wtorek, 29 maja 2012

Kolejna genialna seria w wykonaniu NBA. Tym razem promujemy finały.

Po prostu pooglądajcie. Nie wiem jak Wam, ale u mnie ciarki wszechobecne, a momentami i łzy.

Barney Stinson powiedziałby LEGEN - WAIT FOR IT - DARY

20:16, anfernee , NBA
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 maja 2012

Przeglądając gazety, internet, słuchając radia i telewizji, napotykam czasem na stwierdzenia, przy których tylko delikatnie wzdycham

Tymi stwierdzeniami są - X i Y nie powinno być w finale, ktoś wygrał nie zasłużenie, kto inny na wygraną zasłużył. Po westchnieniu mówię - kolejny stek bzdur. Tym razem materiał o zasługiwaniu i nie, popełnił redaktor, celebryta i doskonały dziennikarz/publicysta, znany wszystkim Tomasz Lis.

W pierwszym akapicie tekstu Pana Tomasza czytamy.

Chcieliście dowód, to go macie, drodzy Państwo. Nie, życie nie jest sprawiedliwe, piłka też nie. Zacznijmy od tego, że ani Bayernu, ani Chelsea nie powinno być w finale.

Zgadzam się z jednym, życie, jak i piłka, czy ogólnie sport, nie są sprawiedliwe. Ale stwierdzenie, że Bayernu i Chelsea nie powinno być w finale, uznaję za nadużycie. Lub stwierdzenie nieco rozgoryczonego fana Realu, któremu kibicuje Pan Tomasz.

Pytam, dlaczego? Bo Real i Barcelona są lepsze, bo grały przed półfinałami Ligi Mistrzów, niezwykle trudne i wymagające spotkanie pomiędzy sobą? A kogo to interesuje? Tylko tych, którzy szukają wymówek.

Fakty są takie, że Chelsea i Bayern znalazly się w finale Champions League, bo po pierwsze primo były lepsze w półfinałach, po drugie primo (tu dla tych, którzy potrzebują dogłębniejszej argumentacji związanej z półfinałami) miały więcej szczęścia, które jak kiedyś już wspominałem, jest składową sportu (tak jak życia) i nie jest to żadną wielką tajemnicą, którą ktokolwiek przez lata trzymał pod kluczem.

Pan Tomasz pisze też, że Chelsea triumfowała niezasłużenie, całe szczęście równie szybko podkreśla, że zespołowi należało się zwycięstwo. Do tego akapitu nie miałbym żadnych zastrzeżeń, gdyby nie rzesza innych wpisów podobnego rodzaju.

I pisze tak nie tylko Pan Tomasz, bo wiele osób w internecie rozpisuje się, że to Bayern powinien wygrać, bo grał ładniej, atakował, utrzymywał się przy piłce, był drużyną dominującą w każdym elemencie. Przez większość meczu. Ale nie był w tych momentach, które odgrywały najważniejszą rolę. Nie pokazał charakteru, kiedy trzeba bylo go pokazać, nie zrobił tego, co trzeba było zrobić, kiedy należało wyciągnąć z kieszeni resztki sił i dobić londyńczyków.

Zrobiła to Chelsea i ZASŁUŻENIE wygrała, bo okazała się zespołem lepszym. Przetrwała napór Bayernu, przetrwała trudne chwile, a w tych ułamkach sekund, które decydowały o wyniku (obroniony karny Cecha, pewna głowa i noga Drogby) wybitnie pokazała, że teza stawiana przez wielu internautów, ma się nijak do rzeczywistości. Bo to Chelsea miała tak zwane jaja i wiedziała, że dopóki mecz się nie skończy, wszystko jest możliwe.

Nie czepiam się tekstu Pana Tomasza, raczej był on inspiracją do napisania tych kilku słów. Ale mam jeszcze jeden przykład zasłużonego zwycięstwa. I to z tej samej nocy.

Podobna sytuacja miała miejsce w kilkanaście godzin temu, kiedy San Antonio Spurs wysoko przegrywali już po pierwszej kwarcie meczu z Los Angeles Clippers. Spokojni, doświadczeni gracze Spurs, wiedzieli, że mecz jest długi. W drugiej połowie rzucili więc 24 punkty z rzędu, wyszli na prowadzenie, wygrali trzecie spotkanie półfinału konferencji zachodniej i są o krok od awansu do finału zachodu. A przecież ładniej grają właśnie Clippers, wsadzają piłkę do kosza, latają nad obręczą. I co z tego? Nic, wygrywa lepszy.

To jak więc było w przypadku Chelsea i Bayernu? Zasłużenie, czy nie? Piłka nożna, jak siatkówka, koszykówka i wiele innych sportów, ocenia się po wynikach, strzałach do bramki, ilości punktów, a nie po tym czy ktoś grał ładniej czy brzydziej. Win or go home, nie ważne jak. I choć sam często szukam bohaterów, których zapamiętamy na lata, to i tak uważam i zawsze będę uważał, że lepiej jest brzydko wygrać, niż pięknie przegrać.

