wtorek, 25 czerwca 2013

Ani centymetra suchego miejsca na swoim ciele nie mają władze Tauron Basket Ligi. I wcale nie jest spowodowane to panującymi w całym kraju ulewami. Powodem wylania na rządzących TBL wiadra pomyj jest kolejna propozycja zmian w regulaminach rozgrywek męskiej ekstraklasy.

EDIT: Siedem minut po umieszczeniu wpisu na blogu, PLK zmniejszyło minimalną pojemność hali z trzech do dwóch tysięcy miejsc. Część wpisu traci więc na aktualności, ale zostawiam do wglądu. Szybko reagują, nie powiem. :-)

Propozycje tuż przed weekendem przedstawił prezes PLK, Jacek Jakubowski. O tym możecie szczegółowo przeczytać tutaj.

Wczoraj jak grzyby po deszczu wyrosły opinie na temat proponowanych zmian i tego, co przez ostatnie dwa lata temu wydarzyło się w TBL. W jednym z tekstów na Polskikosz.pl czytamy wypowiedź Jacka Jakubowskiego o procesie jakim jest liga kontraktowa i tym, że nie jest celem, tylko krokiem, daje możliwości. Autor nie zgadza się z prezesem.

Trudno nam się zgodzić z prezesem PLK. 

Pozwalam sobie pociąć fragmenty tekstu Pawła Łakomskiego, bo łatwiej będzie mi się odnieć. Otóż tak, liga kontraktowa to proces i zaprzeczenie temu pokazuję delikatną nieznajomość tematu. Liga decydując się na tę poważną zmianę formatu rozgrywek nie dała klubom gotowych rozwiązań, dała im narzędzia, którymi mają się posługiwać. Oczywiście ci bardziej dociekliwi powiedzą - mogli to robić też bez regulacji, bo przecież tak można.

Pewnie, że można było to zostawić, ale gdy coś nie działa, lepiej to sensownie uregulować, bo wyobraźmy sobie sytuację gdzie wszyscy wiemy, że trzeba jeździć prawą stroną drogi, ale formalnie ten przepis nie obowiązuje.

Kontynuując wątek koszykarski i cytowany fragment.

W trakcie ligi kontraktowej z rozgrywkami ekstraklasy musiały się pożegnać takie kluby jak ŁKS Łódź, Polonia Warszawa, PBG Basket Poznań, czy AZS Politechnika Warszawska

Pisałem o tym już wczoraj Pawłowi na Twitterze. To naciąganie rzeczywistości i wyciąganie błędnych wniosków. Upadek, bankructwo, rozwiązanie (wybierzcie sobie jedno) wymienionych wyżej klubów to nie skutek powstania ligi kontraktowej, to problem koszykówki ogółem w skali kraju, braku pieniędzy na ten sport w dużych ośrodkach. Liga kontraktowa dała możliwości - o czym wspomina Jacek Jakubowski - ale nie gwarantuje, że klub będzie grał, bo po prostu istnieje. Zarówno w lidze kontraktowej jak i tej funkcjonującej we wcześniejszej formie, Polonia, ŁKS, PBG Basket, AZS Politechnika byłyby tylko rocznym, dwuletnim zjawiskiem.

Zamiast docenić wysiłek prezesów, którzy pracują w małych ośrodkach i przeważnie z wielkim trudem pozyskują środki na zespół w ekstraklasie, to i tak najczęściej są karani. 

A tutaj zgadzam się w stu procentach. Tylko nie do końca wiem z czym konkretnie. Tak, nagradzajmy tych, którzy pracują dobrze, nie tylko z małych czy dużych ośrodków. Nie tylko tych z pieniędzmi czy bez. Chciałbym jednak, żeby autor wskazał mi za co mamy konkretnie nagradzać, co w delikatnym stopniu jest powiedziane w dalszej części tekstu.

Kompletnym bezsensem i bzdurą, na którą liga nie może sobie pozwolić i bardzo szybko musi zrezygnować z jednego proponowanego pomysłu. Chodzi o kary za brak hali na trzy tysiące widzów. I choć mam pewne uwagi co do minimum ilości miejsc na hali (o czym za chwilę), to tak nie rozumiem idiotycznego wręcz pomysłu by pieniądze z kar z brak odpowiedniego obiektu dać zesopłom, które grają w europejskich pucharach. 

