wtorek, 31 sierpnia 2010

Popieram apel, o którym na Forum Basketa napisał Piotr Szeleszczuk, następnie wspomniał między innymi Łukasz Cegliński.

Piotr na FB pisze:

Na pewno wielu z was zna http://kspogon.blox.pl/- świetny blog o Pogoni Ruda Śląska, pisany śląską gwarą, prawdziwa perełka na naszym koszykarskim rynku. Otóż autor zapowiedział, że kończy pisanie, bo (pomijając szczegóły) kierownik drużyny zapowiedział, że da mu w mordę, bo nie podoba mu się treść bloga. Więcej na stronie.

Jak pomóc w tej sytuacji? Autorzy definitywnie chcą blog zamknąć, więc teoretycznie możemy zgodnie z zasadami social media, mówić, linkować, przekazywać sprawę dalej - do czego gorąco zachęcam. Może głos w sprawie zabierze nawet jakiś prawnik, który udzieli porady, wspomni o tym, że (rzekome) groźby wygłaszane przez kierownika Pogoni są karalne, ale tylko w momencie posiadania dowodów w postaci nagrań video czy audio.

Może znajdzie się ktoś z innym pomysłem, przekona autorów do kontynuowania świetnej roboty. Z mojej strony na tą chwilę - oficjalne przyłączenie się do apelu o ratunek strony.

Więcej w temacie niedługo, stay tuned i pamiętajcie o potędze internetu.

19:36, anfernee , Inne
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Wielki turniej koszykarski będzie miał miejsce we Wrocławiu 19-20 września. W stolicy Dolnego Śląska pojawią się między innymi Maccabi Tel Awiw, Lietuvos Rytas Wilno, Asseco Prokom Gdynia i PGE Turów Zgorzelec.

Dziś odbyła się konferencja prasowa, na której ogłoszono między innymi, że turniej rozegrany zostanie w hali Orbita, a nie tak jak planowano w Hali Stulecia.

Szkoda, bo osobiście wolałbym turniej w klimatycznej i naprawdę świetnej byłej już Ludowej. No i oprócz tego, dużo więcej krzesełek w Hali Stulecia, niż w Orbicie, dałoby pełny obraz tego, do czego dążą organizatorzy - pokazanie potencjalnym sponsorom jak Wrocław kocha koszykówkę.

Najważniejsze jednak, że bilety na jeden dzień turnieju będą bardzo tanie. Ceny rozpoczynają się na 10 złotych, kończą na 35.

Więcej o tym wydarzeniu pisałem już tutaj i tutaj, a o gwiazdach jakie pojawią się we Wrocławiu tutaj. Zapraszam do lektury, jak i do zapoznania się z tym, co do powiedzenia mają trenerzy, działacze zaproszonych zespołów, prezesi Polskiego i Dolnośląskiego Związku Koszykówki i legendy Śląska.

David Blatt - trener Maccabi Tel Awiw*

Od lat darzymy Wrocław – stolicę polskiej koszykówki – wielkim szacunkiem. Zdajemy sobie sprawę z bogatej historii koszykarskiego Śląska Wrocław, najbardziej utytułowanego klubu w Polsce, który jako pierwszy reprezentant kraju występował w Eurolidze. Pamiętam swoją wizytę we Wrocławiu w 2001 roku, gdy będąc asystentem Pini Gershona pokonaliśmy Śląsk w 1/8 Suproligi a następnie zdobyliśmy tytuł. W pamięci utkwiły mi również mecze z 2002 roku, kiedy to zwyciężyliśmy Śląsk u siebie, lecz po bardzo dobrym spotkaniu przeciwników przegraliśmy rewanż we Wrocławiu. Bardzo się cieszymy z udziału w turnieju o Puchar Śląska Wrocław. Będziemy mogli zaprezentować fanom nasz odmieniony skład – z poprzedniego sezonu w drużynie zostało sześciu graczy a w ich szeregi dołączyli inni, bardzo utalentowani koszykarze. Nasz zespół nie będzie w najwyższej formie, gdyż będzie to dopiero pierwszy sprawdzian przed nowym sezonem, lecz Maccabi do każdego pojedynczego meczu czy turnieju zawsze podchodzi na poważnie. Chcemy we Wrocławiu wygrać dwa mecze i mamy nadzieję, że kibicom spodoba się nasz ofensywny styl. Chcemy, aby ten turniej zapoczątkował pełen sukcesów sezon. Do zobaczenia wkrótce!


Roberts Stelmahers - II trener Lietuvos Rytas Wilno

Jestem ogromnie zaskoczony tym, że we Wrocławiu ciągle nie odbudowano wielkiego Śląska. To piękne miasto, z robiącą ogromne wrażenie Halą Stulecia oraz wspaniałymi kibicami, którzy zasługują na poważną koszykówkę. Spędziłem w Śląsku wspaniałe chwile, mieliśmy świetny zespół, który sięgnął po mistrzostwo Polski, poznałem przyjaciół z którymi kontakt utrzymuję do dziś. Ale nie tylko basket się wtedy dla mnie liczył, urzekli mnie ludzie oraz miasto – to bez dwóch zdań wyjątkowe miejsce do pracy. Ostatni raz odwiedziłem Wrocław kilka lat temu, gdy jeszcze Lietuvos grał ze Śląskiem, minęło więc sporo czasu, więc nie mogę się tego turnieju doczekać.

