się do dzisiejszej NBA.

Problemem była żelazna kurtyna za którą się znajdowaliśmy w tamtym czasie?

Po części chyba tak. Ale proszę zauważyć, że w tamtym czasie nasza reprezentacja była liczącą się w Europie i na Świecie. Mieliśmy wtedy na koncie wicemistrzostwo Europy wywalczone we Wrocławiu w 1963 roku. Trzecie miejsca z Moskwy w 1965 i Helsinek dwa lata później. I w tym samym roku piąte na Mistrzostwach Świata w Montevideo. Braliśmy stale udział w Igrzyskach Olimpijskich, w 1960, 1964, 1968 i 1972. Nasi gracze występowali w reprezentacji świata i Europy a trener Zagórski prowadził te teamy. W Polsce koszykówka to była potęga, teraz jest cieniutko.

Czy w Polsce da się zrobić mecz koszykarski, w którym wystąpią najbardziej rozpoznawalne postacie showbiznezu? Coś na wzór meczu polityków i gwiazd, które grają w piłkę nożną?

Myślę, że kilku by się znalazło. Nie wiem kto dzisiaj gra, ale kiedyś grał Wojtek Wysocki, Tomek Stockinger, Andrzej Seweryn. Ten ostatni ma też bardzo koszykarskie nazwisko, ale to nie ten Seweryn, który swego czasu grał w Wiśle Kraków. Ale czy ktoś gra częściej i kto gra obecnie, nie mam pojęcia.

Chciałby Pan wejść znowu na parkiet koszykarski? Nawet w takim meczu pokazowym.

Może i bym chciał, ale już mi na to kolana nie pozwalają.

Czyli płynnie możemy przejść do golfa, którego jest Pan wielkim fanem, a wiele osób w Polsce wypowiada się o tym sporcie źle, nazywając go nawet snobistycznym.

Zawsze tak było w Polsce. Jak coś jest nowego i niezrozumiałego, to znajduje się cała masa ludzi, którzy się tego boją. Bo nie rozumieją. I zamiast zrozumieć, to usiłują to zwalczać. Jest to nasza narodowa cecha, że wszystko co nowe i nie do końca zrozumiałe należy się tego bać i wygonić to jako coś obcego. My to gołębie hodować, a nie w golfa grać. A jeśli golf to gra snobistyczna, to na świecie jest około 160 milionów snobów. W większości krajów golf to sport masowy i bardzo tani.

Może to przez fakt, że w Polsce nie mówi się o golfie w najpopularniejszych mediach, a pól do grania jest niewiele?

Mądrzy ludzie z zachodu, z Azji czy USA doszli do wniosku, że to jest fantastyczny sposób spędzania czasu, niesłychanie zdrowy i bardzo mało kontuzjogenny i jednocześnie od strony fizjologicznej świetnie działający na człowieka. Przecież nie ma nic lepszego niż pięciogodzinny spacer po polu, grając w golfa przy stałej ilości uderzeń serca na poziomie od 120 do 140 na minutę. To jest zbawienne dla organizmu, a na przykład jogging już nie do końca. Więcej ludzi potrafiło umrzeć podczas biegania niż w wypadkach samochodowych.

Ale poza granicami Polski jest też chyba więcej miejsc do grania w golfa.

Na zachodzie jest wybudowanych wiele pól publicznych, na których można grać od rana do wieczora za 20 dolarów. Sprzęt, piłki kupuje się na tych polach za grosze. Oczywiście są też kluby, w których trzeba zapłacić 250 tysięcy dolarów rocznej składki. Są i nikt nie powie, że nie i ten którego na to stać gra sobie w takim właśnie klubie. I jest tam luźno, nie trzeba się zapisywać, pilnować swojego terminu. Od normalnej gry są jednak pola publiczne, które w zachodniej Europie można znaleźć na każdym kroku. Każda gmina ma swoje pole, bo wie jakie to jest ważne, jaki to jest piękny sport i jak przyjemne spędzanie czasu.

A jeśi chodzi o kwestię finansową?

W Polsce golf, cenowo, jest porównywalny do narciarstwa czy windsurfingu. To są te same pieniądze. Na temat golfa i tego, że jest drogi często wypowiadają się ludzie zacofani i bojący się nowości.

Spotkałem się z opinią, że golf nie jest emocjonujący, dlatego nie jest w Polsce popularny.

