piątek, 31 maja 2013

Natknąłem się na ciekawy artykuł dotyczący marek, które w najbliższym czasie najprawdopodobniej znikną z rynku. 

Eksperci 24/7 Wall Street twierdzą, że obok J.C. Penney, Nook, Martha Stewart Living Magazine, Living Social, Volvo (!), Olympus (!), Leap Wireless, Mitsubishi Motors (!), Road & Track, z rynku w USA zniknie także marka WNBA.

Głównym argumentem, którym posiłkują się znawcy rynku amerykańskiego jest fakt, że David Stern, ojciec WNBA i komisarz NBA przez trzy dekady, odchodzi na zasłużoną emeryturę.

It is hard to imagine how the WNBA could have survived without his support, and that will soon be gone.

W artykule brak głębokich analiz, ale eksperci prezentują liczby, które dają mocno do myślenia. Przede wszystkim w WNBA gra obecnie 12 zespołów, sześć z nich od 1996 roku zniknęło z rynku, a trzy zmieniły miasto rodzinne. 

Największym problemem jest jednak to, że WNBA cieszy się popularnością, którą można porównać do zainteresowania Tauron Basket Ligą. 

Średnia widownia na meczach jest nieco niższa niż 7,5 tysiąca widzów (18 tysięcy w NBA) i w trzech miastach jest niższa niż 6 tysięcy. Ciekawe, że nawet w Nowym Jorku, mieście koszykówki, nie udało się osiągnąć średniej 7 tysięcy, a oglądalność spadła na łeb na szyję pomiędzy 2011, a 2012 rokiem. 

Kluby tracą pieniądze, a niska frekwencja i słabe wyniki oglądalności w telewizji, tylko pogarszają sprawę.

Czy WNBA zniknie z rynku? Niewykluczone, bo koszykówka żeńska zawsze była jakby na uboczu innych, czołowych sportów (w tym na uboczy sportu akademickiego). 

Problemy WNBA nie są jedynymi w żeńskim baskecie, z którymi się ostatnio zetknąłem. Podobna sytuacja ma miejsce w Polsce. Basket Liga Kobiet (BLK) - bo tak brzmi nowa nazwa ligi - przyciąga na mecze po kilkaset osób, mecze są nudniejsze niż te najnudniejsze w TBL, a kłopoty tylko się mnożą.

Przykładowo, powstanie BLK to nie tylko odświeże identyfikacji wizualnej i zmiana nazwy na ładniejszą, bardziej pasującą do obecnych warunków rynkowych, ale także przejęcie praw do organizacji rozgrywek przez Polski Związek Koszykówki. 

Do tej pory było tak, że PZKosz przekazywał/sprzedawał prawa do organizacji rozgrywek zewnętrznej spółce - zarówno w przypadku PLK jak i PLKK. 

Co ciekawe, za dyscypliną nie poszedł podobno dotychczasowy sponsor lub jak kto woli partner PLKK - firma Germaz - a obecnie zarządzający BLK raczej nie przyciągnęli do siebie nowych podmiotów, które wsparłyby koszykówkę kobiecą.

W środowisku słychać szepty, że władze PZKosz próbowały rozmawiać bezpośrednio z Dariuszem Miłkiem, żeby ten wsparł BLK (a także obie reprezentacje narodowe). Ten odmówił, bo interesuje go wspieranie własnych drużyn - koszykarskich czy kolarskich - a nie całej ligi.
Rzekomo rozmawiano też z Can Pakiem. Te rozmowy też raczej nie zakończyły się sukcesem. 

Ah. Byłbym zapomniał. BLK będą podobno zarządzali Olga Kijewska i Adam Romański.



Tagi: blk wnba
09:27, anfernee , Felietonowo
Link Komentarze (5) »
wtorek, 21 maja 2013

Według niepotwierdzonych do tej pory informacji – ćwierkałem o tym kilka dni temu – Wrocław nie da ani złotówki na koszykarski Śląsk Wrocław. Na Śląsk, który kilkanaście dni temu awansował do Tauron Basket Ligi i powrócił w należne sobie miejsce.