Martynas Purlys - dyrektor Lietuvos Rytas Wilno

Jak tylko otrzymaliśmy zaproszenie na turniej we Wrocławiu nie zastanawialiśmy się ani chwili. Tak mocno obsadzone zawody, w których oprócz nas uczestniczyć będzie Asseco Prokom, Maccabi Tel Awiw oraz jedna z najmocniejszym ekip w Polsce PGE Turów Zgorzelec to idealne przetarcie przed startem sezonu. Znam bogatą historię koszykarskiego Śląska nie tylko dlatego, że dziesięć lat temu grałem w Legii Warszawa, ale również dlatego, że Śląsk to znana i ceniona w Europie firma. Kiedy byłem czynnym zawodnikiem pojedynki z najlepszą drużyną Polski były wielkim wydarzeniem. Mam nadzieję, że ten turniej oraz nasze w nim uczestnictwo pomogą odbudować koszykówkę we Wrocławiu i pewnego dnia – oby jak najszybciej – Lietuvos zawita do tego miasta, aby ponownie, jak lata temu, zmierzyć się z miejscową drużyną.

Jacek Winnicki - trener PGE Turowa Zgorzelec

Jako trener PGE Turowa Zgorzelec bardzo się cieszę, że w okresie przygotowawczym będziemy mogli zagrać przeciwko euroligowym zespołom. Jesteśmy uradowani i będziemy chcieli się zaprezentować z jak najlepszej strony. Niesłychanie ważne jest to, iż turniej rozgrywany jest we Wrocławiu. Parę lat temu, gdy jeszcze pracowałem w tym mieście, było ono stolicą polskiej koszykówki, Śląsk wielokrotnie zdobywał mistrzostwo Polski a ja miałem przyjemność w tym uczestniczyć. Na chwilę obecną Wrocław nie ma basketu w ekstraklasie, a turniej ten stanie się momentem, w którym koszykówka w pełnym świetnych kibiców oraz ludzi znających się na baskecie miejscu zaistniała choć na chwilę. Pamiętam tak wiele wspaniałych meczów Śląska, że aż trudno mi wybrać jeden konkretny, ten który najbardziej utkwił mi w pamięci. Niezapomniane było zdobywanie mistrzostw Polski, jako pierwszy trener Śląska wygrywałem w Eurolidze, jako asystent pokonywałem chociażby Maccabi Tel Awiw. Nigdy tego nie zapomnę.

Jacek Jakubowski - prezes PLK

Organizatorzy turnieju wystąpili do ligi o objęcie patronatu nad tą imprezą, a my oczywiście bez wahania wyraziliśmy na to zgodę. Mając na uwadze wieloletnie tradycje koszykarskie kultywowane przez Śląsk Wrocław, siedemnastokrotnego mistrza Polski oraz naszego pierwszego uczestnika Euroligi, jest to dla nas wielki honor i zaszczyt, tym bardziej, iż może to być pierwszy krok do tego, aby przypomnieć kibicom wielkie czasy świetności basketu we Wrocławiu. Takie firmy jak Maccabi Tel Awiw czy Lietuvos Rytas Wilno a nawet nasz krajowy Asseco Prokom to zespoły z europejskiej czołówki. Pokazywanie zmagań takich klubów jest świetnym prognostykiem do tego, aby ożywić, pobudzić i przypomnieć koszykarskie tradycje i koszykarskiego ducha stolicy Dolnego Śląska a w dalszej perspektywie doprowadzić po powrotu Śląska na koszykarską mapę Polski i Europy.

Maciej Zieliński - radny Wrocławia, legenda Śląska Wrocław

Chciałbym, żeby ten turniej był wielka manifestacją kibiców Śląska Wrocław. To spore wydarzenie – zobaczyć w akcji wielkie europejskie zespoły. Ale ja przede wszystkim chciałbym usłyszeć kibiców Śląska Wrocław, chciałbym, żeby w hali czuć było atmosferę wielkich złotych lat tego klubu. Tego nie zapewni Maccabi, Lietuvos Rytas, Prokom czy Turów. To mogą zapewnić tylko kibice – prawdziwy szósty zawodnik Śląska Wrocław. I wierzę, że podczas tego turnieju na trybunach zobaczymy prawdziwy Śląsk, że cała Orbita znowu zakrzyczy „Cała Polska w cieniu Śląska”!

Andrzej Włodarczyk - prezes Dolnośląskiego Związku Koszykówki

Celem Dolnośląskiego Związku Koszykówki jest przede wszystkim praca z młodzieżą i wsparcie szkolenia na najniższym szczeblu. A nie da się tego osiągnąć bez wielkich koszykarskich wydarzeń przyciągających tłumy. Przy planowaniu turnieju zależało nam nie tylko na tym, aby wrocławianie znowu mogli obejrzeć koszykówkę na euroligowym poziomie, ale również na tym, by jego bohaterowie byli z Wrocławiem związani. To się udało – wszyscy uczestnicy rywalizacji o Puchar Śląska rozgrywali wielkie mecze z ekipą 17-krotnego mistrza naszego kraju. Biorąc pod uwagę komplet publiczności na ostatnich koszykarskich wydarzeniach organizowanych w tym mieście – mistrzostwach Europy EuroBasket 2009 oraz „Pojedynkach gigantów” organizowanych przez PZKosz, jesteśmy przekonani, że hala Orbita będzie pękać w szwach.

