wtorek, 31 maja 2011

Po wyborze trenera kadry niezwykle mocno skoncentrowaliśmy się na działaniach chwalących lub negujących umiejętności, talent, podejście do pracy, brak sukcesów, ich nadmiar - czy cokolwiek innego, związanego z Alesem Pipanem. Stawiam śmiałą tezę i będę jej bronił niczym lew, że Pipan nie jest największym problemem będącej w czarnej ... w głębokiej zapaści koszykówki. Wybór selekcjonera był kontrowersyjny. Fani, dziennikarze, trenerzy, gracze, wszyscy, spodziewali się trenera z wysokiej półki, albo bali kolejnego potworka, który jedyne co, to wyglądałby przy ławce rezerwowych na nieco groźniejszą wersję (bez skojarzeń proszę) Gargamela.

Koncentracja na tym, czy Słoweniec to dobry czy zły wybór prowadzi zupełnie donikąd. Oczywiście posada trenera reprezentacji, jego filozofia, umiejętność współpracy z zawodnikami, wyszukanie talentów, organizacja pracy nie tylko w kadrze seniorskiej, ale i doprowadzenie do tego, by koncepcję tego najważniejszego, w młodszych rocznikach wprowadzali tamtejsi trenerzy, jest niezwykle ważna.

Co z tego jednak, że w Polsce zatrudniono by np. Phila Jacksona, który przecież nie ma kontraktu, doświadczenie ma ogromne, na palcach biżuterię, której zazdroszczą nie tyle kobiety, co wielu rosłych, potężnie zbudowanych mężczyzn. Ale Phil Jackson, Pat Riley, Ettore Messina, czy jakikolwiek inny trener z wysokiej, ba z najwyższej półki nie zmieni nic, jeśli nie będzie miał dostępu do tak zwanych i podobno potrzebnych w koszykówce zawodników. Zawodników, którzy będą mogli realnie rywalizować z zespołami z topu europejskiego. A tych niestety mamy w Polsce (i poza nią) garstkę.

Nie będę rzucał nazwiskami, ale my naprawdę mamy zaledwie kilku graczy występujących w europejskich klubach, kilku młodych perspektywicznych, z których tak naprawdę nie wiadomo co wyrośnie i kilku, którzy o kadrę ocierali się zawsze. Problemy finansowe i brak wyników sportowych w ostatnich latach. To wszystko co mieliśmy do zaproponowania trenerowi reprezentacji.

Popatrzmy zatem na to, gdzie jesteśmy i dlaczego - mimo tego, że możemy - to nie jesteśmy w stanie zatrudnić trenera z naprawdę wysokiej półki. Mamy teoretycznie najlepszą kadrę od lat, ale i tak jest to zespół, który potrafił w cudownym stylu przegrać z Portugalią i nie był w stanie w normalnych okolicznościach wywalczyć sobie awansu na EuroBasket 2011. I możemy zrzucać winę na Igora Griszczuka, bo wiemy, że popełnił on sporo błędów, ale nie zmieni to faktu, że byliśmy najpewniej najbardziej utalentowanym zespołem w naszej grupie, a nie daliśmy rady ograć przysłowiowych kelnerów.

I nie jest to przytyk w stronę graczy, bo problem jest głębszy. Leży oczywiście w miejscu, o którym mówimy od lat, które pokazujemy palcami, rzucamy w nie kamieniami i pomimo poprawy szkolenia młodzieży w ostatnich latach, to i tak ciągle brakuje nam narybku koszykarskiego.

Wszystko jednak w swoim czasie.

Ales Pipan nie jest trenerem z wysokiej półki, nie jest też szkoleniowcem niskiej klasy. Ales Pipan, albo ktokolwiek nie objąłby kadry Polski, nie ma tak naprawdę wyboru, bo pomimo wielu zapowiedzi, że w reprezentacji będą grali tylko ci, którzy naprawdę tego chcą, to tych którzy mogą w niej zagrać jest niestety niewielu.