Obecnie nie wiadomo czy nieoficjalne przecieki, które twierdzą, że miasto nie da pieniędzy są równoznaczne z tym, że można zapomnieć także o jakiejkolwiek umowie barterowej ze spółką miejską Spartan i ewentualnym udostępnianiu hali Orbita za (teoretyczne) darmo.

Tak na marginesie, zarządzanie samą halą, chce podobno przejąć od Spartana firma Impel.Ciekawe jak zakończy się ta sytuacja.

Śmieszną jest natomiast sytuacja, z którą spotyka się koszykarski Śląsk Wrocław. Czasem mniej czasem bardziej umiejętnie skrywana niechęć miasta do tego podmiotu jest po prostu zabawna. Rozumiem, że magistrat wcale nie musi wspierać prywatnego podmiotu jakim jest WKS Śląsk Wrocław.

Rozumiem też to, że miasto nie musi dawać pieniędzy na sport zawodowy, bo przysłowiowy Kowalski (który w tym danym mieście płaci podatki) może chcieć, aby jego pieniądze zostały przekazane na operę, teatr, place zabaw dla dzieci czy ścieżki rowerowe.

To co dzieje się jednak we Wrocławiu absolutnie nie dotyczy kwestii niechęci do sportu obywateli tego miasta, nie dotyczy też tego, że miasto nie daje środków na sport zawodowy czy w ogóle na sport.

Sprawa dotyczy tylko niechęci do tego jednego podmiotu (miasto wspiera piłkę nożną, ręczną, siatkówkę i koszykówkę w WKK). Przypomnijmy sobie, że przecież Wrocław i Rafał Dutkiewicz, jeszcze dwa lata temu z wielką chęcią dzielili się miejskim budżetem z koszykówką. Tylko, że była to koszykówka, którą swoim nazwiskiem firmował Przemysław Koelner. I absolutnie nie można mieć pretensji do wrocławskiego biznesmena o to, że dofinansowanie przyjął. Można tylko zastanawiać się, dlaczego magistrat dawał pieniądze tamtemu podmiotowi i nie jest chętny na finansowanie Śląska firmowanego oficjalnie nazwiskiem legendy sportowej Wrocławia – Macieja Zielińskiego.

Kilka przedziwnych odpowiedzi usłyszałem. Podobno władze miasta twierdzą, że pieniądze dla WKK były przeznaczone na szkolenie młodzieży, a nie na sport zawodowy, a to jak zostały wydane, to już nie sprawa magistratu.

Piękny bullshit. Po co była więc konferencja – wracamy do ekstraklasy, miasto daje pieniądze.

Poza tym skoro więc miasto nie chce wspierać sportu zawodowego (co wiemy, że jest nieprawdą), rozumiem, że 12 milionów pożyczki na piłkarski Śląsk poszło na młodzież i boiska we Wrocławiu, 7.5 miliona ze Spartana (o czym ostatnio pisał dziennikarz Gazety Wyborczej Wrocław, Jacek Harłukowicz), przeznaczono na trawę na stadionie, a 4 miliony z MPWiK na tej trawy podlewanie.

Kupując jednak to, że miasto chce dać pieniądze na młodzież, zakładam się, że nie będzie żadnego problemu, żeby ekstraklasowy Śląsk przyjął pieniądze, które celowo będą przeznaczone na szkolenie grup młodzieżowych klubu.

Ciekawe jest też to, że miasto bardzo długo kupowało sobie czas, aby ogłosić decyzję o finansowaniu (lub nie) Śląska. Magistrat zwlekał, odpowiadał, że najpierw koszykarze musza wywalczyć awans, a wtedy będzie można rozmawiać.

Stało się więc bubu. Awans został wywalczony, więc ostatni kontrargument – brak ekstraklasy – został z rąk władz miasta wytrącony. Oficjalnej decyzji dalej jednak nie ma, a przecież można by się pochwalić – to nasi chłopcy, to Wrocław, my im pomożemy, bo chcemy być sportową potęgą. Po co jednak, skoro to jest gra ego, a nie dobra czy promocji miasta i sportu.

Z mocno nieoficjalnych informacji wiem, że w niedługim czasie mają być prowadzone jeszcze próby rozmowy z władzami miejskimi czy też członkami komisji sportu.

I wcale nie chodzi o to, że Śląsk żebra o pieniądze, bo bez wsparcia miasta sobie nie poradzi. Pewnie sobie poradzi, ale z przychylnością magistratu na sto procent będzie łatwiej.