Panowie prezesi opamiętajcie się. Te drużyny stać na to, żeby występować w Europie, a wy niczym zły Robin Hood chcecie zabrać tym zapewne biedniejszym i zasilić konta bogatych. Ciuś, ciuś.

I tutaj Paweł podaje ciekawą propozycję, by pieniądze z kar zamrozić i przekazać na konkretny cel.

Niech te 100 tys. zł zostanie ''zamrożone'' w kasie klubu i przeznaczone akcje marketingowe klubu. Np. niech kluby zapewnią na każdym meczu 100 darmowych biletów dla dzieci ze szkół. Cokolwiek, aby pieniądze danego klubu, nie zostały przejedzone, tylko spożytkowane na ich własne cele. Prawdopodobnie obie strony wyszłyby na tym zadowolone – władze ligi i przedstawiciele klubów. 

Ma to jakieś ręce i nogi, może niekoniecznie darmowe bilety dla dzieci ze szkół, bo to pewnie i tak kluby realizują zgodnie ze swoją i sponsora polityką, co podkreśla Jacek Jakubowski. Może trzeba iść dalej, dać te pieniądze na marketing per se - pensje dla pana, który będzie robił fajne, ciekawe, profesjonalne i dobrej jakości wideo, dla tego, który będzie zajmował się działaniami w mediach społecznościowych i tego, który obecnie jest media menegerem, zarabia marne pieniądze i musi dorabiać na drugim etacie.

Może stworzyć nawet listę propozycji dla klubów z ogólnymi działaniami marketingowymi, reklamowymi i wesprzeć realizację takich działań - nawet na poziomie strategicznym, taktykę zostawić samym klubom. W ten sposób wilk będzie syty i menczester siti. 

- Decyzje finansowe powyżej 50 tysięcy złotych muszą być zaakceptowane przez Radę Nadzorczą PLK. Nie uważam, aby była potrzeba narzucania klubom wymogów w sprawie polityki dystrybucji wejściówek i strategii działań w tym zakresie. Kluby według mojej wiedzy zapraszają już i tak duże grupy młodzieży szkolnej do aktywnego uczestnictwa w meczach. Każdy klub prowadzi w oparciu o relacje ze swoimi sponsorami własne działania CSR w tym zakresie – czytamy po fragmencie o zamrożeniu pieniędzy z kary dla klubu. Wypowiedź ta jest autorstwa prezesa PLK.

Nie jestem wyedukowany w czytaniu, kazali mi zawsze tylko pisać albo mówić, ale mam wrażenie, że mowa była o niebie, a niektórzy mówili o chlebie.

A jeśli chodzi o hale? Przytoczmy najpierw kolejny cytat Jacka Jakubowskiego.

Większe hale dają większe możliwości marketingowe i promocyjne. Motywują też kluby do położenia większego nacisku na frekwencję i imprezy okolicznościowe. Dają możliwość rozwoju, bo dziś mecze na tym poziomie, to nie tylko spotkania dwóch drużyn grających w koszykówkę, ale przede wszystkim widowiska sportowe, które mają być atrakcyjną formą spędzenia wolnego czasu dla całej rodziny

Absolutna zgoda co do większych możliwości marketingowych i promocyjnych. Trochę naciągane moim zdaniem jest stwierdzenie, że większe daje większe możliwości, ale powiedzmy, że niech i tak zostanie. Prawda jest taka, że dzięki nowoczesnym, dobrze wyposażonym (niekoniecznie większym) dostosowanym do światowych standardów halom, organizatorom widowisk łatwiej proponować cokolwiek w obszarze hospitality.