Problemem nie jest sam szkoleniowiec, bo nie jest jedyną osobą odpowiedzialną za sukces kadry. Problemem jest swego rodzaju błędne koło. Koszykówka jest niemodna, gra w nią bardzo mało ludzi i między innymi dlatego nie ma w kim wybierać. W czystej teorii popularyzacja i moda musi zostać wytworzona na poziomie szkół podstawowych, zajęć wychowania fizycznego, w koszykówkę musi grać coraz więcej dzieci, które następnie przejdą do klubów juniorskich Turowa, Anwilu, Prokomu, Trefla, etc. Aby jednak zainteresować małe pociechy pięknym sportem, w którym pomarańczową piłkę, trzeba przerzucić przez obręcz, potrzebujemy herosów w reprezentacji i jej sukcesu. Ales Pipan jest więc tylko jednym z elementów całego ekosystemu koszykarskiego.

Dochodzimy do punktu wyjścia, ale wiemy doskonale, że koszykówkę w Polsce czeka jeszcze dużo pracy, aby osiąść w miejscu, które zwie się średnią półką europejską. 

P.S. W sprawie finału NBA, moja wypowiedź w pięciu punktach i tego dlaczego wygrają Mavs, znajduje się na Sport.pl

piątek, 27 maja 2011

Już niedługo, już za chwileczkę, już za momencik finał Ligi Mistrzów. Tymczasem na koszykarskim blogu, odkopuję tekst, który powstał całkiem niedawno, ale czekał na odpowiednią okazję do publikacji. I może być lepsza niż finał LM z udziałem jednego z bohaterów materiału?

Jakiś czas temu, może miesiąc, może sześć tygodni, trafiłem w Empiku na biografię Andreasa Iniesty. Tytuł - Rok o czymś tam. W zasadzie rok, a raczej książka o niczym.

I to właśnie Iniesta, świetny piłkarz i jego książka dla nastolatków, którzy dalej kupują Bravo, skłoniła mnie do napisania tego, co od dawna leży na moim twardym jak skała sercu. Tego co od dawna nie daje mojej naturze łobuza i awanturnika spać, a do tej pory nie mogło przebić się przez śmierdzący gnój, z którym spotykam się na co dzień.

Fani Barcelony - nie czytajcie dalej. To nie będzie miłe. Jak jednak skusicie się na lekturę, sytuacja nie będzie miła dla mnie, nie pozostawicie bowiem na mnie suchej nitki, będę Waszym znienawidzonym blogerem. Niech ten gar pomyj czytają więc najwięksi antyfani katalończyków. Może wtedy skupi się na mnie nieco mniej złości.

Po części rozumiem podniecenie, wielką euforię i wybuchy fajerwerków, wzwody mężczyzn i jęki kobiet kiedy tylko w mediach, wśród znajomych, czy przypadkowo usłyszy się słowo Barcelona. Ba, erekcje można zauważyć już kiedy padnie skrót - Barca. Nie wyobrażam sobie jednak zachowań, kiedy do uszu dotrze cała nazwa - FC Barcelona. Wybuch Wezuwiusza może być tylko namiastką radości.

Na pewno nie powiem i nie pomyślę, że Barcelona to słaby klub. Musiałbym być szaleńcem, ignorantem i niespełna rozumu kretynem, który mimo bardzo małego zainteresowania piłką nożną, nie umie zauważyć na jak wysokim poziomie profesjonalizmu w (UWAGA) FC Barcelonie stoi praktycznie każdy aspekt - czy to szkoleniowy, marketingowy czy kibicowski. To wszystko to top topów.

Jednakże pomimo genialnego poziomu sportowo-organizacyjnego, Barcelona to także od pewnego czasu najgorszego rodzaju bajoro medialne i promocyjne, które doprowadza mnie nie do sportowego podniecenia, tylko do przewlekłego bólu głowy, odruchu wymiotnego i biegunki.

Paradoksalnie ze względu na swoją ogromną popularność, podyktowaną przede wszystkim sukcesami sportowymi, Barcelona stała się niezwykle interesującym zjawiskiem dla wszelkiej maści nastolatków gustujących w najgorszym chłamie tego świata.

Co więcej coraz bardziej mdli mnie też jak słyszę rozmowy moich znajomych, którzy jak jeden mąż zarzekają się, że każdy z nich jest wielkim fanem od lat, że ma w domu repliki medali, sznurówki z butów Iniesty i co miesiąc organizuje pidżama party w czerwono-niebieskich pasiakach.