Dariusz Kowalczyk - wiceprezes Polskiego Związku Koszykówki

Mam nadzieję, że potencjalni sponsorzy poprzez ten turniej zobaczą, że w koszykówkę we Wrocławiu warto inwestować, że zarówno ta dyscyplina, jak i marka Śląsk jest tak rozpoznawalną w Polsce i w Europie, iż szybko może przynieść korzyści wszystkim podmiotom związanym z basketem – sponsorom, Śląskowi i wszystkim innym klubom działającym w naszym regionie

*wszystkie wypowiedzi pochodzą z materiałów prasowych

18:04, anfernee , Inne
Link Komentarze (2) »
niedziela, 29 sierpnia 2010

Nie będzie bezpośredniego awansu na Mistrzostwa Europy na Litwie. Nie będzie też awansu z drugiego miejsca, bo rywale w innych grupach mieli lepsze bilanse niż Polacy. Reprezentacja skończyła eliminacje z bilansem 4:4. Wygrała wszystkie mecze u siebie i tyle samo porażek poniosła na wyjazdach.

Kadra prowadzona przez Igora Griszczuka przegrała w Antwerpii 67:70 i zagra w przyszłorocznych barażach o EuroBasket. Wycieczkę na Litwę zapewnioną mają za to Belgowie, którzy wygrywając z Polską wygrali grupę, cieszyli się, oblewali szampanem - tym samym, który podawany był także pewnie podczas GP F1 w SPA - skakali, przybijali piątki, dziękowali kibicom, a za kilka chwil zapewne zjedzą kostkę czekolady, kilka pralinek. A to przecież mogli być Polacy, z tą tylko różnicą że w miejsce szampana trzeba wstawić inne trunki, a czekoladę zamienić na ogórka, ewentualnie schabowego. Skakanie i radość pozostaną, a do tych elementów dołączony zostałby śpiew.

Niestety nie dane było przeżyć chwil uniesienia spowodowanych awansem. Dane nam jest za to siedzieć z grymasem niezadowolenia i wszechobecnym wkurzeniem, bo ten mecz naprawdę był do wygrania.

Był!

I tej wersji wydarzeń będę się trzymał. Co z tego, że Polacy nie wygrali ani razu na wyjeździe i co z tego, że Belgowie ani razu nie przegrali na własnym parkiecie? Wszyscy doskonale widzieli jakie błędy zostały popełnione i wcale nie były to błędy nowe. Bo wszystko to podczas tegorocznych eliminacji po prostu widzieliśmy.

Zwykle daleki jestem od stwierdzeń, że to trener przegrał mecz, a zawodnicy wygrali inny. Wyznaję - z reguły - zasadę przegrywania i wygrywania drużynowego. Ale nie w tym przypadku, nie pierwszy raz zdarzyło się, że jedyną osobą, która nie potrafiła poradzić sobie z tym co dzieje się na parkiecie był właśnie trener - Igor Griszczuk.

W trakcie trwania spotkania, mniej więcej w połowie drugiej kwarty, kiedy Polakom szło bardzo dobrze i wszystko wskazywało na to, że są skoncentrowani, grają inaczej niż zwykle, przypomniało mi się, że przecież w meczu jest trzecia kwarta. Ta trzecia kwarta, przez którą przegraliśmy w Bułgarii, ta trzecia kwarta, kiedy nawet w Polsce przeciwnicy odrabiali straty.

I to ona była policzkiem, który otrzymaliśmy od Belgów. Zawodnicy miotali się, gubili piłkę, nie dorzucali do kosza, nie bronili i tracili 6 punktową przewagę w tak dziecinnie prosty sposób, że z prowadzenia, na tablicy wyników nagle zrobiły się straty.

Co w tym czasie robił trener, który powinien przerwać ten festiwal? W żartach można powiedzieć, że oglądał mecz. Nie reagował, nie zastanawiał się nawet nad tym, żeby przy stoliku pokazać T - jak time out. Nie wziął czasu, kiedy Marcin Gortat krzyczał do partnerów starając się ich uspokoić, nie wziął też kiedy nerwy puszczały Thomasowi Kelatiemu i nie zmienił tego gracza w momencie kiedy Kelati nie biegał, ani nawet nie chodził po parkiecie, tylko szurał nogami ze zmęczenia.

Gracze w jakiś sposób starali się utrzymać wynik, dogonić, odrobić straty, wyjść na prowadzenie. Nic z tego. Belgowie byli lepiej dysponowani, nagle poczuli się pewniej, a rozstrój nerwowy Polaków, nieumiejętność realizacji schematów ofensywnych innych niż gra na aferę i wrzucenie piłki pod kosz do wysokiego, doprowadził do katastrofy i w efekcie porażki.

Czy winny jest tylko Griszczuk? Na pewno nie w stu procentach. I jedyną niewiadomą, która powoduje, że tak myślę, jest niewiedza. Niewiedza o tym z jakimi wewnętrznymi problemami borykała się kadra.

W sprawach meczowych przecież każdy z graczy popełniał błędy, każdemu można przypiąć odznakę scouta z napisem - GUILTY, bo przecież Kelati dwa razy głupio stracił piłkę, on i Lampe w czwartej kwarcie bombardowali kosz z dystansu, zamiast próbować penetracji. Koszarek znowu, zamiast w końcówce rzucać za trzy, wpychał się pod kosz w czterech przeciwników. Nie wspominając o wcześniejszych spotkaniach.

Najgorsze jest jednak to, że w newralgicznych momentach meczu, a może i meczów, tak jak należy nie reagował na ławce trenerskiej ten, którego to jest obowiązkiem - Igor Griszczuk.

Czekam z niecierpliwością na wieczorne spotkanie Belgia - Polska, które zadecyduje o tym kto bez potrzeby zatrzymywania się w innych krajach, pojedzie za rok na Litwę, by wziąć udział w Mistrzostwach Europy 2011.

W tym meczu wszystko będzie sprowadzało się do liczby jeden.