I absolutnie umarłem ze śmiechu, gdy przeczytałem fragment o imprezach okolicznościowych. Albo cytat w artykule jest niekompletny, albo komuś sufit spadł na głowę. Klub sportowy, czy w tym przypadku koszykarski, ma zajmować się organizacją meczów koszykarskich i to promować. Impreza okolicznościowa - rozumiem, że chodzi tu o imprezy miejskie, koncerty etc - to problem miasta, MOSiR/OSiR czy innego podmiotu odpowiedzialnego za promocję w XXX. Klub? Tak, może  się podłączyć i pokazać na koncercie East West Rockers czy Mariki. Argument imprezy okolicznościowej mający podpierać i promować tezę - większe hale dla klubów - to tak jakbyśmy mówili - to teraz wybudujcie przy hali basen, będzie przychodziło kilkaset osób. Sorry, nie interesują nas dożynki miejskie.

I pozostawiając pod dyskusję oraz do zastanowienia - ciekawe czy większa hala np. w Zgorzelcu poprawi frekwencję podczas meczów koszykarskich w tym mieście. Obecnie na trybunach z łatwością można dostrzec puste miejsca, a Centrum Sportowe mieści około 1500 osób. Podobnie w Starogardzie, Tarnobrzegu, Słupsku, etc, etc. 

Ok, powiedzmy, że to myślenie przyszłościowe, kiedy produkt przestanie być co najwyżej przeciętny (a tak naprawdę marny) i koszykarski bum ponownie wróci do Polski.

 

EDIT:

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Reeboki kupione w lumpexie otrzymały tytuł Worst Shoes Ever, butów które ich właściciele doprowadzili praktycznie do ruiny. Jared Harazim – zwycięzca konkursu – otrzymuje nagrodę główną, dowolną parę butów z asortymentu sklepu E-Sportowe.pl. Organizatorzy przyznali także dwa wyróżnienia. 

 - Butów zwycięzcy, jak i tych, które zajęły drugie miejsce po prostu nie da się skomentować. Przychodzi mi do głowy tylko jedno słowo, którym jest masakra. To samo dotyczy zresztą większości butów – trampki Converse wyglądają tak, jakby były oryginałami z 1917 roku. Mamy na co dzień styczność z różnego rodzaju obuwiem, ale powiem szczerze, że te, które otrzymaliśmy w konkursie robią na nas ogromne wrażenie - mówią przedstawiciele fundatora nagród, właściciele sklepów Multirenowacja, E-Sportowe.pl oraz forum Wbutach.pl

Oto co o swoich butach mówi ich właściciel.

- Zabytki te kupiłem w jednym z second handów w Katowicach. Potrzebowałem butów do gier i zabaw, żeby odciążyć moje Converse i nagle wpadły fajne czarne Reeboki w świetnym stanie za 20zł! (Dochodzenie czy to prawdziwe Reeboki to już inna para kaloszy). Służyły mi jako buty do wszelkich sportów po za koszykówką. Świetnie dawały radę, aczkowliek po dwóch sezonach zmieniłem ich zastosowanie. Szkoda było mi je wyrzucać, bo dobrze sie trzymały, aczkolwiek były juz mniej wyjściowe. Postanowiłem je zajechać, by w ten sposób się z nimi pożegnać. Zabiarałem je więc wszędzie skąd było przypuszczenie, że nie wrócą, a one zawsze dawały radę. Kiedy zostałem kinooperatoratorem – pomyślałem, że zabiorę wysłużone buty ze sobą w ich ostatnią podróż. Obecnie w zaciszu kabiny projekcyjnej od około 5lat udowadniam im, że zedre je do zera a one codziennie udowadniaja, że się nie dadzą.... I mimo, że wyglądają jak wyglądają, wierzcie mi, że nigdy nie miałem wygodniejszych „laćków". Bo ciężko je obecnie butami nazwać.

W konkursie wzięło udział ponad 100 osób. Wśród nadesłanych prac były między innymi buty koszykarskie, do gry w piłkę nożną, piłkę ręczną, buty, których ich właściciele używali do prac w ogrodzie, a nawet ... rolki.

- Jesteśmy zaskoczeni niektórymi zgłoszeniami. Warto tu powiedzieć choćby o Jordanach XII czy Converse All-Star, których przyszło bardzo dużo. Klasyczne trampki były wyniszczone w taki sposób, że aż boimy się o swoje – mówi Maciej Zieliński, jeden z jurorów konkursu, poseł na sejm i legenda Śląska Wrocław. 

