poniedziałek, 29 marca 2010

Sensacja, fenomen, wielka niespodzianka, ogromne upokorzenie, ewenement, bomba, rewelacja, szok - to słowa najczęściej używane po sobotnim wieczorze, kiedy CCC Polkowice, wydawałoby się zespół ubrany w szaty Kopciuszka w rywalizacji z królową Wisłą, wyeliminował krakowianki z rywalizacji play-off.

Takie sensacje czasem jednak - jak widać na załączonym obrazku - mają miejsce. Zdarza się to jak świat długi i szeroki, w NBA, NCAA (bye, bye Kentucky i Kansas State), PLK, ACB, PLKK. Niczym nowym jest eliminacja faworyta, niczym nowym jest, że zespół z ogromnymi pieniędzymi, gwiazdami na posadzie szkoleniowca i megagwiazdami w składzie odpada z rywalizacji.

Z odpadnięciem Wisły z play-off w pierszej rundzie wiąże się kilka historii. Jedna z nich to poprzebijane opony w samochodach trenerów i zawodniczek, druga z nich wkracza bardzo mocno w sferę plotek. Szpiedzy w okolicach Wisły przebąkiwali, że sponsorzy chcą wykładać pieniądze na klub jedynie pod warunkiem występów w Europie. Brak medalu w PLKK, nie zdobycie tytułu mistrzyń Euroligi mogłoby zablokować granie w pucharach.

Chwilowy cień przeszedł przez kibiców w Krakowie, bo przez moment wydawało się, że zespół może nawet przestać istnieć. Całe szczęście prezes zarządu Can Pak zapowiedział, że firma w dalszym ciągu będzie wspierać koszykarski.

W całej tej euforii po niewątpliwym sukcesie zawodniczek CCC, więcej mówi się jednak o przegranych. Nawet na oficjalnej stronie FIBA Europe, notka mówi o porażce Wisły, a nie zwycięstwie CCC. A przecież to zwycięstwo to kolejny krok podkreślający jak dobrze zarządzany jest klub z Polkowic.

Od czasu awansu do PLKK, prezes sponsora - firmy CCC - Dariusz Miłek genialnie, małymi kroczkami robi postępy. Co rok dokłada coś, co jego drużynę wyróżnia wśród wszystkich w lidze - w tym sezonie podpisał kontrakt z Cheryl Ford, ściągnął najniższą koszykarkę w histrorii ligi i został tym zuważony przez media. Marketingowo świetnie, ale o CCC mówi się nie tylko w kwestii promocji, bo zespół jest jednym z czołowych w PLKK. Miłek jednak nie wymaga zdobycia wieńca laurowego tu i teraz. Buduje, ma koncepcję, strategię, która jest skrupulatnie realizowana - a czubkiem piramidy, na której CCC z pewnością się znajdzie, jest mistrzostwo kraju.

To właśnie podejście małych kroczków, nie wskakiwania na drabinę na ostatni szczebel, tylko powolnego, mozolnego pokonywania kolejnych etapów, powinni uczyć się prawie wszyscy działacze sportowi w Polsce. Nie można wymagać szczytu, kiedy często klub ledwo co raczkuje, jest tragicznie zorganizowany i ledwo wiąże koniec z końcem.

Przykład dla władców sportowych - zwróćcie swoje oczy w stronę CCC Polkowice i jeśli nie chcecie brać przykładu z zagranicy, skopiujcie chociaż rozwiązania ze swojego podwórka.

piątek, 26 marca 2010

Marc Stein - felietonisa ESPN, swój ostatni tekst poświęcił byłemu zawodnikowi m.in. Portland Trail Blazers i obecnemu Asseco Prokomu Qyntelowi Woodsowi.

Uwagę Steina na pewno przykuł fakt maksymalnie wykręconych statystyk jakie widniały przy nazwisku Woods w dwóch ostatnich meczach Euroligi. W pierwszym, kiedy Prokom był o włos od pokonania Olympiakosu, Q zanotował 23 punkty i 11 zbiórek, drugie spotkanie i znowu double-double - 20 punktów i 15 zbiórek.

Woods momentami wyglądał jakby sam walczył przeciwko całemu zespołowi z Pireusu. Na parkiecie prezentował się jak oszalały, jakby bardzo zależało mu na pokazaniu klasy przeciwko swojemu byłemu klubowi, przeciwko byłym graczom NBA.

