poniedziałek, 31 maja 2010

Lakers to, Lakers tamto, Celtics biją Magic, Orlando czaruje i roznosi Celtów, LeBron na wakacjach, Obama namawia na przenosiny do Chicago, a wielki finał zaczyna się już za kilka dni. Na przekór prądowi rzek płynących w ostatnich dniach przez Polskę, wyłamię się i napiszę o nielubianych przez wielu Spurs.

Spytałem kiedyś wybitnego jak na Polskie warunki trenera, Saso Filipovskiego o to z kim identyfikuje się w NBA, kto jest jego ulubioną drużyną i na kim się wzoruje. Bez dłuższego zastanowienia odparł Greg Popovich i San Antonio Spurs.

To jeszcze bardziej zbliżyło mnie do ufania i obserwowania myśli szkoleniowej Filipovskiego.

Jesteś fanem Spurs?! - Z takim pytaniem spotykam się dosyć często, tak samo często ze zdziwieniem, jeszcze częściej z opiniami, że gra Spurs to antykoszykówka, że nie nadaje się to do oglądania, że zabija sens efektownej gry, że Tim Duncan to robot, który rzuca tylko o tablicę, że Bowen był brudnym obrońcą. No tak, kilku faktom nie da się zaprzeczyć. Duncan to przeciwieństwo graczy znajdujących się w highlightach, top ten i tych na których widok nastolatki podniecone wsadami i podaniami za plecami wykrzykują ochy i achy. Tak, Bowen to brudny gracz, bronił za wszelką cenę, łapał za koszulkę i podstawiał nogi, bił po rękach i udawał, że nic się nie stało. System Grega Popovicha jest realizowany z mega, mega, mega konsekwencją, wszystko jest poustawiane niczym w szwajcarskim zegarku.

I tak, sympatyzuję ze Spurs. Co lepsze, okazuje się, że wśród moich znajomych wyrasta coraz więcej tych, którzy nie tylko doceniają ale i zaczynają lubić koszykówkę sygnowaną jednonożnym Duncanem i wojskowym rygorem Popovicha.

Żeby było jasne, nie powiem i nigdy bym nie śmiał powiedzieć, że nie ekscytuję się efektownymi akcjami, nie jestem nawet bliski powiedzenia, że mnie to zupełnie nie interesuje. W takim przypadku najzwyczajniej bym skłamał. Lubię jednak koszykówkę poukładaną, sensowną, mądrą, zorientowaną na defensywę i przede wszystkim skuteczną. Tego wszystkiego dostarcza mi właśnie Spurs, tego dostarczają ostatnio ponownie Boston Celtics.

Nie lubię Phoenix Suns, którzy grali wszechobecny run’n’gun, nie lubię ich jeszcze bardziej za to, że w tym roku przejechali się po Spurs jak czołg po małym kamyczku. Tylko, że Suns nie grali typowej dla siebie koszykówki wywołującej podniecenie w recapie. Suns grali to, co od lat było domeną drużyn zwycięskich - grali bezkompromisowo, defensywnie i twardo, nie eliminując przy tym swojej największej broni - lekkości w zdobywaniu punktów. Za to Phoenix należy się ogromny szacunek i uznanie.

A jak twardo grali, pokazuje choćby to zdjęcie Stevego.

Kilku z tych elementów, za które można pochwalić Suns, zabrakło Spurs w półfinałach konferencji. Nie był to jednak przypadek. Spurs potrzebują przebudowy, potrzebują nowej krwi, kogoś kto jest w stanie zastąpić Tima Duncana, kogoś kto będzie TYM kimś. W innym wypadku seria z Suns będzie początkiem bardzo, bardzo, bardzo chudych dni w okolicach fortu Alamodome.

Problem San Antonio numer jeden - brak funduszy. W przyszłym sezonie Spurs mają w księgach w rubryce wydatki na zawodników, zapis - 65 milionów 989 tyś dolarów. Blisko 66 milionów pobiera zaledwie 9 graczy, z czego trzech z nich nie dostaje nawet miliona dolarów (Blair, Hairston, Gee), a nieco ponad milion zarabia George Hill.