Cały wpis, zwycięzców nagród i wszystkie prace można zobaczyć na stronie Kolekcjonerbutow.pl

Za ufundowanie nagród dziękujemy naszym sponsorom sklepom Multirenowacja.pl, E-Sportowe.pl oraz Forum WButach.pl

10:29, anfernee , Inne
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 czerwca 2013

Polska nie jest sportową pustynią. Znaleźliśmy ostatnio lepsze określenie - jesteśmy sportową Irlandią. I przykro mi bardzo, że ten piękny i zielony kraj na chwilę stał się dla mnie tak dołującym skojarzeniem.

Dlaczego w mojej głowie pojawiła się właśnie Irlandia?

Odbyłem ostatnio kilka ciekawych rozmów na temat ogólnej kondycji polskiego sportu. Ciekawych, ale niestety bardzo dołujących.

W jednej z nich znajomy, który prowadzi małą i bardzo przyjemną knajpkę we Wrocławiu, opowiedział mi jak to nie był w Irlandii i wyszedł porzucać sobie do kosza.

Opowiadał, że przechodnie patrzyli na niego jak na kosmitę, bo - jak się okazało po kilku rozmowach - nigdy nie widzieli nikogo, kto grałby w kosza. Co więcej, ten sam znajomy opowiadał o popularnych irlandzkich sportach.

Te, znane są u nas głównie jako ciekawostki, które ktoś pokaże nam na YouTube, a ich nazw nawet nie jesteśmy w stanie powtórzyć. Dla nich są to sporty narodowe, na trybunach zasiadają tysiące ludzi i cały kraj emocjonuje się to zwycięstwem międzynarodowym, to meczami ligowymi. U nas? Gwarantuję te dyscypliny nie aspirują nawet do roli niszowych. One po prostu tak jak Lwy, w Polsce nie występują.

Do czego zmierzam? Sporty, którymi się interesujemy, bo osiągamy w nich sukcesy, to dyscypliny, które większość świata ma absolutnie za nic istotnego. Może niekoniecznie całkowicie nieznane, ale traktowane jako te trzeciego, czwartekgo, albo nawet niższego szczebla.

Bo oczywiście my wszyscy cieszymy się, że mamy tak wspaniałych sportsmenów jak Maja Włoszczowska, Justyna Kowalczyk, Adrian Zieliński i wielu, wielu innych, którzy zdobywają medale, są w czołówkach swoich kategorii i biją rekordy.

Odnosimy też sukcesy w innych miejsach, które często są wyśmiewane pod kątem atrakcyjności - wspomnieć tu należy o Karolinie Winkowskiej. Jej sukces, nagłośniony przez zaprzyjaźnionego mi Jacka Gadzinowskiego, został nieco spłaszczony do poziomu - kitesurfing i tak się nikt nie interesuje.

Warto odnotować fakt, że trzy lata temu młode dziewczynki z Wrocławia, które grają w baseball pojechały do Portland na Mistrzostwa Świata. Reprezentacja Lacrosse wzięła udział w Mistrzostwach Świata w Manchesterze, a nasz Futbol Amerykański ciągle rośnie w siłę.

Szkoda, że nic nie znaczymy na rynku sportów prawdziwie masowych. Bo chyba nikt nie sądzi, że takimi są skoki narciarskie czy żużel?

Wybaczcie, ale dla mnie osobiście jak i zapewne dla wielu osób wielbiących żeglarstwo lub kajakarstwo, te dwa sporty często pokazywane w telewizji są taką samą niszą jak kitesurfing dla innych. Tym masowym można powiedzieć, że jest siatkówka, która według ostatnich raportów jest 10 najpopularniejszym sportem na świecie.

Zatrzymajmy się na chwilę. Jeśli traficie na jakiś artykuł lub rozmowę, gdzie padnie stwierdzenie, że siatkówka to drugi najpopularniejszy sport na globie, spytajcie - a co z tenisem (2), krykietem (3), baseballem (4), tenisem stołowym (5), koszykówką (6), hokejem (7), golfem (8) i rugby (9)?

I tu zapewne spotkamy się z kontrą - te sporty w Polsce nie są popularne. W Polsce nie, na świecie (nie w USA) są i uprawiają je miliony.