Z wielu ust słyszę też, że nieprawdą jest, że Barcelona ma najwięcej fanów. Nie będę tego sprawdzał, bo szybko skontruję - może jest ich mniej niż kibiców MU, Realu Madryt czy innego Stylowa Ciechocinek, ale na pewno są najgłośniejsi i najbardziej widoczni w moim towarzystwie. Ile to razy byłem w sytuacji, kiedy wszyscy znajomi kibicowali Barcelonie, albo Hiszpanii, w której gra przecież wielu zawodników Barcy. Nie będąc fanem żadnego klubu piłkarskiego, specjalnie, na przekór zawsze kibicowałem przeciwnikom. Zabawy co nie miara, ale za każdym razem po meczu musiałem tłumaczyć, że końcowy wynik jest mi generalnie obojętny.

Zjawisko społeczne, bo tak trzeba nazwać ruch kibicowski, który wytworzył się wokół klubu piłkarskiego, nie jest niczym szczególnym. Gdyby wspomniane wcześniej Stylowo Ciechocinek miało kilka tytułów najlepszej ligi piłkarskiej na świecie z rzędu, kilka zwycięstw w Lidze Mistrzów czy niezwykłą szkołę dla młodych talentów, pewnie moi koledzy nie wkładaliby na siebie pasiaka, ale stylowe ponczo. Tak było przecież z Realem Madryt, tak było z Manchesterem United, Interem Mediolan, etc.

Nie dziwi mnie to, że ludzie idą za sukcesem, bo to przecież największy magnes dla przypadkowego kibica i tych, którzy chcąc nie chcąc, często nie zdając sobie sprawy, podążają za modą. Tak, FC Barcelona to zjawisko społeczne, które orbituje nie tylko wokół sportu, ale bardzo blisko jądra mody i lansu. Gdyby Marek Krajewski miał wydać nową edycję książki POPamiętanie, w której bardzo ciekawie opisuje zjawiska popkultury, jednym z najlepszych momentów i idealnie pasujących do kultury POP, byłby właśnie fragment o katalońskim klubie. Fajnie jest być kibicem zespołu z pięknego miasta, które nigdy nie śpi i zawsze się bawi.

Mam jednak wrażenie, że ta fajność i lans zaczynają przybierać charakter kompletnego chłamu. Mam wrażenie, że sport schodzi tu na drugi plan, a fani klubu ze stolicy Katalonii mienią się cekinami i momentami wyglądają niczym nastolatki wzdychające do plakatu Justina Biebera. Barcelona momentami nie jest najpopularniejszym, najlepszym klubem piłkarskim na kuli ziemskiej, czasem, jak powiedział Jakub Wojewódzki do jednej z uczestniczek programu Idol, jest ona kwintesencją kiczu i tandety.

A tymczasem - bawmy się, sobotni wieczór to będzie niezapomniane święto piłkarskie, nawet dla takiego laika kopanej, jakim jestem ja.

P.S. Nie jestem fanem Realu, MU i innych, nie jestem też fanem Barcelony i nie zazdroszczę jej sukcesów, a wręcz podziwiam. Co więcej ostatnio chciałem nawet, aby z Katalonii przywieziono mi pasiaka. Po ulicach jednak na pewno bym w tym nie chodził, zakup byłby raczej kolekcjonerski. 

środa, 25 maja 2011

Fani koszykówki i nieco starsi czytelnicy na pewno pamiętają świetną przemowę motywacyjną Michaela Jordana w Space Jam. Jego Looney Tunes przegrywali z faworyzowanymi, większymi, silniejszymi Monstars. 

Jordan pogadał, dodał otuchy, dolał do gardeł specjalnego specyfiku i jego narysowani przyjaciele byli niczym nasterydowani gladiatorzy, którzy mogli wszystko i z każdym. Jak wygląda wersja, w której zamiast Michaela występuje LeBron James?

Nie widziałem tego wcześniej i w świetle wydarzeń poprzedniego offseason, filmik jest przezabawny... 

 

Mojego zdania o LeBronie nie zmieniły jego znakomita obrona na MVP tego sezonu w meczu czwartym meczu finałów konferencji, instynkt zabójcy w poprzednich spotkaniach czy w serii z Bostonem. Wszyscy wiedzieli przecież, że to znakomity zawodnik, z niewiarygodnymi możliwościami. Brakowało mu bycia TYM kimś, w kluczowych momentach, w tegorocznych play-off udowadnia, że jest troszkę innym graczem.