Z czego aż 15 milionów pochłania pensja Richarda Jeffersona. Tego uśmiechniętego Jeffersona, którego transfer okazał się być kompletną tragedią, pomyłką i kompromitacją managementu Spurs. Jefferson bał się rzucać ze skrzydła - co jest bardzo, bardzo istotnym elementem schematów ofensywnych SAS, jego aktywność w penetracji też była wielce nieaktywna, a obrona pozostawiała wiele do życzenia - w tym ostatnim elemencie koszykarskiego rzemiosła, można bez ogródek powiedzieć, że jej najzwyczajniej nie było.

Jefferson zawiódł i biorąc pod uwagę, że jest to ostatni rok kontraktowy Jeffersona, może któryś z klubów skusi się na przejęcie balastu - choć czystki finansowe za rok nie są już tak porządane jak w tym offseason.

Osobiście w San Antonio chciałbym zobaczyć zawodnika, który byłby w stanie zająć nawet w tym momencie miejsce Tima Duncana. Taki płynny przeskok Spurs zanotowali, gdy do końca kariery zbliżał się David Robinson, teraz chciałbym aby historia zatoczyła koło i pod skrzydłami TD rozkwitł np. Chris Bosh.

Kilkanaście dni temu do wiadomości publicznej wypłynęła lista klubów, w których Bosh chciałby grać. Nie ma na niej Spurs, aczkolwiek gracz i jego agent zdementowali jakoby spis drużyn był prawdziwy.

Wątpię jednak, aby Bosh w Spurs mógł się ziścić, wątpię także w pojawienie się w San Antonio kogoś znaczącego już w tym roku. Greg Popovich będzie szukał rozwiązania niezbyt ciekawej sytuacji w zwiększeniu roli takich graczy jak George Hill i DeJuan Blair, może w końcu wyciągnie z Europy Tiago Splittera, do którego Spurs mają prawa.

Wtedy skład San Antonio będzie wyglądał całkiem ciekawie, ale na pewno nie będzie to drużyna, która będzie mogła z powodzeniem walczyć z okupującymi miejsca królewskie - Lakers, Celtics, (być może) Cavs i Magic.

Cała nadzieja w Gregu Popovichu i planie jaki ten urodzony strateg i taktyk ułoży.

Tagi: NBA Spurs
15:26, anfernee , NBA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 maja 2010

Jak zwykle na przełomie wiosny i lata kiełkować zaczynają turnieje streetballowe, te mniejsze, większe, lepsze i gorsze, ale koszykówka w ciepłym okresie najzwyczajniej przenosi się z parkietów na asfalty.

Jeden z takich turniejów organizuje Dolnośląski Związek Koszykówki. Plan Streetbasketu 2010?

Niech wypowiedzą się zaangażowani

6 czerwca – Rynek we Wrocławiu – Plac Gołębi

Streetbasket 2010 zorganizowany jest przez Dolnośląski Związek Koszykówki we Wrocławiu.

Zapisy od 17 maja do 2 czerwca 2010 do godz. 15:00!!!


Start godz 10.00 Wrocławski Rynek – Plac Gołębi!!!

Podczas turnieju wiele atrakcji m.in.

pokazowy mecz

koszykówki na wózkach

pokazy freestyle grupy Streetball Project Crew

występy zespołu tanecznego Traf

etc.

Zgłoszenia można pobierać ze strony DZKosz, więcej informacji również pod tym adresem

W Łodzi również odbędzie się turniej koszykówki ulicznej i będzie to impreza najbardziej nagłośniona w całej Polsce. Nie będę się rozpisywał, przeczytajcie co do zakomunikowania mają organizatorzy.

Basketmania to koronna impreza łódzkiego AZSu i największy koszykarski turniej w Polsce centralnej. Organizowana od 1997 roku na stałe zagościła w kalendarzach fanów, zawodników, trenerów – słowem wszystkich wielbicieli koszykówki. Z roku na rok przyciąga coraz więcej uczestników i widzów spragnionych sportowych wrażeń na wysokim poziomie.