Żużel? Skoki narciarskie? Biathlon? Szanujmy się, sporty dla nielicznych. Mówiąc złośliwie - podobnie jak wyśmiewany przez wielu kite. Bo nikt mi nie wmówi, że łatwo uprawia się siatkówkę, żużel, skoki narciarskie czy biathlon. Łatwo uprawia się piłkę nożną czy bieganie.

I tak specjalnie w wielu miejscach po prostu pomijałem wcześniej piłkę nożną. Ta dyscyplina jest w tym momencie poza jakimkolwiek równaniem i rozmową o sporcie ogólnie. Nie możemy do niego porównywać, nie możemy mówić - bo w piłce jest tak i tak. Generalnie jestem zdania, że wydawanie tak ogromnych pieniędzy na sport, w którym nie jesteśmy przeciętni (ani liga, ani kadra), wyniki sportowe są żadne, a zainteresowanie i wyniki marketingowe wciąż na poziomie o lata świetlne wyprzedzające poziom sportowy, to potężny paradoks.

Klucz do innego podejścia? Widoczna zmiana postaw społecznych - bo we wszystkm trzeba widzieć pozytywy.

Prawdą jest i nikt nie odkryje tu amryki w konserwie, że zmieniły nam się diametralnie postawy społeczne. I miejmy nadzieję, że to właśnie ten czynnik ludzki, delikatna zmiana mentalu pójdzie jeszcze dalej.

Całe szczęście coraz mniej jest tych panów z brzuszkiem, siedzących przed telewizorem w klapkach Kubota (niekoniecznie Łukasza), koszulce bez rękawków, pijących piwo i jedzących czipsy, co chwilę kurwując jaka to ta kadra piłkarska nie jest słaba (jednocześnie licząc na to, że kolejny trener i 2-3 dobrych graczy będzie w stanie pokonać Niemców, Hiszpanię czy Holandię). Obecnie coraz więcej spotykamy ludzi aktywnych - chodzących na basen, kochających jazdę na rowerze, bieganie, rolki, czy wspomniany kite, wakeboard, snowboard etc.

Poza tym wiele sportów, które dla nas są niszą, to dyscypliny budujące lifestyle, zainteresowanie modą (może nie klasyczną i chodzenie w rurkach oraz marynarkach) i napędzające sprzedaż, wzrost gospodarczy. Ile to osób zaczęło tworzyć koszulki z fajnymi i śmiesznymi tekstami i rysunkami sportowymi? Czy też sprzęt dla alpinistów, kurtki, okulary przeciwsłoneczne etc.

Dzięki temu, w kraju zaczęło się robić weselej, kolorowiej. Ulice przestały być szare i ponure, a facet w zielonej kurtce i kolorowych butach nie jest już clownem, tylko po prostu tym facetem, który żyje jak chce. Konkluzja? Jak dla mnie, nie umniejszając nikomu, skoki narciarskie (możecie wstawić żużel, biathlon, pływanie synchroniczne) są takim samym nośnikiem i posiadają taką samą (jak nie mniejszą) atrakcyjność jak sporty, które w naszej kulturze funkcjonują dużo krócej.

I co z tego, że w tym momencie sponsorzy wolą X, skoro w Y też mamy sukcesy i trend (sponsoring i zainteresowanie) może zostać odwrócony bardzo szybko. 

wtorek, 04 czerwca 2013

Mieliśmy doczekać się kolejnego, polskiego -Gate. Nazwa, którą moglibyśmy operować to Money-Gate. Udział w niej biorą, choć nieco w cieniu, przedstawiciele koszykarskiego Śląska, całe środowisko koszykarskie we Wrocławiu oraz - po drugiej stronie barykady - władze miasta z prezydentem Rafałem Dutkiewiczem na czele. 


Kilkanaście dni temu pisałem na blogu, że Wrocław Śląska nie kocha i nie da pieniędzy na ekstraklasową koszykówkę spod herbu Śląska.

Okazuje się, że samo nie w kuluarach nie wystarczy, bo władze Śląska Wrocław z Maciejem Zielińskim i Michałem Lizakiem na czele postanowiły wytoczyć ciężką artylerię i jak na prawdziwych wojskowych przystało, powalczyć o teoretycznie utracony teren. 