Nieco mniej antypatii do Jamesa czuję jednak nie ze względu na klasę sportową, ale przez fakt, przeprosin i skruchy, którą okazał na przełomie końca sezonu i początku play-off, wspominając o błędzie, którym było wielkie show i popisówka związana z The Decision.

15:05, anfernee , NBA
Link Komentarze (3) »
wtorek, 24 maja 2011

Znacie Hydro74.com? Nie znacie? No to zaraz poznacie. Wpis nie będzie typowo sportowy, ale ciągle kręcący się w tym obszarze.

Hydro to designer, który naprawdę nazywa się Joshua M. Smith. Robi projekty graficzne całej gamy. Dd logo, przez różnego rodzaju ilustracje, aż po typografię.

The soul purpose of my career is to push the boundries in doing what I feel is relevant to the market as well as extract various elements and trends to be able to offer them up in my own personal work. But let's be honest. I do what I love because I love it. Not because I have to do it, nor am forced to do it, but rather passionate about doing what I do. I firmly believe in having set style tones, yet a sense of diversity to make any various project unique to the demands that are set forth. 

Hydro74 pracował między innymi dla Adidasa, Reeboka, DC, MTV, State Farm, Nike i wielu innych. Z tego co się orientuję to czcionka na butach Kobe Bryanta, to jego dzieło.

Na mnie spore wrażenie zrobiła kolekcja hokejowa, dla kadr narodowych. Pooglądajcie.

 

I kto by nie chciał, aby w Polsce pojawiły się podobnego rodzaju projekty klubów nie tylko koszykarskich, ale i siatkarskich, piłkarskich, etc?

Czekam z niecierpliwością na kogoś, kto podejmie się zadania, bo mi osobiście brakuje porządnych produktów, związanych z krajowymi zespołami sportowymi oraz zawodnikami.

Jeśli ktoś chce zobaczyć resztę projektów Hydro, odsyłam do jego portfolio. Poklikajcie, naprawdę warto.

P.S. W temacie siódmego meczu finału Tauron Basket Ligi jak i całej rundy, praktycznie wszystko co powiedzieć chciałem ja, zawarł w tekście na Sport.pl Łukasz Cegliński. Polecam i podpisuję się bez zastanowienia.

16:02, anfernee , Inne
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 23 maja 2011

Ilu z Was kibice koszykówki czeka na ten ostatni mecz sezonu w Tauron Basket Lidze?

Ja czekam. I to z ogromną niecierpliwością, bo jakkolwiek by nie było, w tym finale napisana zostanie historia, o których tak często mówię i wręcz się ich domagam. Tu, by nie pisać tekstu od nowa, posłużę się cytatem z artykułu mojego redakcyjnego kolegi, Łukasza Ceglińskiego.

[...] Będzie jednak bitwą, której wynik przejdzie do historii - Prokom, w razie zwycięstwa, jako pierwszy zespół wygra serię play-off, w której przegrywał 2-3. PGE Turów ma szansę przerwać serię Prokomu, który w lidze dominuje od 2004 roku. [...]

W pełnym napięciu, emocjonującym wyczekiwaniu godziny 18:00, nie wiedząc co ze sobą zrobić wyklinam Miami Heat, grzebię po internecie, wyszukuję czegoś co zajmie mnie choć na chwilę, albo znudzi na tyle skutecznie, by bezproblemowo zabrać się za pracę.

Z pomocą przyszło mi narzędzie czasów nowoczesnych. Jedno kliknięcie w zakładkę Facebook i dziękuję Robertowi Skibniewskiemu, za to że udostępnił poniższy film na swojej tablicy.

Jednocześnie gratuluję podpisu pod postem - Młodzi Wilcy. Pasuje jak ulał.

Bardzo dobrze zmontowane wideo, z idealnie dobraną muzyką przypomina mi dzień sprzed kilku miesięcy, kiedy to rozegrane zostały derby Wrocławia w koszykówce. Śląsk zmierzył się z WKK.