Jest nam niezmiernie miło zaprosić Was na tegoroczną, czternastą już edycję turnieju. Trzynastka okazała się dla nas szczęśliwa. W turnieju wzięło udział blisko 100 zakochanych w koszykówce zespołów. Dołącz do nas w tym roku!

Miłość do koszykówki to przecież jedyna rzecz „którą się mnoży gdy się ją dzieli”!

Już czwarty rok z rzędu turniej zawita do Manufaktury – rozrywkowego serca miasta Łodzi. Właśnie tam, na największym rynku w Polsce, w dniach 4-5 czerwca spotkamy się podczas tegorocznej BASKETMANII. Piątek, 4 czerwca to dzień rywalizacji młodzieży szkolnej. Uczniowie szkół podstawowych, gimnazjów oraz szkół średnich rozpoczną swoje zmagania w samo południe. Dzień później, 5 czerwca na asfaltowe boiska wybiegną zawodnicy i zawodniczki z kategorii open.


Organizatorzy gwarantują czystą, sportową rywalizację, cenne nagrody dla zwycięzców, koszykarskie konkursy, after party w popularnym łódzkim klubie oraz wiele innych atrakcji.

BASKETMANIA 2k10 nie odbyłaby się bez wsparcia Województwa Łódzkiego oraz Miasta Łodzi. Nieocenione jest również zaangażowanie: Manufaktury, Totalizatora Sportowego, sieci restauracji Subway, szkoły języków obcych Progres, firmy Milkoshake, klubu Bagdad Cafe oraz restauracji Satyna.

Basketmania 2k10 – z miłości do koszykówki.

Szczegółowe informacje dot. turnieju:

AZS Łódź

ul. Lumumby 22/26

tel. +48 42 6771010

fax. +48 42 6771018

e-mail: basketmania2k10@gmail.com

http://www.lodz.azs.pl

http://www.facebook.com/Basketmania2k10

 

sobota, 22 maja 2010

Jacek Jakubowski, prezes PLK jakiś czas temu zapowiadał wprowadzenie usługi PLK.TV. Od początku tego sezonu władze Euroligi uruchomiły Euroleague.TV, a od dłuższego czasu fani NBA mają dostęp do NBA League Pass, usługi genialnej w swojej prostocie, działającej i zbliżającej nas do wielkiej koszykówki.

Niedługo nadejdzie usługa, która diametralne zmieni świat oglądania video za pośrednictwem komputera.

Grzegorz Marczak zarządzający blogiem Antyweb.pl pisze o uruchomieniu Google TV.

Oddaję głos Grzegorzowi

Nie jest to jednak telewizor Google ani też specjalne urządzenie tej firmy do odtwarzani filmów z internetu. Google TV to tak naprawdę software, który może być zainstalowany w telewizorze, odtwarzaczu blue ray czy czymkolwiek innym co podłączamy do telewizora.

Co nam da Google TV? Przede wszystkim będziemy mogli oglądać treści video z internetu na naszym dużym pięknym telewizorze. Google udostępni SDK parterom po to aby mogli dostosować się do wymagań jakie stawia duży ekran – już teraz został opublikowany zestaw rekomendacji jak dostosować własną stronę www do Google TV. Google TV będzie miało własny interfejs który będzie nałożony na obraz telewizora, wyszukiwarka pomoże nam więc znaleźć ciekawe video czy źródła z filmami które potem będziemy mogli pogrupować w kanały i korzystać z nich jak z innych programów telewizyjnych.

Dlaczego piszę o tym na blogu koszykarskim? Sprawa jest prosta, nasza ukochana NBA jako jedna z pierwszych firm (drugą jest Netflix) zdecydowała się na współpracę z Google TV i zapewne przeniesie swoje NBA League Pass do telewizorów, dzięki oprogramowaniu Google.