Jeden mecz, pierwsze miejsce i nic innego się nie liczy, tylko wygrać, czyli według zakładów bukmacherskich - jeden, wystarczy choćby jednym punktem.

Nie będę rozpisywał się co i jak muszą zrobić koszykarze w Belgii, bo pomimo tego, że przesądny nie jestem, tym razem ukłonię się w tym kierunku i nie będę zapeszał.

Początek meczu o 20:05 w TVP Sport.

W Belgii jesteśmy jednak wcześniej, bo od ponad 40 minut Robert Kubica wyciska siódme poty z Renault i ciągle trzyma się w czołówce wyścigu. Ciekawe czy któryś z kadrowiczów dla odwrócenia myśli choćby zastanawiał się nad tym, aby wybrać się na oddalony o 160 kilometrów od Antwerpii tor w SPA. Wielkim fanem automobilizmu jest Marcin Gortat, więc stawiałbym właśnie na niego - jednocześnie polecam też materiał o zamiłowaniu Gortata do motoryzacji w magazynie Top Gear.

Kibiców koszykówki czekoladą i frytkami z majonezem płynąca kraina, zainteresuje jednak dopiero wieczorem, więc ekspresowo podsumuję wczorajsze wydarzenia z Turcji.

Krótko.

Pierwszy dzień Mistrzostw Świata w koszykówce przyniósł jedno zaskakujące rozstrzygnięcie. Hiszpania przegrała z Francja, choć raczej powinienem napisać, że to Francja wygrała z Hiszpanią. I oprócz najbardziej fanatycznych kibiców, nie wierzę, że ktokolwiek w ogóle myślał o takim wyniku. Jak to możliwe, że Francuzi bez Tony Parkera, Rony Turiafa i Michaela Pietrusa ośmielili się pokonać tak potężny skład jakim dysponują Hiszpanie?

Kluczowym jest tu atletyzm, którego Les Bleus nie brakuje, a który znakomicie wykorzystywali w defensywie. Do tego wpadło im kilka szczęśliwych rzutów, kilka razy mieli szczęście w obronie, szczęście to jednak składowa sportu i sprzyjało Francuzom, którzy w meczu dnia, po prostu chcieli bardziej, co zaowocowało dostaniem nagrody w postaci zwycięstwa.

A Hiszpanie? Chyba myśleli, że mimo wszystko dwie, trzy składne akcje dodadzą im skrzydeł upragnione zwycięstwo, że Fernandez, Navarro, Rubio, Marc Gasol, Garbajosa to wystarczająca siła. W tym meczu na nieszczęście całej Hiszpanii gwiazdorskie nazwiska to za mało.

W innych spotkaniach jak dla mnie bez niespodzianek - choć w grupie C stawiałem na zwycięstwo Kanady nad Libanem. Mecz USA, na który czekała większość był po prostu nudny. Amerykanie od drugiej kwarty zaczęli zamiatać podłogę zespołem Chorwacji i przez blisko 30 minut nie działo się zupełnie nic. Podobnie było w spotkaniu Słowenia - Tunezja, czy Turcja - Wybrzeże Kości Słoniowej. Pomimo kilku wsadów, ładnych podań i wejść pod kosz, brakowało po prostu emocji.

Ominął mnie, a raczej ja świadomie ominąłem mecz Brazylia - Iran. Czekam na jakiegoś sensowniejszego przeciwnika mojego czarnego konia.

A dziś oprócz Belgia - Polska, meczem do oglądania jest także Słowenia - USA.

Zapraszam też na popularne Twittery - na żywo ze spotkania Polaków będą nadawali zapewne Łukasz Cegliński, Michał Owczarek no i oczywiście ja.

PS. Nie typuję MŚ na blogu, wybaczcie.

 

 

sobota, 28 sierpnia 2010

Prokomgate wydaje się być zakończona. Są już oficjalny terminarz rozgrywek na sezon 2010/2011 i system rozgrywek. Szkoda tylko, że media, kibice, sponsor (!) musieli walczyć o to, aby zgodnie z regulaminem, zgodnie z zasadami, jeden z zespołów musiał grać w lidze od samego początku. Afera, która wyniknęła w przypadku systemu rozgrywek zbliżającego się sezonu może prowadzić do kolejnych zmian, które koszykówce spod znaku PLK wyjdą tylko i wyłącznie na dobre (oby).

Drobniejszych lub większych zmian trzeba domagać się już teraz, bo Prokomgate wskazała pewne szczeliny, dzięki którym te zmiany zajść mogą. Nie nastąpią one w kilka sekund czy nawet tygodni, ale prace nad tym, co jest do zrobienia, należy rozpocząć jak najszybciej.

- To rozwiązanie wcale nie jest dla koszykówki i jej wizerunku w Polsce dobre - powiedział mi anonimowo jeden z przeciwników grania Prokomu od początku sezonu ligowego. I żeby mieć ścisłość, nie był to nikt z Trójmiasta i okolic.

Argumentem mającym bronić rozwiązania bez Prokomu, jest większa dynamika, możliwość gry meczów ligowych w środę i sobotę. A to chyba bezdyskusyjne, że koszykówki jest po prostu za mało i intensywność rozgrywek, pokazywania tego sportu powinny wzrosnąć.

Drużyny ekstraklasy powinny grać częściej. Skorzystają na tym na pewno kibice. Będzie więcej spotkań, podczas których będą mogli dopingować swoich ulubieńców. Zwiększona liczba spotkań to także więcej możliwości pokazywania się w mediach - a to dla sponsorów bardzo istotna informacja. Rozwiązania prowadzące do zwiększenia dynamiki rozgrywek w Polsce popieram jak najbardziej, ale zwiększenie dynamiki nie może odbyć się kosztem tak ogromnego uprzywilejowania jednego z zespołów.