Słynna Kosynierka pękała w szwach, ludzie stali na dworze oglądając mecz przez wielkie okna, bo brakło dla nich miejsca w obiekcie, inni siedzieli na schodach. Każdy mieszkaniec stolicy Dolnego Śląska chciał być na tym meczu, bo wiedział, że czeka go przeżycie i emocje z wysokiej półki. Ok, mówimy o drugiej lidze, więc poziom sportowy nie był najwyższych lotów, ale dostarczone przez oba zespoły wrażenia były i są nie do przecenienia. 

Na parkiecie działo się bowiem bardzo dużo, złamana obręcz już na rozgrzewce, przepychanki, kuksańce, silny Śląsk przez trzy kwarty, starcia Norberta Kulona z Jakubem Koelnerem. A na trybunach Maciek Zieliński, Jarosław Zyskowski Senior, Dominik Tomczyk, Jerzy Binkowski, Adam Wójcik i wielu, wielu innych.

Sportowe emocje pokazuje poniższy film. Ah, co to były za derby! 

I powiedzcie, kto by nie chciał, żeby obie te drużyny grały w ekstraklasie? Animozji, podtekstów jest tak dużo, że w przypadku występów w najwyższej klasie rozgrywkowej, hala wybuchnie od nadmiaru emocji.

11:36, anfernee , Inne
Link Komentarze (3) »
sobota, 21 maja 2011

Tytuł notki jest nieco prowokujący. Mam pewną teorię dotyczącą rotacji w zgorzeleckiej drużynie. Na początku (jak i na końcu) tekstu zaznaczam jednak, że nie wiem czy gdyby było inaczej, Turów odniósłby zwycięstwo w szóstym spotkaniu.

Występ Marko Brkića i co za tym idzie ograniczenie rotacji innych zawodników mógł być jedną z głównych przyczyn porażki w szóstym meczu finałów Tauron Basket Ligi. Podobna sytuacja miała miejsce w Bostonie, gdzie na wpół zdrowy Shaq miał być ważnym punktem Celtics, a okazał się tylko balastem, który nie był wstanie zagrozić rywalom po ani jednej stronie parkietu.

Brkić w tym sezonie był jednym z filarów Turowa. Piotr Stelmach mówił mi, że wszyscy mówią o Wysockim, Thomasie, ale to Brkić wykonuje na parkiecie robotę, której nie da się przecenić. Jest podporą w ataku, kiedy potrzebuje tego zespół, zdobywa ważne punkty i jest niezwykle cwanym i doświadczonym koszykarzem.

Takim koszykarzem Serb nie był w szóstym meczu finałowym. Nie był, bo poprzednie pięć spotkań pauzował z powodu kontuzji nogi. Grę swoich kolegów oglądał z ławki rezerwowych. Jacek Winnicki w szóstym spotkaniu, nie miał jednak wyjścia i musiał wpisać Brkića w protokół. Już po inauguracji finału mówiło się, że Brkić może wrócić na szósty pojedynek, ale głównym powodem powrotu do składu, była poważna kontuzja Ivana Zigeranovića.

Pojawienie się Serba na parkiecie miało dać zgorzelczanom oddech, potrzebną opcję w ataku, gracza doświadczonego i zdolnego do poświęceń, który wie jak wygrywać mecze. Nic z tego się nie sprawdziło. Paradoksalnie występ Brkića zawęził rotację Turowa, bo przyspawani do ławki zostali Michał Gabiński i Michael Kuebler. Dwaj gracze, którzy w tych finałach spisywali się bardzo dobrze. Dwaj gracze, którzy nie dość, że bardzo dobrze rozumieli się z partnerami z zespołu, to jeszcze odmieniali losy spotkań czwartego i piątego. Kuebler w czwartym zdobył ważnych 6 punktów na przełomie trzeciej i czwartej kwarty. Gabiński znakomicie grał w obronie, choć miał problemy z trafieniem do kosza. Nadrabiał jednak defensywą, powstrzymywał to Qyntela Woodsa, to pomagał przy wejściach niskich, nie dawał dojść do głosu skrzydłowym Prokomu i w sumie zaliczył 4 bloki, 2 przechwyty i 5 zbiórek.