Idea Google TV działa tak

Tagi: google NBA
12:29, anfernee , NBA
Link Komentarze (1) »
niedziela, 16 maja 2010

Końca dobiegły półfinały w obu konferencjach NBA. Moje typowanie tego etapu rozgrywek było delikatnie mówiąc tragiczne. Trafiłem dwóch uczestników finałów - Lakers i Magic - ale w jednym i drugim przypadku nie trafiłem ilości rozgrywanych przez te drużyny meczów.

Kompletnie przestrzeliłem półfinały w wykonaniu Cavs, którzy odpadli z Bostonem i za dużo wymagałem od moich Spurs, którzy 0:4 polegli z Suns.

Czas na typowanie finałów konferencji.brook

Magic - Celtics 4:2

Magic są w ogromnym gazie, dwa razy zmietli swoich rywali 4:0. Grali jednak z najpewniej najsłabszymi drużynami, z jakimi mogli się zmierzyć - nawet teoretycznie silni Hawks okazali się jakimś małym wróbelkiem. Orlando gra obecnie najlepszą koszykówkę w całej NBA. Skutecznie w ataku - i z dystansu i pod koszem - bardzo dobrze w defensywie. Boston natomiast pokonał faworyta do finału NBA, ale z Orlando powinien mieć dużo więcej problemów, niż z przechodzącym obok spotkań LeBronem. Stawiam na kolejny awans do finałów Orlando.

W tej parze szczególnie czekam na pojedynek niskich - Jameer Nelson vs Rajan Rondo. Dwa różne typy gry, dwa różne typy rozgrywania i dwóch zupełnie innych graczy. Ale to oni powinni być kluczem w tej serii.

Lakers - Suns 4:2

Problemy z kolanem Andrew Bynuma są poważniejsze niż by się wydawało, do rotacji Suns wraca najprawdopodobniej Robin Lopez. Dysproporcja siły pod koszem jakby się zatarła, ale mimo wszystko nie wierzę, że Kobe i Gasol pozwolą Suns na wygranie więcej niż dwóch meczów. Atmosferę przed finałem konferencji zachodniej podgrzewa Phil Jackson, oskarżając Steve'a Nasha o robienie kroków. To samo czynił wobec Duranta, któremu zarzucał pobłażliwe traktowanie przez sędziów. Nash ripostuje i raczej nie da zagotować się tak jak było w przypadku Durantuli.

Pytanie - czy Lakers w końcu zaczną grać koszykówkę mistrzowską?

Niektórzy chcieliby finału Suns - Magic, ja osobiście wolę zobaczyć rewanż za poprzedni sezon i to rewanż udany.

Tak czy inaczej liczę na wielkie, godne play-off mecze.

Tagi: NBA typowanie
10:34, anfernee , NBA
Link Komentarze (5) »
sobota, 15 maja 2010

Kilka dni temu w rozmowie telefonicznej z redaktorem naczelnym i założycielem portalu Probasket.pl Michałem Pacudą, ponarzekaliśmy sobie na stan koszykówki w Polsce.

Gorszego połączenia nie da się sobie wyobrazić, bo oboje mamy bardzo podobne zdanie w temacie tego co dzieje się w klubach, ligach, na parkietach, w związku i wśród osób, które tworzą dyscyplinę od środka. Narzekaliśmy, psioczyliśmy, wyciągaliśmy brudy które znamy, szukaliśmy rozwiązań, załamywaliśmy ręce i czasami prawie przez łzy, łamiącym głosem bezradnie waliliśmy głową w mur. Ok, trochę koloryzuję, nie zmienia to jednak faktu gdzie, w czym, w jakim stanie i jak wygląda polska koszykówka.