Dlatego też, trzeba znaleźć inne rozwiązania, albo powrócić i nieco zmodyfikować te już istniejące.

Oczywistym jest, że Prokom nie będzie grał meczów Tauron Basket Ligi w środku tygodnia, gdyż na te dni zaplanowane są rozgrywki Euroligi, nawet w przypadku Anwilu będzie to niemożliwe, bo gra przecież w ULEBie.

Zgadzając się z opcją - intensywniej - proponuję prezesom klubów po prostu zacząć interesować się występami w europejskich pucharach i wyrażać akces grania w rozgrywkach poza granicami Polski. To też jednak nie uszczęśliwi wszystkich. Poszkodowani będą ci, którzy ze względu na zbyt słabe wyniki ligowe, nie będą kwalifikowali się do nawet najsłabszych rozgrywek pucharowych.

Prezesi ligi, klubów, związku, powinni zaproponować nieco odmienne rozwiązanie dla drużyn, które nie chcą/nie mogą grać w Europie. Jeśli kluby chcą grać częściej - a wiem, że w niektórych przypadkach tak jest - sensownym będzie zwrócenie swoich oczu w stronę zapomnianego i zaniedbanego Pucharu Polski. Mający coś do powiedzenia w PZKosz i PLK powinni najzwyczajniej w świecie zabrać się za naprawę tej formuły rozgrywania spotkań.

Przede wszystkim jednak, Puchar Polski musi być znaczący, musi mieć marchewkę, o którą warto grać. Władze powinny zrobić wszystko aby zwiększyć jego prestiż. Jacek Jakubowski, prezes Polskiej Ligi Koszykówki, zapowiedział po ubiegłorocznym PP, że jego celem jest zwiększenie znaczenia i rangi tych rozgrywek, aby tak jak kilka lat temu, trzymanie w górze trofeum oznaczało automatyczny awans do rozgrywek w Europie.

Puchar Polski musi też być nagłośniony medialnie, z rozgrywek, które od dłuższego czasu podłączone są pod respirator, trzeba po prostu zrobić show, trąbić o nim tak długo i tak namiętnie, aby dziennikarze i kibice zaczęli pisać i informować o potyczkach nie tylko ligowych, ale również tych, które będą odbywały się nie w weekend, a w środy.

Puchar Polski musi być świętem, takim jakim są rozgrywki o Puchar Króla w Hiszpanii, gdzie cały kraj zamiera, kiedy dochodzi do turnieju finałowego, a wcześniej wszyscy z równą uwagą jak ligę, śledzą i wyniki meczów pucharowych.

 

13:26, anfernee , PLK
Link Komentarze (2) »
piątek, 27 sierpnia 2010

Musiałbym się powtórzyć, napisać prawie to samo, co kilka dni temu, bo los reprezentacji Polski znowu leży tylko i wyłącznie w nogach i rękach zawodników. O tym, że nie algebra pozostaje w domu pisałem przed katastrofalną porażką Polaków w Portugalii. Odsyłam do tego wpisu, bo aby awansować i pojechać na Litwę w przyszłym roku, trzeba po prostu wygrać. Aby jednak nie zapeszać, nie zabieram głosu w sprawie.

Więcej o sytuacji napisał także Łukasz Cegliński na A Skull Full Of Maggots.

Do niedzieli wieczór, cały kraj będzie żył w podnieceniu i oczekiwaniu na wynik meczu Belgia - Polska. Wcześniej jednak, bo w sobotę startują Mistrzostwa Świata w Turcji.

W momencie dodawania notki na blog, do turnieju pozostało dokładnie 24h i 30 minut. Na tę okoliczność i aby oderwać się od sprawy Asseco Prokom gate oraz Polaków będących o krok od awansu, sporządziłem więc mini power ranking - czyli kilka zespołów, które uważam, za faworytów tej edycji MŚ, drobne wyszczególnienie tych, którzy powinni usiąść w fotelu zwanym - czarny koń - oraz kilka słów o innych zespołach.

Faworyci

1. USA - jeszcze dwa tygodnie temu zespół Mike’a Krzyzewskiego nie zajmowałby pierwszego miejsca w tym mini rankingu. Miałem być w Turcji właśnie po to, aby zobaczyć największe gwiazdy NBA, ale ich w tym składzie nie zobaczymy (wyjątkiem jest Kevin Durant). Gry odmówili wielcy z Miami - LeBron James, Dwayne Wade, Chris Bosh - do Turcji nie pojechał też Kobe Bryant, nie powiedzieli też Dwight Howard, Chris Paul, Deron Williams, Carmelo Anthony. Drugi garnitur choć mocny, to jednak nie to samo co gwiazdy pierwszego planu. Poza tym w składzie brakuje prawdziwych podkoszowych, jeden defensywny Tyson Chandler to za mało, Lamar Odom to gracz uciekający na obwód, a Kevin Love mimo wszystko nie do końca może liczyć na minuty. W tym zestawieniu kadra USA nie wygląda obiecująco. Jednak dwa ostatnie mecze - przeciwko Hiszpanii i Grecji umocniły USA psychicznie, a w moich oczach notowania tego zespołu wzrosły. Pokonanie Hiszpanii przyszło z trudem, ale Grecji, która moim zdaniem miała sprawić USA największe problemy, było już dosyć proste.