Stein przede wszystkim porusza w artykule temat powrotu do NBA, zastanawia się czy Woods podoła, czy jego talent i ten, bardzo dobry sezon, to wystarczający argument czy też psychika swingmana w dalszym ciągu jest w rozsypce.

I think I'm closer [to the NBA] than I was. But mostly I don't even think about [the NBA]. It doesn't help to think about it. I try to focus on the season over here. I want the best situation for me. I would love to play in the NBA again, but if I'm not going to be a productive player and just be there, I don't want to be there. I'd rather be somewhere playing regulary.

Takie słowa Woods powiedział Steinowi przez telefon.

Znakomity sezon gracza Prokomu to zarazem ogromne ryzyko utraty prawdopodobnie najlepszego gracza w historii koszykówki w Polsce. Scouting większości wielkich klubów w Europie przygląda się Woodsowi i jeśli ktoś zawuażył, że pomimo czarnej przeszłości z Q da się pracować, chętnych do podpisania kontraktu będzie wielu. Stein twierdzi nawet, że najbliżej do parafowania kontraktu z Woodsem ma Real Madryt.

Not only does Prokom hope to re-sign him, but Woods, according to one well-connected source in the European market, is already attracting interest from Spanish giants Real Madrid for next season.

[...] But Woods insists he'll cope just fine if he ends up staying in Poland or moving to another Euroleague club. [...]

 

czwartek, 25 marca 2010

Marazm - słowo idealnie oddające stan i rzeczywistość koszykówki w Polsce. W tym bagnie organizacyjnym, trafiają się jednak czasem perełki, którymi można się pochwalić. Mowa oczywiście o zespole mistrzów kraju z Gdyni.

Prokom to nasze oczko w głowie i sukces, który ten klub osiągnął w rozgrywkach Euroligi trzeba pielęgnować i podlewać. Mówić o nim wszem i wobec nie mając kompleksów. Prokom dokonał czegoś, co może być medialnym hype przez wiele tygodni, czegoś co ponownie daje nam szansę zaistnienia w szerokim świecie mediów, a nie tylko wąskim gronie adoratorów koszykówki.

Atmosferę trzeba podgrzać, o wielkiej rywalizacji Prokomu pisać i mówić jak o bitwie Dawida z Goliatem, jak o bitwie pod Grunwaldem, czy rywalizacji dobra ze złem. Przecież gdyby Wisła Kraków, czy Lech Poznań grały z Juventusem Turyn w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, nawet moja lodówka mówiła by tylko o tym.

Tymczasem drugi raz w ciągu dwóch dni mamy okazję zobaczyć pojedynek 1/4 Euroligi, w którym występuje Polski zespół - i to w starciu z bardzo utytułowanym i szanowanym rywalem, bo samym Olympiakosem Pireus. Trzymamy kciuki, żeby Prokom zagrał kolejny dobry, zacięty mecz i być może nawet pokusił się o zwycięstwo. Oby dzięki sukcesom i pokazaniu się z jak najlepszej strony w elitarnych w końcu rozgrywkach Euroligi, za dwa tygodnie do programu Dzień Dobry TVN zaproszono graczy z Gdyni ponownie, ale tym razem rozmawiając z nimi nie o wyższości jednych świąt nad drugimi, ale choć w miarę merytorycznie o tym dokąd doszli i co to znaczy. Bo jedno zdanie o sporcie i tym wyczynie to stanowczo za mało.

Dziś o 19:55 wszyscy, malujemy twarze w barwy Prokomu i zasiadamy przed telewizorami, w hali, w barze, w ogródku piwnym, przed komputerem i relacją na Sport.pl z transparentami GO PROKOM!

Teraz bardziej sportowo.

W przerwie pomiędzy meczami zawodnicy Prokomu odpoczywają i zwiedzają ale myślami na pewno są tam gdzie powinni.

Grzegorz Kubicki, który przebywa w Atenach pisze na Sport.pl.

Perfekcyjna gra Woodsa, zatrzymanie Kleizy i Teodosicia oraz ponowne wyłączenie środkowych Olympiakosu - tylko to może dać koszykarzom Prokomu wygraną w drugim meczu z Grekami.