A jak wygląda? Tragicznie, to mało powiedziane. Rów Mariański i jego głębia nie są w stanie oddać tego czym stała się w Polsce ta druga najbardziej popularna dyscyplina na świecie. Nie oszukiwaliśmy się, nie ubieraliśmy wszystkiego w piękne słówka. Z naszych ust padały przekleństwa, niezadowolenie z pracy wielu ludzi - sędziów, prezesów klubów i związków, koszykarzy i poziomu obserwowanego na parkiecie. Obaj stanowczo stwierdziliśmy, że nie spodziewaliśmy się nigdy takiego stanu rzeczy, w najbardziej negatywnych, pesymistycznych wizjach nie mogliśmy wyobrazić sobie tak ogromnego braku zainteresowania, takich układów, syfu i dosadnie mówiąc g…. szamba, w którym stoimy nie mogąc ruszyć się ani w prawo ani w lewo - nie mówiąc już o wyjściu z niego.

Pamiętam jak dziś jak Adam Romański pisał na blogu i mówił również mi w prywatnych rozmowach, że czasem warto założyć okulary z różowymi szkłami i cieszyć się tym co mamy. Te same słowa padały od Łukasza Ceglińskiego, a ja biorąc sobie uwagi starszych kolegów do serca próbowałem, starałem się, ale od dłuższego czasu nawet ten róż nie daje możliwości mówienia o pozytywach.

Co gorsze, te pozytywy przecież istnieją - Prokom w Elite 8 Euroligi, Wisła w Final Four, inne zespoły kobiece pokazały się również z dobrej strony. Co się dzieje, że są one niewykorzystane? Może to my, ludzie mediów za mało o tym mówimy, zbyt często skupiamy się na bagnie, które nas otacza, a w niezbyt wyrazisty sposób staramy się kształtować pozytywny wizerunek ligi, koszykówki - choć nie, ligi, bo NBA i Euroliga jest w oczach zainteresowanych postrzegana bardzo dobrze.

Problem leży w Polsce, układach, układzikach, skostniałych schematach działania i nieudolności wprowadzania nowego, nadążania za zmianami zarówno ustrojowymi jak i społecznymi. Ludzi nie da się karmić już lekko podsmażonym kotlecikiem i obietnicami nie mającymi żadnego pokrycia w rzeczywistości.

Atmosferę, stołki trzeba wyczyścić, pozbyć się tych, którym nie zależy na lepszym poziomie ligi, ściągnąć hamulec ręczny i zacząć działać. Zarządcom ligi proponuję nie tłusty frazes - plk.tv, a konto ligi na portalach takich jak Twitter czy Facebook - darmowych, dostępnych od zaraz, od już, mogących chociaż trochę poprawić kondycję plk.pl i umożliwić nawiązanie kontaktu z odbiorcami.

Nie wierzycie w tą moc niczym z Gwiezdnych Wojen? To wasz problem, a jesteście w ogromnym, ogromnym błędzie. Jaką potęgę i możliwości ma w tych czasach internet niech będzie dla wszystkich opowieść byłego pracownika Microsoftu, Davida Scotta, który podczas wideokonferencji na swoim blogu (oglądało ją 15 osób) poinformował, że odchodzi do innej firmy. Wiadomość miała być zachowana w tajemnicy, ale przypadkowy bloger ogłosił ją na swojej stronie. Po dwóch dniach mówiły o tym The Wall Street Journal, The New York Times, Business Week, The Economist i BBC. Agencja PR policzyła ilość wyświetleń nazwiska David Scott w mediach od czasu ukazania się informacji - 50 milionów razy. W ciągu tygodnia!

Wnioski z tej małej dygresji są proste, za kilkaset złotych, można stworzyć całkowicie nową jakość - w tym wypadku promocyjną (co oczywiście nie jest rozwiązaniem wszystkich istniejących problemów) - czego w naszym kraju związek, liga po prostu nie robią - bo nie umieją/nie chcą (niepotrzebne skreślić) - karmią nas za to bzdurami, które następnie zamieniają się w jęczenie i blokowanie linii telefonicznej na odcinku Warszawa - Wrocław.

Skwituję ten tekst, tak jak podsumowana została rozmowa z Michałem (o czym MP wspominał już na Twitterze). Miejmy nadzieję, że Marcin Gortat zdobędzie w tym roku mistrzostwo NBA, bo jest to nasza jedyna nadzieja.

piątek, 14 maja 2010

Wielki mecz w Bostonie, wielki mecz LeBrona, ale i wielka zagadka, bo cały koszykarski świat czeka teraz na decyzję Króla - Miami? Chicago? Nowy Jork? Michał Owczarek na Sport.pl pisze o możliwych scenariuszach.