Jak ewentualne rozmowy i próby uzyskania dofinansowania się zakończą? Przewiduję ciężką batalię, ale poczekajmy na rozwój wydarzeń. 

niedziela, 19 maja 2013

PSV Eindhoven oraz TZORG (takie holenderskie domy opieki stojące na bardzo wysokim poziomie) wystartowało z rewelacyjną kampanią z obszaru CSR.

Kampania ma budować świadomość społeczeństwa na temat tego, że wśród nas żyją ludzie starsi i często mogą i potrafią więcej niż nam się wydaje.

Popatrzcie zresztą na wideo przygotowane przez PSV.

Fani koszykówki widzieli podobny pomysł w serii reklam Uncle Drew z Kyrie Ervingiem i Kevinem Love. Te filmiki były przygotowywane dla Pepsi, tutaj z pewnością wartość społeczna jest dużo większa.

środa, 15 maja 2013

Wiecie, że są w naszym kraju kluby, które po cichu osiągnęły sportowy i organizacyjny sukces/sukcesik?

W pierwszej wersji tego tekstu, chciałem odważnie powiedzieć, że Turów - dosłownie - zarobił na grze w VTB. Niestety dla zgorzeleckiego klubu jak i dla głównej tezy tego tekstu, tak się nie stało. Ale nie było daleko.

Po zebraniu kilku faktów z pełną odpowiedzialnością stawiam jednak tezę, że gra w lidze VTB najzwyczajniej się opłaca i rozgrywki te powinny w niedługim czasie cieszyć się coraz większym zainteresowaniem.

Uprzedzając pytania i obrzucanie błotem, tak doskonale pamiętam, że VTB zaistniało w świadomości polskich fanów koszykówki w momencie Prokom-Gate i wizerunek tej organizacji jest w naszym kraju nieco spalony.

Pamiętajmy jednak również, że problemem w przypadku Prokomu, nie była sama chęć występów w VTB, ale niechęć do gry w Tauron Basket Lidze.

Dlaczego opłaca się grać w VTB? Bo PGE Turów Zgorzelec nie dość, że wzmocnił się sportowo (o czym później), to dodatkowo jeszcze zagrał więcej spotkań i wydał na grę w VTB mniej niż na grę w Pucharze Europy.

Gdyby VTB w dalszym ciągu płaciło za sam występ w meczu 10 tysięcy Euro, a za zwycięstwo kolejne 20 tysięcy, to Turów z pewnością w tym momencie byłby mocno na plusie w bilansie przychodów i rozchodów. VTB zmieniła nieco system rozgrywek i premiowania i obecnie kluby dostają odpowiednią kwotę za zajęcia miejsca X w swojej grupie i całych rozgrywkach.

Jakie to są kwoty? Tego nie wiem, bo w regulaminach VTB próżno szukać konkretnych cyfr, te zapewne trafiły do aneksów regulaminów lub też umów, które VTB przesłała bezpośrednio do klubów.

Z dobrych źródeł wiem, że Turów dzięki zajęciu ósmego miejsca w swojej grupie ósmego miejsca wyszedł na zero jeśli chodzi o koszty poniesione na podróżach - a to zwykle stanowi największą część organizacji meczów.

Szokujące jest to, że po nagrodzie za ósme miejsce, Turów zapłacił za grę w VTB dużo, dużo mniej niż za organizację meczów w EuroCup. Przede wszystkim dlatego, że zgorzelczanie mogli większość spotkań rozgrywać we własnej hali, a nie tak jak w poprzednich latach we Wrocławiu, Zielonej Górze czy Libercu. Ale, nie można zapomnieć też o tym, że przecież w VTB Turów zagrał aż 18 spotkań, przy zaledwie 6 meczach, które były do rozegrania w EuroCup.

No i co najważniejsze dla fanów, mogli oni już w fazie grupowej oglądać dużo lepsze zespołu niż te w EuroCup. I co najważniejsze, zgorzelczanie w spotkaniach z potentatami koszykarskimi prezentowali się naprawdę nieźle, nie rozkładali rąk, bo po drugiej stronie jeden zawodnik zarabia tyle, ile wynosi cały budżet Turowa. Trener Miodrag Rajković nie raz pokazał, że ma pomysł na to jak prowadzić drużynę, jak zaskoczyć rywala i co najważniejsze udawało mu się to.