Śląsk wytoczył ciężką artylerię - jaką, to już wszyscy doskonale wiedzą. W internecie pojawiły się już artykuły, które opisują całą sytuację, a na kanale Śląska na YouTube można zobaczyć nagranie z całej konferencji prasowej, którą klub zorganizował w poniedziałek 27 maja.


Prawdę mówiąc spodziewałem się, że po takim kategorycznym wypunktowaniu prezydenta Wrocławia, Rafała Dutkiewicza, w mediach będzie się gotowało. Miałem wrażenie, że władze Śląska wkładają nieco kij w mrowisko, że będzie próba odparcia ataku ze strony miasta i w końcu, że ktoś spyta władz czy dały pieniądze, mają zamiar dać, czy w końcu nie chcą dać i pomóc koszykarskiemu Śląskowi.


A w lokalnych dziennikach i portalach internetowych pojawiły się tylko suche informacje - Śląsk chce, Śląsk buduje budżet, Śląsk dzwoni do Dutkiewicza.


Gdyby taka sytuacja spotkała - po raz kolejny - piłkarski Śląsk, lub jakikowliek inny klub T-Mobile Ekstraklasy, musiałbym prosić Zygmunta Solorza, aby jak najszybciej wprowadził nową usługę internetową i zamienił bardzo szybkie LTE na ultraszybkie (nieistniejące przecież) HSDLTE (czy jak tam się nie będzie nazywał następca LTE), bo dotychczasowe łącza nie dawałyby rady w dosyłaniu do czytników kolejnych informacji o tego typu akcji. 


Prawdę mówiąć, takie sytuacje jak obecna, źle wpływają na moje zdrowie psychiczne i nerwy. To pokazuje dobitnie w jakiej sytuacji i kondycji znajduje się koszykówka w Polsce. Tą nie interesują się już nawet dziennikarze. Być może dlatego, że szef działu lub redaktor naczelny czy też wydawca powiedzieli - Koszykówka? Nie, tego nie damy na czoło.


Po Prokom-Gate, Stelmach-Gate, Hodge-Gate etc, mogliśmy mieć kolejny materiał, który pozwalałby koszykówce pojawić się na głównych sliderach (przynajmniej) portali sportowych. Informacje nie niosły by za sobą pozytywnego sentymentu, ale niestety, to właśnie te negatywne, nacechowane aferą, przebijają się wysoko.


Zamiast tego mamy wielki klops. 

Oczywistym jest, że Śląsk stara się poprzez media wpłynąć na decyzję miasta i pokazać, że władze są be i nie chcą pomóc 17-krotnym przecież mistrzom kraju. Oczywistym jest, że wiele osób ze stolicy Dolnego Śląska nie zgadza się z tym, aby miasto dawało pieniądze na Śląsk. Jeszcze inni jeszcze upatrują w tym walki politycznej i skoro tak jest, niech na ten Śląsk pieniądze wykłada nie miasto, a druga strona tej walki. 


Każda z tych osób jakieś jak i swoje racje ma, ale cała sytuacja sprowadza się tylko do jednego.

Jeśli zostawimy całą wojnę poza nami, jeśli zostawimy ją tym, którzy chcą w nią grać i pomyślimy tylko o sprawach sportowych. Tylko o tym, że na parkiety ekstraklasy wraca wielokrotny mistrz Polski. Drużyna, która wyprzeda hale w obcych miastach i my chcemy po prostu oglądać odradzającą się we Wrocławiu koszykówkę, a w najbliższej przyszłości może i walki o tytuł, VTB, Euroligi.

Jeśli pomyślimy o tym, że być może jest to początek zmian w polskim baskecie i (miejmy nadzieję) początek przywrócenia koszykówce statusu sportu dla 2 milionów Polaków, a nie 17 tysięcy, to może zdamy sobie sprawę z tego, że taka cisza, obojętność i wytykanie palcami kolejnych politycznych napierd*&# pomiędzy facetami spoza naszego zasięgu prowadzi do niczego innego, tylko jeszcze większego zapomnienia o tym najpiękniejszym na świecie sporcie.