Moim zdaniem w tym pierwszym meczu zabrakło przede wszystkim większej agresywności znakomicie krytego i odcinanego od piłki Logana. I poprawa gry reprezentanta Polski może być kluczem do zwycięstw - o ile oczywiście Asseco Prokom zagra tak jak w meczu pierwszym.

Czy tak naprawdę Prokom ma realne szanse na zwycięstwo z Olympiakosem? Nie wiem. Patrząc na budżety obu klubów, patrząc na zawodników w nich występujących każdy średnio nawet interesujący się koszykówką powie - nie. Przecież tak wielki gracz jak Nikola Vujcić w Olympiakosie jest głębokim rezerwowym!

Banałem, szablonem jest powiedzenie - to nie nazwiska grają. I tego się trzymajmy.

Na pewno podopieczni Tomasa Pacecasa grają bez kompleksów wielkiego, bogatego i utalentowanego rywala. I nawet jeśli Prokomowi nie uda się wygrać trzech spotkań i awansować do Final Four, to wszyscy kibice Prokomu i koszykówki w Polsce mogą chodzić z podniesioną głową.

sobota, 20 marca 2010

Michael Wright MVP Meczu Gwiazd, Eddie Miller zwycięzcą konkursu wsadów, a Andrzej Pluta po raz 7 wygrał konkurs rzutów za trzy punkty.

Rok temu w Warszawie, kiedy zespoły Północy i Południa spotkały się podczas tak zwanego święta koszykówki, zawodnicy rozstawili się po boisku w odległości kilku metrów od siebie i udawali, że grają pozwalając przeciwnikom na kozłowanie i wsady. Nie dało się tego oglądać, podejście było tragiczne, a oprawa dramatyczna.

Lublin zaskoczył bardzo pozytywnie. Pomimo braku największych gwiazd Prokomu, mecz - jak na spotkanie tego typu - był naprawdę ciekawy. Nie było pozorowanej obrony, nie było odpuszczania, była normalna walka. Może nie na śmierć i życie, ale nawet ja, przeogromny przeciwnik tego typu widowisk, jestem mile zaskoczony.

Każdy, nawet najbardziej wybredny kibic, mógł znaleźć coś dla siebie. Trochę obrony, trochę walki nad obręczą i na obwodzie przy próbach przechwytów, kilka ciekawych wsadów, parę efektownych podań, nieprawdopodobne rzuty z dystansu i ciekawe dryblingi.

Michael Wright - od dziś nazywany przeze mnie Timem Duncanem PLK - wszedł na parkiet jako rezerwowy i zrobił to co robi zawsze. Grał. Rzucił 30 punktów, miał 15 zbiórek. Nawet jak na mecz nie na serio - robi to wrażenie. Zasłużenie dostał MVP - i tym co napiszę pewnie się narażę, ale dobrze, że nie było głosowania sms'owego na najlepszego gracza meczu. Bo wtedy zapewne wygrałby Tomasz Kęsicki, Marek Miszczuk albo Piotr Stelmach.

I tu znajdę moment na dygresję. Wright wyraźnie bawił się grą, nie podszedł w stu procentach na serio, ale jego umiejętności koszykarskie stoją na tak wysokim poziomie, że nawet lekkie odpuszczenie pozwoliło na wykręcenie cyfr z najwyższej półki. Szkoda, że za rok w Polsce go już raczej nie będzie i że właśnie takich zawodników w naszej lidze jest jak na lekarstwo.

Popis dał też Andrzej Pluta - po raz 7 wygrał konkurs rzutów za trzy punkty. W eliminacjach trafił 12 rzutów z rzędu i w sumie miał 26 punktów, w finale poprzeczkę wysoko postawił Tomasz Celej. Ale dla Pluty formalnością było trafienie do kosza 21 razy. Fenomenalnie ułożony rzut Andrzeja Pluty jest znany w całej Polsce - podobno podczas jednego z treningów dzięki miękkiej kiści do kosza wpadło 225 rzutów wolnych z rzędu.

Czy to wymaga komentarza?

Ponadto zawodnik Anwilu w wywiadzie telewizyjnym powiedział też coś co powinno być mottem każdego sportowca.

Nie mam wielkiego talentu i do wszystkiego musiałem dojść ciężką pracą.