Przegrana seria z Celtics będzie miała ogromny wpływ na najbliższe wydarzenia w NBA, a będą to wydarzenia z najwyższej półki wśród najwyższych półek. Ciężar gatunkowy porównywalny do tego który towarzyszy w Polsce kolejnym edycjom Tańca z Gwiazdami.

Tymczasem kibice Bostonu podczas meczu meczów, stworzyli obok wszystkich 'wielkich' również swój wielki hit - koszulki z podobizną LeBrona Jamesa.

Że co? Fanatycy Zielonych mieli na sobie koszulki z twarzą LeBrona? Tak, oto dlaczego

NBA Fanhouse pisze

Most of the fans who poured out of TD Garden and toward any number of merchandise stands didn't care where Cleveland Cavaliers star LeBron James will play next season,.

They just wanted to rub in the fact their Celtics advanced to the Eastern Conference Finals with a 94-85 victory Thursday night, and what better way than a "Nope" shirt --- a play off President Barack Obama's famed "Hope" campaign posters.

Jeden z posiadaczy, sprzedał swoją koszulkę za 40 dolarów!

Sam z chęcią bym taką kupił.

Gdzie po meczu widziano LeBrona? Znajomy Maciej R. z ukrycia zrobił zdjęcie pracującego LBJ'a.

jamesfish

No cóż, każdy ma jakąś zajawkę, może akurat jakieś okonie dobrze brały i LBJ się śpieszył. Poza tym, na głowie Król ma koronę, sugerującą kierunek letniej wycieczki?

P.S. Podobno Houston Rockets złożyli ofertę Milosowi Teodosićowi.

środa, 12 maja 2010

W PLK półfinały pełną gębą - szkoda, że ledwo się zaczęły, a już niemal się kończą. 1/2 rozgrywek play-off została, jak wszyscy doskonale wiedzą, skrócona do maksymalnie pięciu spotkań w serii.

Szkoda, bo tak jak przewidywałem w typowaniach na Sport.pl, seria Prokomu z Treflem ma w sobie ten czynnik, który powoduje, że mecze ogląda się z zapartym tchem, doprowadza nas do szaleństwa i okrzyków w hali, lub przed ekranami telewizorów. I nawet pomimo tego, że w obu parach jest 2:0, to emocji mielismy naprawdę dużo.

Chciałem jednak o czym innym, niż wygrane Anwilu i Prokomu. Chciałem zagadnąć o Qyntelu Woodsie, spisującym się w półfinałach tragicznie. W pierwszym meczu 23 minuty, 4 punkty - i to zdobyte w momentach kiedy spotkanie było już rozstrzygnięte - i 6 zbiórek. Gorzej w drugim, bo po 2 zbiórki i asysty, ale tutaj zera w statystykach można tłumaczyć (najprawdopodobniej) skręconym stawem skokowym.

Nie zmienia to jednak faktu, że przed zejściem z parkietu Woods był cieniem samego siebie. Gorzej, zawodnik Prokomu był cieniem Piotra Szczotki, który Woodsa zastępował w obu meczach bardzo, bardzo, bardzo udanie, a w drugim był nawet cichym bohaterem, kiedy dwukrotnie w końcówce zbierał piłkę na atakowanej tablicy.

Wracając do Woodsa, to Q najzwyczajniej zawodzi. Nie radzi sobie z agresywnie i momentami brutalnie broniącym Marcinem Stefańskim - jak i resztą obrońców uprzykrzających życie gwieździe z Gdyni. Na nic zdają się jego niesłychanie szybkie piwoty na koźle, czy też bez niego. Woods nie robi sobie tymi zagraniami miejsca tak jak w innych spotkaniach i przeciwko innym rywalom, nie dominuje i zabiera grę innym.