Przecież golf to ogromne zainteresowanie. Widać to po ilości transmisji telewizyjnych na świecie i kanałów, które bez przerwy tego golfa pokazują. Po tłumach, bo czasem na trybunach siedzi po 250 tysięcy ludzi. To są oczywiście ludzie, którzy sami amatorsko grają w golfa i nie ma się im co dziwić, że przychodzą oglądać profesjonalistów. Ponadto pieniądze, które są w golfie są przerażające. Nawet tenis się umywa do golfa. To świadczy o namiastce emocji, które są w tej grze i jaki ma ona potencjał biznesowy. Emocje są nieprawdopodobne, ale trzeba znać przepisy. Ja na przykład oglądam na Eurosporcie snookera, bo pokazują to często. Kompletnie mnie to nie podnieca, bo nie znam przepisów i nie wiem o co tam chodzi. Ale gdybym znał przepisy i bawił się w to amatorsko, to ciężko by mnie było odrąbać siekierą od telewizora. Jak ludzie nie znają przepisów, to się po prostu nie emocjonują.

Gdzie Pan grywa najchętniej i najczęściej?

Z racji zamieszkania gram na Lisiej Polanie i w Rajszewie. Nie miałem jeszcze okazji grać w Sobieniach Królewskich. Moje ukochane pole to Amber koło Międzyzdrojów. Grałem w różnych miejscach, we Wrocławiu na Toyi, na Sierze w Wejherowie, Rosie w Częstochowie, w Binowie, Postołowie, Krakowie w Naterkach, Talkach. A za granicą na wielu polach Australii, Hiszpanii, Portugalii, Tunezji i na Borneo.

Jeśli chodzi o częstotliwość, to tutaj mam problem, bo gram nieregularnie, a to jest najgorsze. Lepiej bowiem dwa razy w tygodniu trenować i dwa razy zagrać, niż grać przez tydzień, a potem przez dziesięć dni mieć przerwę. Ja niestety działam według tego drugiego schematu, bo tak a nie inaczej funkcjonuję w zawodzie, gdzie mam nagle luz i siedem dni, które mogę poświęcić na golfa, a potem dziesięć, gdzie w ogóle nie dotykam kija, bo mamy zdjęcia, wyjazdy.

Granie to jedno, ale skoro fascynuje się Pan golfem, to musi być ktoś na kim się Pan wzoruje, jakiś ulubiony golfista.

Ich jest tak wielu, że nie jestem w stanie powiedzieć, który golfista jest moim ulubionym. Szanuję Vijaya Singha, od wielu wielu lat utrzymuje się w czołówce, co jest ogromną sztuką. Kiedyś z racji zbliżonych warunków fizycznych, bo też jest bardzo wysoki, podobał mi się Ernie Els. Bardzo cenię Phila Mickelsona i Miguela Anhela Jimeneza, teraz pojawił się też Niemiec, Martin Kajmer, widziałem go w akcji dwa razy i gra fantastycznie. Jest wielu takich, którzy grają tak, że człowiekowi włosy dęba stają.

Nie mówi Pan o najpopularniejszym golfiście świata, Tigerze Woodsie. Jego wybryki miały wpływ na wizerunek tej dyscypliny sportu?

Afera Woodsa nie ma nic wspólnego z golfem. Równie dobrze można spytać, czy afera seksualna producenta samochodów, wpłynęła negatywnie na motoryzację. To nie ma znaczenia. Ta cała sytuacja miała wpływ na Tigera Woodsa, nie na grę jaką jest golf.

Wiktor Zborowski: ma 60 lat, jest jednym z najbardziej charakterystycznych aktorów polskiej sceny. W 1973 roku ukończył Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Warszawie. Spokrewniony z Janem Kobuszewskim, któremu w niczym nie ustępuje talentem i wzrostem (197 centymetrów). Miał być koszykarzem. Grał w młodzieżowej reprezentacji Polski, a jego karierę pokrzyżowała groźna kontuzja kolana. 

17:19, anfernee , Inne
Link Komentarze (6) »
wtorek, 02 sierpnia 2011

Kermit Washington, były, bardzo były gracz Los Angeles Lakers, byłby zapewne świetnym bokserem. Przekonał się kiedyś o tym sam Rudy Tomjanovic.

Tomjanovic po tym zamachu miał pogruchotane kości szczęki i twarzy. Rehabilitacja i całkowity powrót do zdrowia trwały pięć miesięcy.

Kara dla Washingtona? 60 dni zawieszenia. W dzisiejszej NBA skończyłoby się na minimum 60 latach.

13:19, anfernee , NBA
Link Dodaj komentarz »
Subskrybuj RSS