Wolałbym więc, aby w na Dolnym Śląsku i w całej Polsce w powietrze wyleciała bomba o nazwie Money-Gate, niż tą przerażającą ciszę oznaczającą pustkę.

poniedziałek, 03 czerwca 2013

Strona Kolekcjoner Butów, wspólnie z partnerami, Multirenowacja.pl, Forum W Butach, sklepem E-Sportowe.pl ogłasza poszukiwania najgorszych, najbardziej zniszczonych butów sportowych/lifestyle jakie świat widział.

Aby zachęcić pokazania swoich ukrytych w szafie zbiorów, w konkursie do wygrania są dowolne wybrane buty w sklepie E-Sportowe.pl oraz bony na zakupy o wartości 200 i 150 złotych. Zasady konkursu znajdziecie na stronie Kolekcjoner Butów, która dumnie wraz z Michałem zarządzamy.

Wykażcie się kreatywnością i wygrajcie co Wasze!

10:14, anfernee , Inne
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 czerwca 2013

Dwa dni temu odbyłem krótką, ale bardzo treściwą rozmowę z moim przyjacielem Maćkiem. Był zdruzgotany listą, którą przygotowało Yahoo. Możecie ją zobaczyć tutaj.

Maciek jest wielkim fanem Spurs, w sumie to on zaraził mnie miłością do tego klubu. Wcześniej tylko szanowałem i podziwiałem drużynę Duncana, Popovicha, Manu, Tonego i Davida. Szumi w jakiś sposób sprawił, że zawsze chcę by to srebrno-czarni stawali na podium.

Maciek na moją prośbę, obalając dość dziwną listę Yahoo, przygotował swoje propozycje najlepszych role players San Antonio Spurs z ostatnich lat.

Oddaję głos Maćkowi. Enjoy.

Wyrzucam z listy Yahoo 

Speedy Claxton - jego legenda rośnie wraz z upływającym czasem. Prawda jest jednak taka, że mial tak naprawdę jeden dobry mecz w finałach 2003 roku, a ludzie piszą, że grał lepiej niż Tony Parker. Cytując Shaq'a - stop it! Speedy notował 5,2 pkt. i 1,9 as. w play-off. Był w San Antonio tylko jeden sezon. 

Steve Kerr - jeden z moich ulubionych zawodników, a teraz chyba najlepszy analityk w rodzinie TNT. Niestety on także jest postrzegany poprzez pryzmat jednego meczu finału konferencji 2003 roku z Dallas w którym trafił cztery trójki. Gdy przychodził do Spurs był już tylko cieniem znakomitego role playera z dynastii chicagowskich byków. Swój czas w San Antonio w głownej mierze spędzał z Kevinem Willisem na końcu ławki rezerwowych. 

Jarren Jackson - jeden z kilku zawodników na tej liście w stylu 3 and D. Walczył o miejsce z Mario Ellie i o ile wkład czysto koszykarski był podobny to mistrzowskie doświadczenie i leadership przemawiają zdecydowanie za Mario. 

Matt Bonner - król sezonu zasadniczego. statystyki plus-minus i wyszukanych kanapek. Po prostu Red Mamba. Niestety król dławił się jak tylko przychodziły play-offy. Na sczęście dla Matta, Pop wciąż darzy go nieuzasadnioną miłością (chyba, że Red Mamba posiada jakieś kompromitujące Popa fotki), co procentuje długimi minutami na parkiecie podczas toczących się rozgrywek.

Tak wygląda nowa, lepsza lista.

10. Nazr Mohamed - podczas sezonu regularnego 04/05 aktualni mistrzowie Detroit Pistons zmiażdżyłi Spurs w dwóch spotkaniach w których się spotkali. Osamotniony Duncan nie radził sobie z braćmi Wallace, McDyessem i Eldenem Cambellem. Na szczęście z pomocą  dla Ostróg przybył genialny inaczej Gm Knicks Isiah Thomas i zabrał z ich rąk kiedyś cennego, ale przepłacanego i podstarzałego Malika Rose'a oddając w zamian Nazr'a który okazał się być kluczowym elementem w walce o tytuł. Mohamed odciążył Tima wykonując "brudną", ale za to jak ważną robotę pod koszami.