Ranking FIBA: 2

2. Hiszpania - bez Pau Gasola miało być dużo gorzej, ale przecież młodszy brat gwiazdy Los Angeles Lakers, Marc, także radzi sobie znakomicie. Problem drużyny Sergio Scariolo nazywa się jednak inaczej niż Pau. Nazewnictwo choroby powinno oscylować wokół Jose, a Rudy. Ten pierwszy, Jose Calderon po powrocie z kontuzji nie grał rewelacyjnie, był jednak pierwszym rozgrywającym kadry i mógł sporo wnieść do zespołu. W mistrzostwach jednak nie zagra z powodu … kontuzji. Gorzej jest z Rudy Fernandezem, który najzwyczajniej w świecie nie tylko marudzi i jęczy, że nie chce już grać w Portland i to odrywa go od kadrowych obowiązków, to do tego najzwyczajniej w świecie jego forma pozostała na wakacjach. Mimo wszystko oglądanie popisów Ricky Rubio, jego efektowne i efektywne akcje dadzą kibicom radość, a zespołowi Hiszpanii sporo zwycięstw.

Ranking FIBA: 3

3. Grecja - tak jak wspomniałem przy zespole USA, jeszcze kilka dni temu to zestawienie wyglądałoby inaczej. Na pewno Grecy znaleźliby się na miejscu pierwszym, Hiszpania na drugim, a USA na trzecim. Dwa spotkania wystarczyły, aby wszystko się przewróciło. Może na wyrost, ale prawda jest taka, że po podopiecznych Jonasa Kazlauskasa spodzieawłem się nieco więcej. Nie oznacza to jednak, że Fotsis, Spanoulis, Diamantidis, Borusis i reszta, nie zagrają na tyle rewelacyjnie, by znaleźć się w finale.

Ranking FIBA: 4

4. Serbia - Milos Teodosić i wszystko jasne. Jego się po prostu nie da nie lubić, po prostu się nie da. Serbia już podczas Eurobasketu 2009 pokazała, że jest zespołem, który może spokojnie rywalizować z najlepszymi, co prawda dostała srogie lanie w finale od Hiszpanii, ale młody i niedoświadczony zespół Dusana Ivkovića musi być brany na poważnie. I to nawet mimo tego, że w pierwszych trzech meczach (Angola, Niemcy, Jordania) nie będzie grał zawieszony Nenand Krstić, a w dwóch wspomniany wcześniej Teodosić.

Ranking FIBA: 5

5. Argentyna - co prawda nie do końca wierzę w silną pozycję Argentyny w sytuacji kiedy w zespole nie ma ani Manu Ginobillego, ani Andreasa Noccioniego, ale drużyna zajmująca pierwsze miejsce w rankingu FIBA nie będzie chłopcem do bicia, tylko trudny, twardym przeciwnikiem. W zespole znajdują się m.in. Francisco Oberto, Luis Scola, Carlos Delfino, Paolo Quinteros, Pabo Prigioni. Mało? Dodając do tego solidnych graczy rezerwowych i świetne zrozumienie od lat, dostajemy mieszankę która w dalszym ciągu znajduje się w czołówce światowej.

Ranking FIBA: 1

Zespołem do oglądania, moim zdaniem czarnym koniem rozgrywek, tym kto sprawi najwięcej niespodzianek może okazać się Brazylia (14 w rankingu FIBA), która w ubiegłym roku zdobyła złoty medal Mistrzostw Ameryk odbywających się w Portoryko. W składzie Brazylii są m.in. nowy nabytek San Antonio Spurs Tiago Splittera, obrońcę Toronto Raptors Leandro Barbosę czy środkowego Cleveland Cavaliers Andersona Varejao. I szkoda tylko, że w niesamowicie silnej grupie B, w której znajduje się Brazylia, są też inne pretendujące do miana czarnego konia zespoły - Chorwacja i Słowenia.

A przecież w stawce są jeszcze prowadzeni przez Kestusisa Kemzurę Litwini, osłabieni (Tony Parker, Michael Pietrus, Rony Turiaf) choć wcale nie słabi Francuzi, grający bez Dirka Nowitzkiego Niemcy i mimo wszystko groźni gospodarze Mistrzostw Świata - Turcy.

Sporo oglądania przed nami, a na zakończenie typy na pierwszy dzień.

Grecja - Chiny - 1

Nowa Zelandia - Litwa - 2

Australia - Jordania - 1

Tunezja - Słowenia - 2

Rosja - Portoryko - 1

Kanda - Liban - 1

Angola - Serbia - 2

USA - Chorwacja - 1

Wybrzeże Kości Słoniowej - Turcja - 2

Francja - Hiszpania - 2

Niemcy - Argentyna - 2

Iran - Brazylia - 2

Sporą dawkę emocji i transmisji z Mistrzostw Świata zapewni nam TVP Sport, już 28 sierpnia będzie można zobaczyć:

17:55 - USA vs Chorwacja

20:25 - Niemcy vs Argentyna

Wszystkie spotkania dostępne są też na FIBA TV. Wykupienie dostępu do usługi kosztuje 30 Euro.

EDIT: Miałem codziennie typować i krótko podsumowywać wyniki meczów Mistrzostw Świata, najprawdopodobniej jednak ta sztuka nie uda mi się każdego dnia i notki o MŚ będą pojawiały się w momencie dużych wydarzeń, lub takich które jakoś uznam za znaczące.

środa, 25 sierpnia 2010

Nieco zachmurzone i spokojniejsze w ostatnich dniach niebo, znowu przybrało czarne barwy, a z każdej strony uderzają pioruny.

Burza ta wywołana jest oczywiście przeciekami dotyczącymi Asseco Prokomu Gdynia, odpuszczeniem temu zespołowi pierwszej części rozgrywek i podczas powrotu przyznaniem liczby punktów takiej samej, jak posiada lider tabeli. To jaka będzie pogoda w następnych tygodniach, okaże się najpewniej do niedzieli.