Pominę ocenę konkursu wsadów, bo o ile dunk Eddie Millera nad Krzysztofem Szubargą był przedni, tak popisy nad obręczą w wykonaniu zawodników PLK raczej nie elektryzują w tego typu zabawach. Często nie mają oni ochoty ryzykować kontuzji i konkurs przemienia się w próby uniknięcia urazów.

Pozytywnie można ocenić też samą organizację. Bardzo interesujący był pokaz akrobatyczny Teatru Ocelot, który odbył się przed samym spotkaniem. Może momentami było przydługo (szczególnie podczas prezentacji), może infografiki w TVP Sport były na poziomie grafiki z Pegazusa (dla niewtajemniczonych, taka prehistoryczna konsola do gier), może reklamy przerywały prezentację np. Igora Griszczuka, ale ogólny ogląd wypadł in plus.

Poza jednym. Na koszulkach, na bandach reklamowych i parkiecie widniały reklamy Bet-At-Home. Kilka zdań pisze o tym też Michał Owczarek. Jak doskonale wiemy, prawo tego zabrania i pytanie - kto za to odpowie i jak dużo kary zapłaci organizator lub PLK za dopuszczenie się tego występku?

wtorek, 16 marca 2010

Tak właśnie kończy się jakakolwiek organizacja, czegokolwiek w Polskiej Lidze Koszykówki. Niestety z odejściem z funkcji pełniącego obowiązki prezesa PLK, nie odeszła klątwa i przekleństwa, które związane są z rządami Romana Ludwiczuka.

W Meczu Gwiazd, który odbędzie się w najbliższy weekend nie wystąpią ani Qyntel Woods ani David Logan ani Ronnie Burrell ani Przemysław Zamojski. Zamiast nich w pierwszych piątkach zagrają m.in. Marek Miszczuk, Tomasz Kęsicki czy Piotr Stelmach. Z całym szacunkiem do tych graczy, ale do miana gwiazd ligi brakuje im lat - i z grzeczności pominę świetlnych. Trzech z czterech wymienionych graczy Prokomu to niewątpliwie ogromne gwiazdy ligi, postaci które przyciągają publikę i są w stanie zagwarantować tuzin efektownych akcji podrywających siedzenia z krzesełek i powodujących bezwarunkowy odruch klaskania oraz jęk zachwytu.

Dlaczego nie wystąpią? Bo Asseco Prokom Gdynia przygotowuje się do arcyważnego meczu w Eurolidze. Jest to argument jak najbardziej merytoryczny, bo przecież nikt związany z koszykówką nie chce, aby Prokom wystąpił w meczu z Olympiakosem osłabiony.

Pretensji nie można mieć zatem ani do Tomasa Pacecasa, ani do zawodników, ani do Ryszarda Krauze. Można za to mieć pretensje do … No zgadujcie, przecież to sytuacja w polskiej koszykówce niespotykana. Tak, pretensje można mieć do władz ligi. Krytyka omija Jacka Jakubowskiego, bo nie jego decyzją była zmiana terminu rozgrywania Meczu Gwiaz A.D. 2010.

Winnym sytuacji jest Pan z poniższego zdjęcia.

Po głowie jak zwykle dostanie się Romanowi Ludwiczukowi, który przed powołaniem Jacka Jakubowskiego na prezesa PLK spełniał rolę pełniącego obowiązki. I o czym Prezes Polskiej Koszykówki zdecydował? O przesunięciu terminu Meczu Gwiazd PLK z 13 marca na 20. Dlaczego? Bo w tych pierwszych dniach zaplanowano Mecz Gwiazd 1 ligi.

Jednakże dzięki takiemu genialnemu ruchowi gracze i sztab szkoleniowy Prokomu musieli wybierać pomiędzy uciążliwą podróżą przez całą Polskę, zagraniem w Meczu Gwiazd i powrotem do Gdyni, a przygotowywaniem się do meczu Euroligi.

Posłużę się słowami jednego z moich kolegów - w takiej sytuacji trzeba zadać sobie pytanie, co dla koszykówki w Polsce jest ważniejsze? Czy gra Prokomu w Eurolidze, czy kilka kozłów pod nogami i trzy efektowne wsady w meczu w Lublinie. Odpowiedź jest prosta, Prokom musi w pełnym składzie, całkowicie spokojny i skupiony przystąpić do meczu z Olympiakosem. Ta kwestia nie podlega dyskusji.