Niezaprzeczalnym jest także fakt, że starcia w VTB z takimi drużynami jak Chimki, Uniks, Lietouvos itd, spowodowały, że gracze nabywali ogrania na wysokim poziomie, a mierząc się z dużo lepszymi przeciwnikami niż na co dzień w TBL, nie straszne im obecnie wyjść na parkiet i ogrywać zespoły naszej ligi (powołam się tu na casus Prokomu sprzed roku i przeciętnych, często niechcianych gdzie indziej zawodników, ogrywających resztę ligi).

Opłacało się? Moim zdaniem jak najbardziej. 

poniedziałek, 13 maja 2013

Od piętnastu godzin w Tauron Basket Lidze ponownie świeci słońce. Do koszykarskiej ekstraklasy powrócił Śląsk Wrocław, za którym tęskniło wielu kibiców oraz kilku ligowych prezesów.

Wrocławianie dwa lata temu obrali drogę, którą kroczyli stanowczo i pewnie dominując zarówno w rozgrywkach 2 ligi, jak i zaplecza ekstraklasy. Choć i im na ścieżce prowadzącej do powrotu w należne Śląskowi miejsce, wyrastały czasem przeszkody.

Taką z pewnością był półfinał sprzed roku, kiedy Śląsk przegrał u siebie z Pogonią Prudnik i stał pod ścianą (w 2 lidze półfinały rozgrywane są do 2 zwycięstw). Sporym kamieniem był piąty mecz przeciwko Toruniowi w półfinale pierwszej ligi, a głazem mecze w finale przeciwko zdziesiątkowanemu kontuzjami Mosirowi Krosno. 

Herkules w postaci Śląska wiedział jednak jak ten głaz odsunąć, przeskoczyć, obejść i dzięki temu znalazł się w Tauron Basket Lidze idąc drogą sportowego awansu.

I co ciekawe, ten sportowy awans stał się dla Śląska drogą, a przez ostatnie w sumie może nawet 30 miesięcy, wrocławianie stworzyli długofalową kampanię promocyjną, której hasłami są m.in. Awans to dopiero początek, Bo nie ma drogi na skróty.

Dziś Śląsk jest już pewny gry w ekstraklasie, teraz od władz tego klubu zależy to, w jakim kształcie wrocławianie zagrają w TBL oraz o co będą walczyli. Zadanie do łatwych na pewno nie będzie należało, a przed wrocławskim Herkulesem kolejne przeszkody do pokonania. 

Bo przecież kto we Wrocławiu, stolicy polskiej koszykówki, myśli, że Śląsk będzie grał o awans ... do play-off? Nie musicie odpowiadać. Tymczasem zobaczcie krótki film podsumowujący ostatnie 24 miesiące Śląska - i (jeszcze) mgliście zapowiadający przyszłość.

 

piątek, 03 maja 2013

Play-off to czas który kocham Nie ma lepszego momentu sezonu koszykarskiego niż play-off. Jeśli jest ktoś, kto twierdzi inaczej, bardzo sprawnie i szybko zachęcam do skorzystania z terapii wstrząsowej.

Emocje wywoływane przez play-off są tym, czego potrzebuje każdy człowiek, strach, smutek, radość, szczęście, niepewność ... Po prostu cała gama.

Oczywiście w sezonie zasadniczym przytrafiają się takie spotkania, w których dostajemy podobną dawkę emocji, jest ona jednak tym czynnikiem dodanym do meczu. W play-off ogromny wulkan emocjonalny jest stałą i główną częścią widowiska. To też moment, w którym często bardziej liczą się chęci niż talent, a taki element jak kluczowe atrybuty męskości, czyli ... cechy wolicjonalne, są nie do przecenienia.

Dlaczego?

Bo to moment, w którym rządzi tylko i wyłącznie jedno prawo - win or go home. Nie ważne, czy gramy do 1, 2, 5 czy 12 zwycięstw. Z każdym kolejnym meczem w zawodnikach i kibicach rosną oczekiwania lub pryskają marzenia.

