czwartek, 31 grudnia 2009

Blogerzy spod kosza atakują ponownie - tym razem na tapetę wzięta została najlepsza liga świata - NBA. To już trzecia część z cyklu, dziś w serwisie Sport.pl ukaże się czwarta i zarazem ostatnia odsłona podsumowująca miniony rok. Tym razem mowa będzie o rozgrywkach w Europie i kadrze Polski.

Fragmenty dyskusji poniżej.

Maciej Kwiatkowski (Zawsze po pierwsze): Miniony rok w NBA przywrócił mistrzostwo niewątpliwie najpopularniejszej drużynie na świecie, Los Angeles Lakers. W obecnie trwającym sezonie znowu powtarza się ta sama historia i gdy na Zachodzie są tylko Lakers i długo nic, tak w Konferencji Wschodniej jeszcze mocniej niż rok temu uzbrojeni są Cleveland Cavaliers, Boston Celtics i Orlando Magic.

Michał Owczarek (Pick and Roll): Chyba nie do końca tak jest. Na zachodzie rzeczywiście Lakers zdecydowanie przewodzą, ale za plecami mają ośmiu, dziewięciu w miarę wyrównanych rywali, każdy może wygrać z ka żdym. Przykładowo Suns, Blazers, Nuggets czy Spurs to ekipy groźne dla wszystkich, nawet dla wielkiej trójki na wschodzie i nie można ich zbyt wcześnie skreślać.

Michał Rodziewicz (3 sekundy): Mnie cieszy powrót Phoenix Suns do swojej ideologii sprzed kilku lat. Kompletnie nieudana zmiana trenera oraz transfer Shaqa przygasiły słońca w zeszłym sezonie. Teraz Nash i spółka odżyli, mogą gra ć radośnie i na razie się to opłaca. Wprawdzie Phoenix znowu wygląda jak drużyna, która "gra jak nigdy, w play-off przegra jak zawsze", ale ostatnio zmiotła z parkietu samych Lakersów. Czyżby wracali do czołówki?

MO: Jakkolwiek nie byłoby z Phoenix to był rok Los Angeles Lakers, którzy w wielkim stylu zdobyli tytuł, a obecny sezon też zaczęli fenomenalnie. Ostatnie mecze pokazują jednak, że koncepcja budowy zespołu z bardzo silną pierwsza piątką i słabszą ławką rezerwową może być dla tej ekipy problemem. Czy będzie, pokaże kolejny rok.

MR: A propo Lakersów - ostatnie spotkania pokazują, że Kobe chyba nawet jak będzie miał złamaną nogę i jedną rękę w gipsie - i tak rzuci swoje trzydzie ści punktów w spotkaniu.

Całość dyskusji można przeczytać tutaj.

Pierwszy tekst z cyklu Blogerzy spod kosza - Co z tym Gortatem?

Drugi tekst z cyklu Blogerzy spod kosza - Prokom i długo, długo nic.

wtorek, 29 grudnia 2009

Zgodnie z ustaleniami pomiędzy kilkoma blogerami dziś ukazała się druga część z cyklu Blogerzy spod kosza. Maciek Kwiatkowski, Michał Rodziewicz, Michał Owczarek, Jakub Wojczyński i moja skromna osoba, dyskutują o koszykówce ligowej w Polsce. Więcej w niej niestety negatywów, niż pozytywów - a o baskecie kobiet nie mówi się praktycznie wcale, pomimo tego, że sukcesy klubowe odnoszą właśnie przedstawicielki płci pięknej.

Maciej Kwiatkowski: Dominacja Asseco Prokom doprowadziła do tego, że coraz więcej osób chciałoby w końcu zobaczyć jak mistrz przegrywa. Dlatego tak imponujące wrażenie zrobił na mnie pościg gdynian za Turowem w przedświątecznym pojedynku. Pokazali wtedy, że prócz dużej przewagi talentu nad resztą mają też charakter i wygranie meczu z Turowem było dla nich równie ważne co dla zgorzelczan. Nie wygląda na to, by mistrzostwo opuściło Trójmiasto, odkąd Asseco jest najlepszym ligi po obydwu stronach parkietu i ma dwóch najlepszych obwodowych kreujących grę. Michael Wright z Turowa potrafi opanować deski, ale co z obwodem? Po pierwszej rundzie wicemistrzowie są na szarym końcu w stratach i tylko młodzi koszykarze z Polonii 2011 wymuszają ich mniej niż Turów. Anwil? I tak mam wrażenie, że możemy dyskutować tylko o tym czy jakimś cudem uda się komuś urwać gdynianom dwa mecze w finale.