Dyskusję można za to wywoływać wśród idiotycznych decyzji, które powodują, że niektórzy musieli wybierać. Gdyby bowiem Mecz Gwiazd odbył się w terminie wcześniej ustalanym, nie doszłoby do kuriozalnej sytuacji, w której Polski All Star Game opuszczą dwie z pięciu największych gwiazd Polskiej Ligi Koszykówki.

O ile sam nie jestem wielkim fanem rozgrywania pojedynków o pietruszkę, tak doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że fani meczów, w których można zobaczyć wygłupy, kilka efektownych akcji i zero obrony, naprawdę w naszym kraju są. I przykro mi, że właśnie oni, a może nawet przywoływani przeze mnie wiele razy, przysłowiowi Kowalscy (których na trybuny mają przyciągać właśnie takie mecze), nie będą mogli zobaczyć tych największych z największych.

sobota, 13 marca 2010

Stare przysłowie, albo jakiś zabobon, twierdzi że o nieobecnych nie powinno się mówić. O tym i o kilku innych nieobecnych, mówić jednak trzeba.

Wyjściem dla tego tekstu jest dla mnie sytuacja z Wrocławia, gdzie od prawie dwóch lat Śląsk nie istnieje w ekstraklasie, a kibice w tym mieście odzwyczaili się powoli od koszykówki. Nie pomogły Mistrzostwa Europy, żałosną namiastką budowania zainteresowania i udowodnienia, że Wrocław kocha koszykówkę było beznadziejne zorganizowanie, beznadziejnego Pojedynku Gigantów. Nie pomógł też chwilowy wyskok ze Zgorzelca i rozgrywanie we Wrocławiu meczów Pucharu Europy w wykonaniu PGE Turowa.

Synonimem koszykówki we Wrocławiu jest Śląsk Wrocław. Mieszkańcy tego miasta chcą oglądać Turów, chcą oglądać mecze pokazowe, chcą pucharów, emocji, porażek, zwycięstw, bohaterów, akcji, czasem może i skandalu. Chcą tego wszystkiego, ale w momencie, kiedy będą mogli kibicować swojemu zespołowi. Swojemu ukochanemu Śląskowi. Na inne namiastki i próby przemycenia obcych marek na ten święty teren, z chęcią popatrzą chwilę, a potem parskną z obrzydzeniem.

Nie twierdzę, że wrocławianie są wybredni, nie twierdzę, że to rozkapryszony rodzaj kibica. Niektórzy stwierdzą nawet, że prawdziwi fani koszykówki, będą chcieli oglądać koszykówkę, nie ważne w jakim wydaniu. Coś mi się jednak nie wydaje, żeby było to takie proste. Czy będąc mieszkańcem Chicago i fanem Bulls chcę oglądać Chicago Bulls, czy grający w Wietrznym Mieście przypadkiem Milwauke Bucks? Bliższa ciału koszula - czy fani we Włocławku chcieliby zamiast Anwilu oglądać na parkiecie w Hali Mistrzów Polpak Świecie? Chyba nie.

Pozwoliłem sobie na trochę przydługi wstęp, bo przez ostatnie dwa tygodnie obserwowałem malutki ruch w interesie koszykarskiego Śląska. Byłem gościem na kultowej w środowisku Kosynierce, kiedy przy ul. Mieszczańskiej zaparkowało kilka autobusów z kibicami z Ostrowa Wielkopolskiego. Uwierzcie, zamiast zagrań zawodowców, na parkiecie oglądaliśmy popisy drugoligowców. Na trybunach atmosfera była jak za czasów największych pojedynków Stali ze Śląskiem w ekstraklasie. Mimo tego, że Kosynierka nie mieści ogromnych ilości fanów, publiki z Wrocławia było bardzo dużo - dało się zauważyć, że to Śląsk przyciąga widzów.

Nie udało mi się niestety być na rozgrywanych we Wrocławiu Mistrzostwach Polski U-20. Niestety, bo ciekaw byłem występów Śląska, ciekaw byłem ilu fanów koszykówki, zasiądzie na niewygodnych krzesełkach Kosynierki. Z relacji kolegów wynika, że było całkiem przyzwoicie.