Przy tej nawałnicy, która początek miała jakieś 2,5 tygodnia temu, zabrakło mi głosu firmy, znajdującej się na samym początku nazwy, będącej w krzyżowym ogniu, drużyny.

Takie oto jest stanowisko Asseco Poland

Powinniśmy cieszyć się i być dumni z tego, że Asseco Prokom Gdynia ma szansę występować w takich rozgrywkach jak liga VTB i rozgrywać mecze z dużo silniejszymi rywalami. Powinniśmy cieszyć się z tego, że Polska drużyna znajduje się w tak elitarnym gronie. Naprawdę dziwią nas negatywne głosy i komentarze, bo przecież Prokom do ligi wróci w drugiej części rozgrywek. Cały czas zależy nam na grze o mistrzostwo Polski, bo dla Asseco jest to wielka duma, a każdy sukces drużyny jest bliski naszemu sercu.

Pani, z którą rozmawiałem w Asseco była bardzo przyjemna i sympatyczna, zaproponowała pomoc w każdej możliwej sprawie i generalnie nie dziwię się stanowisku Asseco, bo pewnie robią dobrą minę do złej gry.

Jednak pomimo tego, że zakochałem się w głosie po drugiej stronie słuchawki, nie jestem w stanie zgodzić się z wielką radością, która powinna nam towarzyszyć.

Korzyści z występów Prokomu w lidze VTB odniesie tylko i wyłącznie Prokom, polska koszykówka nic pozytywnego w zamian nie dostanie. Twierdzenie, że jest inaczej, to dla mnie kompletna abstrakcja, lub też mam zbyt słabo rozwiniętą wyobraźnie, by móc znaleźć choć jeden argument potwierdzający tę tezę. No chyba, że dobro polskiej koszykówki to przyznawanie Prokomowi takiej samej ilości punktów jak liderowi rozgrywek, co prowadzi do wypaczania rywalizacji sportowej.

Już niedługo cała ta sytuacja zacznie męczyć wszystkich dookoła, dla świętego spokoju kibice zaczną machać ręką na Prokom i powiedzą, żeby ten grał gdzie chce i z iloma punktami sobie tylko nie wymyśli, z jakimi tylko nie chce wartościami, które jeszcze bardziej wzmocnią fundament wielkości, na której stoi Asseco Prokom Gdynia.

Obecnie mówimy, że brak Prokomu to początek krwawej strzelaniny, gdzie pierwszym celem było kolano, a następne znajdowały się coraz wyżej.

Jednak za dwadzieścia lat, kiedy najpewniej koszykówki w Polsce już nie będzie, a my będziemy dzieciom opowiadać o niewiarygodnej wręcz historii, która zdarzyła się w 2010 roku, do której dopuszczano bez większego problemu, napotkamy na dwie możliwości.

Od pociech usłyszymy albo zabójczy śmiech, albo podekscytowanie tym, jak to tatuś może być tak uzdolnionym bajkopisarzem jak Jan Brzechwa i Hans Christian Andersen.

P.S. Polecam lekturę pomysłów na przepisy, według których trzeba traktować Asseco Prokom Gdynia w przyszłym sezonie. Znajdziecie ją na blogu Piątakwarta.pl

wtorek, 24 sierpnia 2010

W związku z całą awanturą, w którą zamieszany jest Asseco Prokom Gdynia i jego prawdopodobnego (wciąż niepotwierdzonego) braku w PLK, wrocławska firma Pentagon-Research w dniach 21-22 sierpnia 2010, przeprowadziła krótkie badanie nastrojów.

Losowo wybraną grupę ludzi zapytano o zainteresowanie koszykówką spod znaku Tauron Basket Ligi, i ci którzy odpowiedzieli twierdząco, przeszli do kolejnego etapu badania.

Tutaj pytano już o szczegóły, a dokładniej o to, co można podziwiać na poniższych planszach

Chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć co oznaczają te słupki i liczby. Widać, choć na małej próbie, czego chcą ludzie, ale co to interesuje władnych tej ligi i PKK związku.

Tymczasem Przegląd Sportowy podaje, że władze ligi podjęły decyzję o tym w jaki sposób w rozgrywkach TBL wystąpi Asseco Prokom Gdynia. Tak jak zakładano, ma to być system, w którym Prokomu w pierwszej rundzie rozgrywkowej nie będzie, dołączy dopiero w szóstkach z maksymalnym bilansem zwycięstw, jaki można uzyskać.

Zarząd ligi nie przyjął innej propozycji z trzech pozostałych, z których jak dla mnie jedyną akceptowalną jest tylko gra Asseco Prokomu Gdynia od początku do końca rozgrywek. Plotka gminna niesie, że dwóch z trzech przedstawicieli zarządu chciało aby Prokom w lidze grał od października. Dwóch to jednak mniej niż trzech i najprawdopodobniej podjęta została zupełnie inna decyzja.

 

[...] Ale to już było i nie wróci więcej […] Choć w papierach lat przybyło, to naprawdę wciąż jesteśmy tacy sami [...]- pamiętam piosenkę Maryli Rodowicz z tymi właśnie slowami. Pamiętam ją jeszcze z czasów jak byłem młodym dzieciaczkiem i chodziłem do podstawówki. Przyjemna melodia, słowa wprowadzające w nostalgiczny nastrój, przypominające zamierzchłe już czasy.