P.S. W finale kibicowałem Bayernowi, a Didier Drogba to piłkarz wybitny. Na boisku pokazał jak bardzo chce tytułu. 

sobota, 19 maja 2012

Stu na stu, albo trzystu na trzystu - nie wiem ilu dokładnie, nie policzyłem - piłkarzy biega po murawie stadionu Nike.

My Time is Now, to nowa kampania promocyjna giganta odzieżowego z Oregonu. I jest N-I-E-S-A-M-O-W-I-T-A.

Przynajmniej moim zdaniem. Dlaczego? Wyjaśniam poniżej.

Po pierwsze. Ten trzyminutowy filmik obszedł internet niczym wściekły byk, gdy widzi czerwoną płachtę. Zaatakował z ogromną siłą, dynamiką. Prawdę mówiąc dawno nie widziałem tak skutecznej i szybkiej kampanii reklamowej. Wideo jest wszędzie, na Facebooku linkuje je ogromna liczba profili prywatnych, branżowych, klubowych etc. Powód? Zasięg i energia, z którą Nike rozesłało materiał. Siła giganta była ogromna, kampania zadebiutowała na Twitterze, Facebooku, Youtube i nikefootball.com. Od 19 maja - czyli od dzisiaj - pojawia się też w telewizji. Przypadek? W życiu, przecież to właśnie dzisiaj rozegrany zostanie finał Ligi Mistrzów.

Po drugie. Kiedy ostatnio widzieliśmy takie nagromadzenie największych gwiazd w jednym spocie? W tym można zobaczyć ogrom piłkarzy, którzy zagrają podczas Euro 2012, a następnie wystąpią w Londynie. Cristiano Ronaldo, Neymar, Andres Iniesta, Wesley Sneijder, Franck Ribery, Mario Gotze, Mesut Ozil, Yann M'Villa, Javer Hernandez, Danny Welbeck, Pep Guardiola, Laurent Blanc i żeby było chociaż trochę koszykarsko - LeBron James.

Po trzecie. Ten trzyminutowy filmik to nie cała kampania, bo Nike przygotowało kilkanaście, albo kilkadziesiąt tak zwanych tuneli. Interaktywność ponad wszystko. A cel? Prosty - pokazać głód sukcesu, inspirację młodych atletów do tego by stać się lepszymi. I tu pojawia się malutki problem - przynajmniej dla mnie - osobiście nie odkryłem jeszcze ani jednego z tuneli i strasznie mnie to frustruje. Aczkolwiek nie przestaję oglądać i szukać.

Po czwarte. Czy w obliczu problemów, z którymi spotykamy się w polskim sporcie, ta reklama nie daje do myślenia? Narzekamy na brak uzdolnionej młodzieży, która mogłaby zasilać kadry piłkarskie, koszykarskie, siatkarskie, ale przez długi czas robilismy w tym elemencie bardzo mało. Ostatnio zaczęło się ruszać, ściągamy do Polski know-how i szyldy, Barcelony, Realu, otwierają się szkółki byłych koszykarzy (Andrzej Pluta, Adam Wójcik). Dla mnie ten klip pokazuje cel, do którego wszyscy zaangażowani w polski sport muszą podążać - niech za kilka lat na boisko wybiegnie setka spragnionych, głodnych gry i wspaniałych atletów, prezentujących poziom międzynarodowy. I to w każdym z naszych sportów.

A na koniec załączam dwa filmiki. Pierwsze wideo już zapewne widzieliście. 

Drugie - behind the scenes.

 

P.S. Cristiano Ronaldo powinien dostać za minirolę w reklamie, ogromne, ogromne brawa. Niewiarygodny dystans do samego siebie :)

11:19, anfernee , Inne
Link Komentarze (1) »
niedziela, 06 maja 2012

Igor Vovkovinskiy to obecnie najwyższy człowiek w USA. Jakiś czas temu obecny był na meczu Timbervolwes. I wiecie co? Mierzący 211 centymetrów wzrostu Nikola Pekovic wyglądał przy Vovkovinskiym jak ja przy Mirosławie Łopatce. Komicznie.

Jako, że człowiek mierzacy 237 centymetrów wzrostu może mieć spore problemy z kupieniem obuwia, Reebok postanowił pomóc Igorowi i robi dla niego buty na zamówienie. 

Koszt? Bagatela 25 tysięcy dolarów. Oczywiście nie z kieszeni urodzonego w Kijowie olbrzyma, a z kont firmowych Reeboka. 

W sumie Vovkovinskiy trafił bardzo dobrze, bo innym znanym gigantem, któremu buty robił Reebok jest ... Shaq.

Ten model pamiętacie pewnie znakomicie. 

A poniżej krótki filmik prezentujący Igora i specjalistów z Reeboka.

11:13, anfernee , Inne
Link Komentarze (2) »
Subskrybuj RSS