Słowo o nieobecnym w lidze Śląsku to stanowczo za mało. Przecież to nie jedyny zespół, który zniknął z koszykarskiej mapy Polski, albo zaszył się tak głęboko, że nie sposób go prawie odnaleźć. Wspomniana wyżej Stal Ostrów Wielkopolski gra w drugiej lidze. A kibice nowożytnej koszykówki doskonale pamiętają, że to właśnie drużyna z Ostrowa prowadzona przez nieśmiertelnego i umiejącego funkcjonować tylko w realiach tego miasta, Andrzeja Kowalczyka, dawała wszystkim spory zastrzyk emocji.

W podobnym stanie są Start i AZS Lublin. Czasem pierwsza, czasem druga liga, kiedyś mówienie o awansie, próby wykupienia dzikiej karty, w końcu brak funduszy. Sekcja koszykarska męskiej Wisły Kraków skończyła swój żywot w Tarnowie (a obecnie jakąś młodzieżą gra w 2 lidze), Hutnik Kraków - nie istnieje.

Jakaś szansa rodzi się pod Szczecinem, gdzie Spójnia Stargard zajmuje solidne, piąte miejsce w tabeli pierwszej ligi. A gdzie AZS Szczecin? Daleko, bo w 2 lidze, na pierwszym miejscu w swojej grupie. Bydgoska Astoria, kiedyś w ekstraklasie, teraz, tak jak wspomniany przed chwilą AZS, na pierwszym miejscu w grupie A 2 ligi. Dużo, dużo niżej Legia Warszawa.

Taka wyliczanka może trwać długo, bo nie wspomniałem jeszcze o zespołach Pogoni Ruda Śląska, Znicza Pruszków czy Unii Tarnów.

Po co o tym piszę? Bo mielismy w Polsce wiele silnych koszykarsko ośrodków i z różnych przyczyn, różni ludzie doprowadzili do szybkiego upadku, powolnego zjadania przez polityczną gangrenę, zlikwidowania, zamknięcia, skutecznego usunięcia w cień, każdej z wymienionych sekcji.

I niestety prawdą jest to, co powiedział mi ostatnio w wywiadzie dla Gazety Wyborczej, dyrektor Ciszewski Marketing Sportowy - Wojciech Majeran.

Dobre słowo o odbudowie, popieranie inicjatyw społecznych chcących znaleźć sponsorów, starających się coś zrobic, to tylko dobre słowo. Jak dosadnie stwierdził Pan Wojciech - uważam, że to tylko grzeczność.

środa, 10 marca 2010

Niezadowolony decyzją sędziego zawodnik ... zresztą, zobaczcie sami.

11:48, anfernee , Inne
Link Komentarze (3) »
wtorek, 09 marca 2010

Bez dwóch zdań najlepsze reklamy sportowe robi moim zdaniem Nike. O wielkości Nike i agencji obsługującej ten koncern świadczą też serie z Erickiem Cantoną - Scorpio KO (Mistrzostwa Świata w 2002 roku) i Joga Bonito (4 lata później) były po prostu genialne.

Na pewno pamiętacie zarośniętego Cantonę nagrywanego jakby amatorską kamerą w Joga Bonito.

I ta, która zdaniem felietonisty ESPN Erica Neela jest the best, ever and ever, czyli Nike - See Lance Ride.

Jest w tym klipie magia, muzyka powoduje, że z przyjemnością patrzymy, jak Armstrong pobija mile za milą i równa się z motocyklistami, pociągiem, czy lecącym kilka kilometrów nad nim kluczem ptaków. Da się czuć wolność, siłę, determinację, oczami wyobraźni widzimy też pokonywanie kolejnych granic. Ten klip bardzo przypomina mi sceny z Forresta Gumapa, kiedy to główny bohater do utraty sił biegał, jednał sobie ludzi, pokazał przeolbrzymią siłę woli i inspirował. Tak jak Lance. Poza tym biegał w butach Nike Cortez.

Nie sposób też zapomnieć o serii Picke Me wypuszczonej przez NFL. Reklamy mają promować Fantasy Football. Biorący w niej udział zawodnicy, namawiają wirtualnych menedżerów do tego, aby to właśnie ich wybrano w draftach swoich lig.