Problem na pewno nie leży w braku umiejętności. Zastanawiam się tylko, czy to obrona Trefla i ostre kły Marcina Stefańskiego są naprawdę tak dobre, czy mentalnie Q nie odpoczywa i przechodzi obok meczów wiedząc, że jego partnerzy i tak dadzą sobie radę z każdym. Czy może Woods jest po prostu myślami gdzieś indziej - np. w Madrycie, albo poszukując innego kontraktu w jakimś innym, przystępnym koszykarsko mieście w Europie? Bo tak jak i Grzegorz Kubicki nie wierzę, że Trefl jest lepszy niż Josh Childres i Olympiakos Pireus, wicemistrz Euroligi.

Q, proszę obudź się, bo Twoja gra naprawdę przynosi nam w Polsce wiele radości.

A tymczasem tak przerzucając wątek daleko w stronę NBA - jutro wszyscy jesteśmy proekologiczni i wkładamy zielone barwy.

wtorek, 04 maja 2010

To będzie krótka notka, bez wniosków, które czytelnicy mają wyciągnąć sobie sami.

Tak jak przewidziałem przedwczoraj, erupcja zgorzeleckiego wulkanu następuje krok po kroku.

Mający jechać do domu Justin Gray kilkadziesiąt minut temu na Twitterze napisał (pisownia oryginalna)

check this out js got home frm a meeting with the club and they tried me said they weren't going to pay me my money! WOW... only in europe! but let's not forget i'm from Beatties Ford... i guess i'm not coming home until they cut the check... u can believe that!!!

Jego żona Audella - również za pomocą Twittera - komentuje sytuację w ten sposób

looks like we're not going home yet. turow zgorzelec has got to be the most unprofessional basketball club in europe.. hands down!

Nie omieszkałem spytać władz Turowa o zaistniałą sytuację.

Nie będę komentował takich spraw publicznie. Ustalenia pomiędzy klubem, a zawodnikami to prywatna sprawa. Jeśli któryś z nich chce o tym mówić otwarcie proszę bardzo, na pewno pomoże to klubowi.

Tak mówi prezes PGE Turowa Jan Michalski. W siedzibie klubu doszło do spotkania z zawodnikami, najpierw ogólnego, a następnie rozmowy z każdym z osobna. Miało to na celu ocenę pracy w sezonie.

Nie wiem czy klub nie chce zapłacić za maj, czy ma zaległości finansowe (o czym ptaszki ćwierkały kilkukrotnie). Uzyskanie jakichkolwiek szczegółów mających nieco rozjaśnić sprawę doprowadziło do nabrania przez włodrzy Turowa wody w usta.

Tak czy inaczej, stay tuned.

UPDATE: Prezes Turowa, Jan Michalski zdradza szczegóły prwdopodobnie ukarania Gray'a. Twierdzi, że rozmowa z zawodnikiem nie wyglądała - nie bo nie, tylko podane mu zostały konkretne zarzuty.

W rozmowie z portalem Zgorzelec.info Michalski mówi.

Osoby które znajdują się bliżej koszykówki, były zdumione jego zachowaniem podczas drugiego meczu w Sopocie. Wszyscy wiemy jak wiele zależy od rozgrywającego i uważamy, że pewne rzeczy zrobił celowo. To nie jest tak, że ktoś chce zrobić sobie szybsze wakacje i będzie się zachowywał, tak jak on tego sobie życzy. W tej sprawie będziemy prowadzili rozmowy z jego agentem.

Gray Gate trwa.

niedziela, 02 maja 2010

PGE Turów Zgorzelec zawiódł swoich fanów kończąc sezon zasadniczy w ćwierćfinałach play-off.

O ile wczorajszy, trzeci mecz był tym czego zawsze oczekuję od spotkań PO - walką, zaciętymi pojedynkami i wulkanem emocji, tak czwarte spotkanie pomiędzy Turowem, a Treflem jakby ostudziło wszystkich dookoła. Nazwijcie mnie szalonym, ale nie lubię mdłych spotkań, w których gracze biegają od kosza do kosza, a walka kończy się na przeciskaniu się na szczycie zasłon.