Słowa z refrenu tej piosenki za nic w świecie nie pasują do tego co widzimy na parkiecie w grze reprezentantów Polski. Zamiast rozpływać się w myślach o tych lepszych czy też gorszych czasach, ale wywołujących w nas całkiem przyjemny błogostan, w sytuacji koszykarskiej łapiemy się za głowę, wyrywamy włosy, rzucamy laptopami i pijemy na umór. Dlaczego? Bo na wyjazdach ponosimy frajerskie porażki, u siebie zamienia się to w beznadziejne tracenie przewagi i dopuszczanie do nerwowych końcówek, w których jak to zwykle bywa, na dwoje babka wróżyła.

W tym rozchwianym schemacie, istnieje jeden malutki wyjątek, który złamał równowagę dopiero w samej końcówce koszykarskiego show.

Powtórka z rozrywki, to co już znamy, zdarzyło się zarówno podczas wyjazdowego meczu w Bułgarii jak i tego w Katowicach. W obu spotkaniach Polska wygrywała, przez cały mecz skrupulatnie budowała przewagę, starała się jak mogła i w pewnym momencie jak grom z jasnego nieba wyskoczył Filip Widenow i zaczął swój show. Róznica w obu tych spotkaniach była taka, że w Bułgarii Widenow był gromowładnym, doprowadził do remisu i w efekcie zwycięstwa. Na parkiecie w Spodku był blisko, znowu zaczął rozdawać karty, miotać kulami ognia, przesuwać ściany i raczyć wszystkich innymi nadprzyrodzonymi zdolnościami. Dopadła go jednak zmora człowieka śmiertelnego, największy problem koszykarzy. Popełnił piąty faul i musiał opuścić parkiet na dwie minuty przed końcem spotkania.

Tak równo jak z Bułgarią, Polska nie grała jeszcze z żadnym z rywali w tych eliminacjach. Lanie od Gruzji przerodziło się w pewne, choć w pewnym momencie zagrożone, zwycięstwo. Odesłanie z kwitkiem Portugalii skończyło się dramatem w Sofii, a Belgia … No cóż graliśmy dopiero jeden mecz i patrząc na symetrię powinniśmy i tym razem zagrać mecz dobry, skuteczny, taki który pozwoli nam bez przeszkód wygrać na wyjeździe.

Myśląc jednak o tym, że Belgia to zespół niepokonany na własnym parkiecie, o słowach z piosenki Maryli Rodowicz i mając w głowie obraz tego jak słabo i nerwowo grała wczoraj reprezentacja prowadzona przez Igora Griszczuka, mam wrażenie że to się jednak nie stanie.

Nawet jeśli się mylę i Polacy wygrają pierwszy mecz wyjazdowy w eliminacjach, awans wcale nie zależy tylko od nich.

To od kogo zależy los innych, opisał już Łukasz Cegliński, wspominając także o kilku ewentualnych scenariuszach jakie mogą mieć miejsce w tabeli po zakończeniu eliminacji.

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Do końca eliminacji, mających pozwolić reprezentacji Polski na grę w przyszłorocznych Mistrzostwach Europy, pozostały dwa mecze. Dwa spotkania, które mogą kadrę zupełnie pogrążyć, jak i zmyć bułgarsko-portugalską plamę i zapewnić graczom Igora Griszczuka awans z pierwszego miejsca.

Którą drogę wybiorą kadrowicze? Okaże się za kilka dni, czy będzie to - staraliśmy się jak mogliśmy, rozmawialiśmy poważnie, ale nie wyszło; czy też w milczeniu awansują i udowodnią, że wszyscy krytycy i krzykacze nie mieli racji.

Czekając na wieczorny mecz Polski z Bułgarią, wypisałem kilka grzechów i problemów tegorocznej kadry

1. Wyjazdy, wyjazdy, wyjazdy - jak po meczu z Portugalią powiedział mój dobry kolega: oni po prostu muszą przestać zachowywać się jak baby

2. Igor Griszczuk - choćby za wypowiedź dotyczącą Łukasza Koszarka i zrzucenia odpowiedzialności za brak planu B na zawodnika.

3. Słaby, nieprzygotowany, bojaźliwy rzucający obrońca Michał Chyliński

4. Chaotyczny pierwszy rozgrywający Krzysztof Szubarga

5. Brak zawodników, którzy mogliby zastąpić kontuzjowanych Chylińskiego i Szubargę. Szczególnie tego drugiego. I wcale nie jest to wina braku takowych w ogóle.

6. Zbigniew Białek - ktoś zna odpowiedź na pytanie, dlaczego Igor Griszczuk wziął go do zespołu?! Po trzech tygodniach eliminacji ciągle nie wiem.

Prowadzi to do jednego krótkiego punktu

7. Dramatycznie źle dobrany skład! - to największy błąd Griszczuka, z którego się nie wykpi choćby nie wiem co.

8. Brak planu B, a może i nawet brak planu A, a przez to wszystko niewykorzystywanie przewag, jakie ma Polska.

9. Obrona, obrona, obrona - szczególnie ta na obwodzie, choć w pomalowanym też nie ma rewelacji.

10. Brak charakteru - do kogo pretensje: Griszczuka czy zawodników?

11. Biadolenie, rozmowy, jęczenie i wszystko związane z debilnymi tłumaczeniami po wyjazdowych porażkach. Czego wszyscy mają po prostu już dość.

Zobaczymy, które z elementów możliwych do poprawienia, zostaną poprawione w meczu z Bułgarią. Zapraszam wieczorem na mojego Twittera i Twittera Michała Owczarka, który na żywo będzie nadawał z Katowic.

 
1 , 2 , 3 , 4
Subskrybuj RSS