Wielką kreatywnością odznaczają się też reklamy zaprezentowane na stronie BeautifullLife.info. Link do zbioru podesłał mi kolega Paweł prowadzący witrynę Biegi.org. Wrażenie robi kilka ciekawych pomysłów Decathlonu, zajawki meczów rugby Włochy - Nowa Zelandia prezentowane przez La Gazzetta Dello Sport, czy kampania Soccer is our music prezentowawna przez ESPN i Radio Eldorado.

Najlepsze, mające polot, finezję obrazki z tej listy to - Wisconsin Fencing Academy: Holes.

Oraz American Footbal: Tougher Football.

Niezłe, ale kreatywności w reklamach z udziałem Michaela Jordana nie przebije jednak nic.

Te krótkie filmiki poruszają nie tylko fanów Jordana, nie tylko fanów sportu, ale i przysłowiowe panie domu, oglądające jedynie M jak miłość.

Nie wrzucam ich tutaj, wyoutubowanie ich nie stanowi żadnego problemu.

poniedziałek, 08 marca 2010

Carmelo Anthony z Denver Nuggets i kompani jednej z najbardziej utalentowanych gwiazd NBA, narzekali ostatnio na brak szacunku wśród rywali. Słusznie, bo Denver to z bilansem 42-21 trzecia siła w konferencji zachodniej - za Los Angeles Lakers i Dallas Maverics.

Oprócz tego w zespole gra wspomniay Anthony, potrafiący rewelacyjnie znaleźć sobie miejsce do rzutu, rozgrywający przeze mnie wielbiony za styl gry, Chauncey Billups i spore grono zadaniowców, których George Karl poukładał w świetny kolektyw.

Podejrzewam, że kibice z Włocławka rzucą mi się do gardła, ale pokoloruję trochę dla lepszego efektu. Tego typu zapomnianym, ‘nieszanowanym’ i wychodzącym zza pleców rywali zespołem jest w tym roku Anwil Włocławek. W Polskiej Lidze Koszykówki dużo mówi się o problemach ligi i związku, dużo mówi się o odnoszącym coraz większe sukcesy Asseco Prokomie Gdynia, trochę mniej, ale również dużo o wpadającym w dół organizacyjny i sportowy PGE Turowie Zgorzelec.

A o Anwilu? Mówi się, nie mało, nie dużo, ale na pewno nie wystarczająco patrząc na dokonania tego zespołu. Na stronach internetowych toruńskiego wydania Gazety Wyborczej, wśród 10 ostatnio umieszczonych artykułów jeden ma wydźwięk bezapelacyjnie negatywny. Reszta to same pozytywne lub neutralne, bardzo informacyjne przekazy. O czym się pisze? O rewolucyjnym pomyśle transmisji internetowej z meczu, o inicjatywie kibiców, którzy dzięki telefonom komórkowym doprowadzili do sytuacji, w której w Meczu Gwiazd PLK mogą wystąpić sami gracze Anwilu, o licytacji kolacji z koszykarzem. Przypadek? Raczej nie, bo Zbigniew Polatkowski idąc dobrą, renomowaną szkołą i wydeptaną drogą, postawił na … pomysłowość i nieszablonowość. Wyróżnił klub z Włocławka m.in. świetnie prowadzoną stroną internetową. Nie wiem czy nakazał, czy wynikało to z obserwacji trendów zachodnich i przetransportowania ich na nasz rynek, ale Anwil używa wszystkich dostępnych kanałów komunikacyjnych. Oprócz strony internetowej prowadzonej naprawdę na bardzo wysokim poziomie, Anwil prowadzi też kanał na YouTube, konto na Twitterze i na Facebooku. I co najważniejsze, to wszystko żyje, bo założyć konta i zostawić je samym sobie, może każdy.