W środę zenit emocjonalny można było obserwować we Wrocławiu, gdzie Śląsk i Siden miały czterdzieści minut, by udowodnić przeciwnikowi, że to właśnie oni, a nie ten drugi zespół zasługują na znalezienie się w finale pierwszej ligi.

To jak przebiegał pojedynek można było przeczytać już w wielu miejscach, między innymi tu. Nie o samym meczu ma być jednak ten wpis, ale o zawodnikach, którzy powodują, że jeszcze bardziej kochamy play-off.

W przypadku Śląska zwykle mówi się o dobrych meczach Pawła Kikowskiego (i słusznie), często pojawia się nazwisko lidera zespołu Radosława Hyżego, solidnego pod koszem Michała Gabińskiego, czy generała tej armii Marcina Fligera. Rzadziej, ale jednak pojawia się, nazwisko starszego z braci Diduszko - Łukasza.

Często jednak zapominane jest to, które w ostatnim czasie dla Śląska znaczy tak dużo i w którym (może to lekkie nadużycie), ale można szukać podobieństw do zachowań, które cechowały samego Macieja Zielińskiego.

Norbert Kulon, bo o nim mowa, to facet, który nie wiadomo, czy nie daje Śląskowi tak dużo dobrego jak każdy z wymienionych wyżej graczy.

W jednym z tekstów na zaprzyjaźnionym blogu 3Sekundy pojawił się kiedyś fragment, w którym ze zdziwieniem opisywana była sytuacja wystwienia mierzącego niespełna 190 cm Kulona, przeciwko znacznie wyższemu Tomaszowi Celejowi. Wielu kibiców pewnie zadawało sobie pytanie, dlaczego trener Jankowski zdecydował się na tak karkołomny i zarazem spektakularny ruch.

Otóż, bo Norbert Kulon to prawdziwy terminator, fizyczna bestia, która przy swoim wzroście i warunkach fizycznych potrafi wycisnąć ciężar 110 kilogramów, ma bardzo silne i sprawne nogi, a starający się grać tyłem do kosza Celej chciał przepchnąć tylko teoretycznie słabszego fizycznie przeciwnika i zapewne czuł się jakby przepychał ścianę.

Specjalizacją Kulona nie jest oczywiście krycie 20 centymetrów wyższych, byłych topowych strzelców ekstraklasy, ale uprzykrzanie życia rozgrywającym drużyn przeciwnych.

O tym jak irytujący jest Kulon wybitnie przekonali się praktycznie wszyscy rozgrywający ligi, a ostatnią ofiarą terminatora był Łukasz Żytko. Doświadczony gracz wybitnie męczył się z zawodnikiem, który w barwach Śląska spędził całą karierę. Kulon poniewierał przeciwnika, wywierał presing na całym parkiecie i popisywał się swoim firmowym zagraniem. Podczas presingu Kulon bardzo dobrze pracuje na nogach, a gdy tylko wyczuje, że zawodnik z piłką stara się na nim podeprzeć, szybko odskakuje o pół kroku powodując wywrotkę przeciwnika i przeważnie przechwytuje piłkę.

Kibice Śląska to zagranie, stosowane przede wszystkim wśród zawodników podkoszowych, widzieli przez ostatnie lata wielokrotnie.

Oprócz tej było nie było, spektakularnej i cieszącej publiczność akcji defensywnej, Kulon pracuje też w obronie w sposób prawie wzorowy przy presingu. Aktywnie odcina linie podania, nie pozwala dojść do rzutu, nie daje się minąć, a jak już do tego dochodzi, zawodnik ataku musi wykonać katorżniczą pracę, by minąć tego małego rzepa.

Ponadto gracz Śląska, jak już zresztą wspomniałem, ma charakter, który jest idealny do walki w play-off. Nie boi się, wychodzi, robi swoją robotę, a jak trzeba, to wznosi się na wyżyny swoich umiejętności, by tylko pomóc zespołowi.

Może to nie ta skala, ale z pewnością facet, który w ten sposób reprezentował barwy Śląska gdzieś na tej hali jest, a gdyby ktoś nie wiedział gdzie, to polecam czasem rzucić okiem na trybunę honorową i wypatrzyć mężczyznę z tatuażem Śląsk na przedramieniu. 

Subskrybuj RSS