W kolejnym meczu Kuebler spisywał się słabiej, ale jego dobre wcześniejsze mecze spowodowały, że obrońcy Asseco nie mogli po prostu za nim biegać, ale musieli koncentrować się na tym, żeby rzucający obrońca nie znalazł choćby metra luzu. W tym samym meczu wychowanek Stali Stalowa Wola, poprawił grę w ofensywie, dał od siebie 11 bardzo ważnych punktów i w dalszym ciągu świetnie bronił. Nie zaliczył już tylu bloków i przechwytów, ale był wyraźnym problemem dla każdego zawodnika Prokomu.

Brkić w szóstym meczu grał 15,5 minuty, rzucił 5 punktów i miał 2 zbiórki, miał 2 faule i stratę. Sumując dokonania statystyczne i widząc Serba na parkiecie jedynym wnioskiem, który mi się nasuwa jest określenie występu skrzydłowego Turowa jako kompletnie bezbarwnego.

Rozumiem Jacka Winnickiego, który szukał rozwiązań, rozumiem, że miał problem z Zigeranovićem, rozumiem też, że ciężko było rezygnować z gry Tomaszka, który w szóstym spotkaniu spisywał się bardzo dobrze, bronił, rzucał i wymuszał faule. Rozumiem też doskonale to, że Kickert był potrzebny ofensywie i z niego też ciężko było rezygnować. Nie obwiniam Winnickiego za żadną decyzję, bo łatwo mówić mi po fakcie i meczach analizując trzy-cztery spotkania jednocześnie. Pamiętam jednak słowa szkoleniowca Turowa, które padły podczas konferencji prasowej w Sopocie, kiedy Turów przegrał trzecie spotkanie, a pierwsze z trójmiejskiego dwumeczu. Winnicki spytany o to, dlaczego nie grał Zigeranovićem, który jako jedyny realnie przeciwstawiał się Ceranićowi, odpowiedział, że rotacja wysokich którą stosuje sprawdzała się w poprzednich meczach, poza tym musi mieć na parkiecie Polaka.

Nie każdy mecz jest jednak taki sam, nie każda seria wygląda identycznie, ale patrząc na grę Turowa, na statystyki zawodników, nie mając wiedzy, którą posiada Jacek Winnicki i jego koledzy ze sztabu trenerskiego, uważam że rotacja z Gabińskim i Kueblerem była bardzo dobrym pomysłem. Nie wiem czy granie dalej w ten sposób dałoby zwycięstwo w szóstym meczu, ale nieco nie rozumiem dlaczego zrezygnowano z tego rozwiązania.

P.S. Wszystkich, którzy snują kretyńskie i debilne teorie na temat Toreya Thomasa i jego rzekomo dziwnej, obfitującej w nieudane zagrania gry, oraz sugerowania, że Thomas sprzedał/oddał/odpuścił mecz, serdecznie pozdrawiam. Większej bzdury nie słyszałem od lat. 

15:10, anfernee , PLK
Link Komentarze (2) »
piątek, 20 maja 2011

Tytuł tej notki mógłby też brzmieć (i początkowo miał taki właśnie być): plakat kończący serię.

Nie wiem czy widzieliście co zrobił król strzelców NBA, ale jak nie widzieliście, to mocno, bardzo mocno trzymajcie się fotela.

Patrzę już któryś raz na to co zrobił Durant i przyszła mi do głowy głupia myśl.

Co powiecie na wprowadzenie w seriach play-off reguły Kevina Duranta? Polegała ona będzie mniej więcej na tym, że zawodnik obrony po takim plakacie, nie ma prawa zagrać w jednym, dwóch meczach, a może nawet całej serii. Upokorzenie nie ma być jedyną karą dla obrońcy.

Głupsze rozwiązanie RKD, to automatyczny koniec serii. 

Wiem, niemożliwe i głupie, ale po takich zagraniach przychodzą mi do głowy zupełnie abstrakcyjne pomysły.

08:42, anfernee , NBA
Link Komentarze (5) »
czwartek, 19 maja 2011

Już jutro wielki mecz, prowadząc 3:2 Turów w Zgorzelcu podejmuje Asseco Prokom Gdynia i ma olbrzymie szanse na zdobycie pierwszego w historii klubu mistrzostwa Polski.