9. Mario Elie - wraz z Avery Johnsonem był mentalnym liderem Spurs kiedy sięgali po swój pierwszy tytuł. Wnosił mistrzowskie doświadczenie i boiskowy swagger, którego brakowało raczej spokojnym i poukładanym gwiazdom S.A.

8. Fabricio Oberto - w każdy wrorek gram ze znajomymi w kosza. Gra z nami "Kosa". Nie jest najbardziej utalentowany, najszybszy, najwyższy, nie skacze wysoko i nie ma jakiegoś super rzutu, a jednak każdy chce mieć go w swojej drużynie. "Kosa" stawia świetne zasłony, ścina ostro pod kosz, walczy o każdą piłke, zawsze podaje do lepiej ustawionego kolegi i robi wszystkie te małe rzeczy których nie pokażą statystyki, ale które są niezbędne żeby wygrywać mecze. Właśnie to robił Fab dla Spurs.

7. Stephen Jackson - ulubienic kibiców. Stak5 zarażał wszystkich swoją energią i dawał Spurs inny wymiar wprowadzając nutkę szaleństwa do tej poukładanej maszyny. Uwielbiał grać pod presją. Był takim anty Bonnerem. Kiedyś reporter zapytał go czy czuje presję przed ważnym meczem. Odpowiedział I make love to pressure (ja uprawiam miłość z presją). Jednak przez problemy z dostosowaniem się do reżimu Popa był dwa razy wyrzucany z San Antonio.

6. Michael Finley - profesjonalista. Był gwiazdą w Dallas, ale od pierwszego dnia pobytu w San Antonio schował swoje ego i poświęcił statystyki, żeby stać się członkiem mistrzowskiego zespołu. Udało mu się to w 2007 roku. W Spurs zmienił się z dynamicznego idywidualisty w zespołowo zorientowanego strzelca z dysansu.

5. Brent Barry - członek dwóch mistrzowskich ekip Spurs (2005 i 2007). Jego niezwykle wysokie koszykarskie IQ pozwalało mu spełniać wiele różnych ról w systemie Popovicha. Brentowi nie sprawiało problemu granie na róznych pozycjach. Był takim koszykarskim kameleonem zmieniającym barwę w zależności od potrzeb drużyny.

4. Malik Rose - żołnierz w talii Popa. Żadne zadanie nie było za trudne dla tego chłopaka z Filadelfii. Niczym Rocky walczył z potężną siłą kolosa Ivana Drago (Shaq w tej roli), czy też uganiał się z szybkim jak błyskawica Apollo Creedem (Jason Kidd, Latrell Sprewell). Dwukrotny mistrz ze Spurs (1999 i 2003)

3. Robert Horry - absolutny G.O.A.T. jeśli mówimy o najlepszych role players w historii. Walnie przyczynił się do każdego z 7 mistrzowskich tytułów jakie zdobył wraz z Rockets, Lakers i Spurs. Nie był gwiazdą, ale zawsze potrafił znaleźć się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Fani Spurs zawsze będą go pamiętali za piąty mecz finału przeciw Pistons w którym nie tylko świetnie grał, ale także oddał zwycięski rzut.

2. Avery Johnson - mały generał był niewątpliwie duchowym przywódcą Spurs. Przez lata wytykano mu, że jest za mały żeby poprowadzić zespół do mistrzostwa NBA. W 1999 roku poprowadził Spurs do tytułu i udowodnił, że serce jest równie ważne jak warunki fizyczne.

1. Bruce Bowen - pięć razy w pierwszej piątce obrońców ligi. Trzy razy w drugiej. Trzy tytuły mistrza. Co noc branie na siebie ciężaru krycia najlepszego strzelca drużyny przeciwnej. Do tego jeden z najlepiej rzucających za 3 punkty z rogów boiska. Krytycy mówili, że grał nieczysto, że szczypał, gryzł i drapał, ale wszyscy marzyli w głębi duszy żeby mieć takiego zawodnika u siebie. 

Tagi: Spurs
19:23, anfernee , NBA
Link Komentarze (2) »
Subskrybuj RSS