Strona sportowa? Prowadzony przez Igora Griszczuka zespół przegrał do tej pory w lidze tylko dwa razy - z Prokomem i wygrywającą z każdym z rywali z czołówki Polonią Azbud. Ma jeszcze szanse na zajęcie pierwszego miejsca przed fazą play-off. Taka postawa spowodowała, że Anwil jest drugi w tabeli i nie sądzę, aby oddał to miejsce na korzyść trzeciej Polpharmy. Skład? Z gwiazd Andrzej Pluta i Krzysztof Szubarga, reszta to bardzo solidni koszykarze - wyciągnięty ze Stali Ostrów Wielkopolski po bardzo udanym sezonie Nikola Jovanović, ciągle groźny Mujo Tujlković, zupełnie inni od siebie pod koszem Rashard Sullivan i Alex Dunn i zakontraktowany ostatnio, bardzo ciekawy skrzydłowy Brett Winkelman. Nazwiska nazwiskami, ale najważniejsze jest i tak to, że Griszczuk z tych mniejszych i większych indywidualności, złożył sprawnie działający kolektyw. No i nie można zapomnieć, że Griszczuka kilka dni temu obwieszczono nowym selekcjonerem reprezentacji Polski.

A cały ten - może trochę na wyrost - sukces, został stworzony za podobno bardzo, bardzo małe pieniądze. Jak widać, mając mniejsze środki finansowe, trzeba zacząć racjonalnie je wydatkować, mieć pomysł, działać konsekwentnie i racjonalnie. We Włocławku przyniosło to oczekiwane efekty. Mój typ - ogromne szanse na finał, bo dzieląc skórę na niedźwiedziu - Prokom w szerszej perspektywie, jest w tym sezonie nie do pokonania.

P.S. A wszystkim, koszykarkom, fankom koszykówki, ale także i tym niezbyt interesującym się tą dyscypliną sportu, wszystkiego najlepszego z okazji dnia kobiet.

EDIT: Racja - Anwil przegrał trzy, a nie dwa mecze. Zapomniałem o Polpharmie.

czwartek, 04 marca 2010

Dziś krótko. O sukcesach, o awansach w dyscyplinie sytuującej się na uboczu sportu w Polsce.

Milion w środe, milion w sobotę - takim hasłem posługiwał się popularny Totolotek, by zachęcić społeczeństwo do płacenia podatku od naiwności. Niektórym, tym wygrywającym kumulacje ta naiwność się opłaciła, innym nie.

Szczęście z powodu kumulacji na pewno mogą odczuwać kibice koszykówki w Polsce. Pogrążona w zapaści dyscyplina sportu odniosła w środę dwa sukcesy. Ogromne sukcesy. Do Elite 8 w Eurolidze awansował Asseco Prokom Gdynia, jeszcze wyżej bo w Final Four znalazła się kobieca drużyna Wisły Can-Pack Kraków.

I Wisła i Prokom trafiły po milionie, ale takim, który przyniósł radość nie tylko wygrywającym, ale i większej rzeszy obserwujących losowe numery pojawiające się na tablicy wyników.

O awansie Asseco Prokomu do elitarnej ósemki Euroligi powiedziano już wiele. Dużo o tym sukcesie pisze Adam Romański, na łamach Sport.pl, słusznie emocjonuje się Grzegorz Kubicki. Przypomina też, że znalezienie się Prokomu w ósemce najlepszych drużyn kontynentu, to wyrównanie osiągnięcia Lecha Poznań sprzed blisko 20 lat.

Kilka dni  temu sukces Prokomu został zauważony przez dziennikarzy TVN, a ściślej mówiąc, śniadaniowy, równie elitarny jak Elite 8, program Dzień Dobry TVN. Andrzej Sołtysik i Magda Mołek rozmawiali z Qyntelem Woodsem, Davidem Loganem i Adamem Hrycaniukiem na temat bliskości awansu, na temat spędzania wolnego czasu. Temat koszykarski w porannym programie TVN to z pewnością kolejna składowa sukcesu.

Wisła Can-Pack znalazła się poziom wyżej niż Prokom, bo jest już w Final Four. Wspomina o tym Łukasz Cegliński na Sport.pl. To osiągnięcie w ostatnich latach żeńskie kluby koszykarskie z Polski osiągały już trzykrotnie (Wisła po raz pierwszy), więc w przypadku drużyny prowadzonej przez Jose Hernandeza potrzeba awansu do ścisłego finału i powalczenia o złoto.

Osobiscie brakuje mi tylko wygranej Prokomu, chciałem aby zespół z Gdyni postawił kropkę nad przysłowiowym I, awansując do elity bez matematycznych rozważań nad ilością małych punktów, a dzięki większej ilości zwycięstw.

Tak, czy inaczej środę można uznać za dobry dzień dla zespołów z Polski.

 

Subskrybuj RSS