O tym wydarzeniu w świecie koszykówki trąbi się wszędzie. Ja dziś będę trąbił o starciu wicemistrza Polski z mistrzem Polski. Będę trąbił o panach, którzy w kaskach i zbrojach zderzają się ze sobą, starają wywrzeć wrażenie na płci pięknej i udowadniają sobie co krok, który jest większym twardzielem.

W sobotę we Wrocławiu starcie tytanów futbolu amerykańskiego, starcie na które czekali wszyscy fani tego sportu w Polsce. O 12:30 na Stadionie Olimpijskim do walki stanie The Crew i Devils Wrocław.

I już teraz ogromnie żałuję, że nie będzie mnie na tym meczu, ze względu na wcześniejsze plany.

Żałuję przede wszystkim dlatego, że to starcie dwóch najlepszych drużyn tego sezonu, dwóch najlepszych drużyn poprzedniego sezonu, dwóch najlepszych formacji defensywnych i dwóch najlepszych formacji ofensywnych. Żałuję też dlatego, że walka ta toczy zaczęła się już kilkadziesiąt godzin przed meczem.

W oficjalnych materiałach od Polskiej Ligi Futbolu Amerykańskiego są cytaty, które być może nie wyglądają na zaczepne, ale znając rywalizację i istniejące pomiędzy tymi dwoma zespołami podteksty, ciężko wyobrazić sobie, że słowa te padały bez emocji.

- To będzie starcie dwóch polskich Goliatów – przekonuje Mark Philmore, skrzydłowy The Crew, który oczywiście pamięta jeszcze poprzednie, przegrane spotkania z Diabłami. Z wagi wrocławskiej rywalizacji zdają sobie sprawę jednak też ci, którzy w The Crew są dopiero od kilku miesięcy. - Gdy tylko tutaj przyjechałem dowiedziałem się, że to właśnie Devils są drużyną, którą najbardziej chcemy pokonać, rewanżując się za poprzedni sezon – dodaje, sprowadzony tej wiosny, Deante Battle, defesive back Załogi. 

- Wierzę, że mamy obronę kompletną, która zatrzyma przeciwnika. Zaś w ofensywie rozwiejemy marzenia Akiego Jonesa o tym, że defensywa Crew zaliczy występ idealny, który on określa jako „0 jardów zdobytych przez rywala, 0 złapanych przez niego piłek, 7 sacków, 3 przejęcia i 2 przyłożenia zdobyte przez obronę" - mówi linebacker Diabłów, Przemysław Cudak, odnosząc się z uśmiechem do wypowiedzi amerykańskiego liniowego Załogi. - Obrona Diabłów gra bardzo agresywnie, czyli tak jak my. To dobrze, bo nasza ofensywa jest do tego przyzwyczajona po treningach i może wykorzystać to na swoją korzyść – uważa z kolei prezes The Crew, Jakub Głogowski. 

Piekło będzie nie tylko w Zgorzelcu, jak ktoś ma okazję i chęć, proszę o nagranie prezentacji, zachowania fantastycznych kibiców, radości, płaczu, smutku. Tego na derbach we Wrocławiu na pewno nie zabraknie.

15:36, anfernee , Inne
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 maja 2011

Tak jak na początku notki Łukasza Ceglińskiego, tak i ja chcę i muszę napisać, że tegoroczny Turów Zgorzelec jest po prostu niesamowity, do tego waleczny, nie poddaje się i generalnie głęboko gdzieś ma to, że mało kto dawał mu szanse w walce z Prokomem.


Charakterni Konrad Wysocki, Torey Thomas, Robert Tomaszek, Michał Gabiński i reszta (prawie) green gang, robi swoje. A co dla Turowa oznacza swoje? Wszystko co konieczne żeby wygrać.

Jak mają zdobyć 50 punktów, to tak zrobią, ale powstrzymają przeciwników na jednym mniej. Jak mają rzucać przez ręce Qyntela Woodsa z siedmiu metrów i trafiać - to tak zrobią. Jak w drużynie potrzeba defensora pod koszem, to w jego rolę wcieli się Michał Gabiński, jak potrzeba ofensywnej maszynki to do głosu dochodzi Robert Tomaszek. I nawet mimo tego, że elementy te nie są domeną wymienionych zawodników.

Powtórzę za Łukasza i siebie - NIESAMOWITE!