Ognia doczekałem się chwilę po zakończeniu meczu. Mała erupcja wulkanu nastąpiła na konferencji prasowej po meczu. Spytany o przyszłość z Turowem Andrej Urlep odpowiedział:

Z tą drużyną, czy tutaj?

Urlep wymownie dał do zrozumienia, że jeśli miałby zostać, to nie chce trenować tych graczy.

Podobna wypowiedź padła z ust Konrada Wysockiego.

Lubię takie miejsca, kibice są fajni, lubię jak żywo reagują i spędziłem tu ciekawe kilka miesięcy, ale ten skład raczej nie powinien się utrzymać.

Kilka dni temu niezadowolony z sytuacji był także Justin Gray. Wracając z Sopotu na Twitterze napisał kilka cierpkich słów - jak mniemam dotyczących właśnie sytuacji w Zgorzelcu.

Dobitnie świadczy to o tym, że składany za potężne pieniądze (mówi się o 8 milionach złotych) zespół był tragedią. Dawno nie słyszałem tak kategorycznych wypowiedzi kilka minut po zakończeniu sezonu. W Turowie mocno skruszony został filar, jaki jest zbudowany wokół mitu pod tytułem Andrej Urlep. W Polsce pracują lepsi od niego trenerzy, o których mówi się dużo mniej - choćby taki Muiznieks czy Bogicević.

Trochę z innej strony, ale oliwy do ognia dolewa wypowiedź Urlepa i władz klubu krytykująca brak rozgrywającego w Turowie. Panowie chcą winę za ten fakt przerzucić na Saso Obradovića, ale Obradovića w Turowie już od dawna nie ma, a odpowiedzialność za zakontraktowanie porządnego, mającego papiery na granie w zespole chcącym coś wygrać, spoczywała na barkach Jana Michalskiego, Waldemara Łuczaka i Andreja Urlepa.

Brawa, ogromne brawa należą się za otworzenie oczu w tak odpowiednim czasie. Nikt przecież przez prawie cały sezon nie mówił o takich lukach, nikt nie wciskał wam na siłę teorii o potrzebie zakontraktowania kogoś, kto jest w stanie wykreować pozycje dla partnerów Jeśli ktoś ponosi winę, za taki stan rzeczy, za to że Loyd się nie sprawdził, a Glavas jest tragedią, to jest to tylko i wyłącznie wymieniona kilka zdań wyżej trójka mająca cokolwiek do powiedzenia w sprawie transferów. Jeśli mylę się w kwestii obowiązków jakie powinni sprawować prezes, dyrektor sportowy i trener, to serdecznie przepraszam.

Ciężko przytaczać wszystko co pada z ust związanych z klubem ze Zgorzelca, bo jest w tym sporo bełkotu i próby wytłumaczenia siebie w obliczu zmarnowanego sezonu.

Na zakończenie kawałek retospeksji sprzed kilku ładnych miesięcy. Dokładnie z okresu, kiedy kontrakt z Turowem podpisał Andrej Urlep i zamienił na stanowisku szkoleniowca Saso Obradovića. Zgorzelczanie nabrali wtedy troszkę wiatru w żagle, a Urlep rzucił:

Jak się wie co się robi, to są tego efekty.

Efekty jednego z najbogatszych klubów w PLK jakie są każdy widzi.

Prawdziwe mecze play-off powinny charakteryzować się zaciętością, agresywnością, gryzieniem kostek rywala - w skrócie taką walką, która niespotykana jest w meczach sezonu zasadniczego.

Tak ostro walcozno w Zgorzelcu, gdzie w 3 meczu ćwierćfinałów play-off zmierzyły się Turów z Treflem Sopot. Z ogromnym poświęceniem jak zwykle walczył Marcin Stefański. Poświęcenie skończyło się rozciętą brodą i gustownym opatrunkiem.

Zobaczcie sami.

P.S. Za udostępnienie zdjęcia dziękuję portalowi zgorzelec.info

 
1 , 2
Subskrybuj RSS