I kompletnie też nie zgadzam się z wypowiedzią Michała Rodziewicza na 3sekundy.com. Ten finał nie jest nudny, nie jest słaby, ten finał to pojedynki na miarę jednych z najlepszych w ostatnich latach. Są emocje, piękna walka typowa dla play-off, mecze obrony, mecze ataku, niezwykłe występy głównych bohaterów, jest walka Dawida z Goliatem, zaskakujące zakończenia, połamane nosy i rozcięte łuki brwiowe, czy zerwane Achillesy. To jest prawdziwa wojna!

Jak dla mnie żadnym argumentem jest to, że w meczu numer cztery widzieliśmy błotną koszykówkę Andreja Urlepa. To jest play-off, to są finały, robi się wszystko co konieczne żeby wygrać, a jak komuś nie podobał się mecz czwarty, to ja osobiście jestem bardzo zdziwiony. I nie zamierzam tłumaczyć dlaczego.

Co więcej, nie wiem czy siedmiomeczowa seria Turów - Prokom miała w sobie tyle emocjonujących zdarzeń - choćby dlatego, że wtedy faworytem był zespół ze Zgorzelca, miał skład mocniejszy niż teraz i więcej osób liczyło na detronizację Prokomu. W tym roku mało kto przed sezonem zakładał scenariusz, w którym gdynianie mogliby stracić mistrzostwo. Prokom po raz kolejny miał być poza zasięgiem kogokolwiek, miał wznieść się na wyżyny sportowe i ze spokojem odebrać na koniec sezonu nagrodę z rąk prezesa ligi. Dzięki drużynie Jacka Winnickiego okazuje się, że wcale nie jest tak łatwo. Turów to kopciuszek, mały teoretycznie bezbronny w walce z uzbrojonym w ogromne kły i ostre pazury wilkiem z Gdyni.

Tylko teoretycznie.

Problem polega tylko na tym, że ów kopciuszek ma w sobie ukryte ninja, a pod płaszczykiem kila granatów i naładowanych pistoletów, po zobaczeniu których wilk stracił koncepcję ataku i jak do tej pory nie odnalazł pomysłu na skontrowanie. Widzący to kopciuszek z małej dziewczynki przerodził się w ogromną babę z Teksasu z dubeltówką w dłoniach i papierosem w ustach, która z umiłowaniem szaleńca i złem w oczach poluje na nieco tylko hałaśliwego pieska dingo.

Należy pamiętać jednak o tym, że seria się jeszcze nie skończyła. Piesek wpadł w szał i musi podgryźć mającą przewagę teksankę, zrobi wszystko aby dorwać się jej nóg i wbić w nie swoje kły. A mimo tego, że ma problemy z egzekucją, to w dalszym ciągu jest niezwykle groźny. Chwila dekoncentracji i siedmiogłowa bestia może wrócić na dobre tory. A w zanadrzu ma kilka ostrych siekaczy i kłów, które mogą zrobić Turowowi mocne kuku.

Zalecenie na piątek: doskonałe zgranie muszki ze szczerbinką i skupienie, tak aby ostatni nabój nie został zmarnowany, a strzał doszedł celu. W innym wypadku, walka zacznie toczyć się na pięści.

Do zobaczenia w piątek w zgorzeleckim piekle. 

poniedziałek, 16 maja 2011

Wraz ze startem finałów konferencji, NBA uraczyło nas także drugim spotem reklamującym ścisły finał ligi. Genialnym spotem, bo specjaliści od marketingu, reklamy i PR tej ligi, tak samo jak odpowiedzialni za tą działkę w Nike, to najwyższa z najwyższych półek.

Seria ta sama co przez całe play-off. Gadająca piłka, która brała udział w najważniejszych momentach ligi i niczym C3PO i R2-D2 z Gwiezdnych Wojen Georgea Lucasa, była obecna w każdej scenie związanej z koszykówką. (Tak, scenariusz Star Wars jest napisany jakby złoty i mały robot były narratorami całej opowieści).

Wracając do NBA - tym razem Spalding i Magic opowiadają o Oczach Larry'ego.

 

Wcześniejsza zajawka finałów to spot z Jordanem.

P.S. Tymczasem w NBA, Byki ugasiły Żar, a TBL Defensywnie poszukuje Kevina Costnera.

10:51, anfernee , NBA
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Subskrybuj RSS