Szczepan Radzki: Bądźmy chociaż trochę optymistami - jeśli hegemonia Prokomu (6 mistrzostw z rzędu) i Tomasa Pacecasa (8 tytułów) nie zostanie przerwana, kolejny rok pod względem poziomu ligi będzie jeszcze gorszy. Z grubym portfelem Ryszarda Krauze nie może nawiązać nawet Polska Grupa Energetyczna, reszta ligi walczy o podrzędne cele.

Michał Rodziewicz: Prokom jest zdecydowanie najlepszy. Jedyna pozycja, na której mogą być słabsi to Michael Wright i Turów. Ale pomimo to najbliższa liga skupia się na wielkim oczekiwaniu. Na co? Na jakąkolwiek porażkę gdynian. Zdanie mam identyczne jak Maciek - jeśli nie nastąpi jakiś wielki rozłam w ekipie Tomasa Pacesasa, to dwie porażki w finale będą maksimum emocji w decydującym starciu.

Jakub Wojczyński: Obniżenie poziomu ligi - poza Prokomem - nie podlega dyskusji. Dlaczego? Przepis o dwóch Polakach na parkiecie plus mniejsze budżety powodują, że grają tacy, a nie inni zawodnicy. I możemy się cieszyć, że Szubarga, Kitzinger i inni grają lepiej niż w poprzednich latach, ale coś za dużo jest tych nazwisk, które nagle zrobiły wielki postęp. Znowu się narażę kibicom Znicza Jarosław (który ma najsłabszy skład w historii swojej gry w PLK, ale radzi sobie najlepiej), ale jeśli rzucający obrońca o wzroście 190 cm ma prawie 9 zbiórek na mecz to źle to świadczy o całej naszej ekstraklasie... Podobnie jak to, że najlepszym blokującym ligi jest (z całym szacunkiem) Leszek Karwowski. Zespoły w PLK są coraz niższe, rzucający obrońcy udają niskich skrzydłowych, ci udają silnych skrzydłowych, a ci ostatni - środkowych. Prawdziwych centrów można policzyć na palcach jednej ręki. I z tym mamy się pchać do Europy? Są tacy, którzy mówią, że nawet kosztem obniżenia poziomu powinniśmy promować Polaków. Ale chyba nie takich jak Greg Surmacz?

Całość artykułu do przeczytania w serwisie Sport.pl. Polecam.

Pierwszy tekst z cyklu Blogerzy spod kosza dostępny jest pod tym adresem w portalu Sport.pl.

W kolejnych dniach poruszone zostaną tematy NBA oraz kadry narodowej i Europy.

Pierwsza część podsumowania koszykarskiego Blogerzy spod kosza - Marcin Gortat widzi światło dzienne. Fragmenty tego tekstu poniżej.

Do naszych wpisów ustosunkował się na stowim Twitterze nawet sam Marcin Gortat.

Łukasz Cegliński (Skulls full of maggots): Jeśli 'Gortat w lodówce męczy', to dotyczy to moim zdaniem nielicznych w Polsce fanów NBA i koszykówki w ogóle. My wiemy, że Gortat znalazł się w trudnej dla niego, wręcz patowej sytuacji, oni - 'przypadkowi kibice' - ciągle interesują się jedynym Polakiem w NBA. Interesowaliby się rzecz jasna trzy razy bardziej, gdyby o Gortacie można było napisać po kolejnym meczu coś więcej niż 'starał się w obronie, zebrał trzy piłki, dwa razy dobrze pobiegł do kontry, ale koledzy nie podali mu piłki'. Dziwię się natomiast stwierdzeniu, że Gortat jest 'niezadowolonym z ogromnych milionów chłopczykiem'. Kasa jest gwarantowana i nie ma sensu o tym mówić/pisać. Nie mówi o niej Gortat. Problemem są minuty. Koniec, kropka.

SR: Nie zrozumcie mnie źle, ja Gortata uwielbiam, między innymi za to że rozmowa z nim to czysta przyjemność. Niestety nie wszyscy są w stanie zrozumieć, że on czasem powie coś na wyrost, czasem ktoś jego słowa przekręci - o czym sam pisał na swoim Twitterze. Jednym z ostatnich wpisów był też mały apel do kibiców, którym zakomunikował, że muszą być cierpliwi, bo sytuacja w Orlando nie ulegnie w niedługim czasie zmianie.

Michał Rodziewicz (3 sekundy): Na szczęście Gortat wydaje się twardo stąpać po ziemi, więc również nie zaszkodzi. Za to wydaje się bezcenne dla koszykówki w Polsce. Powiedzmy sobie szczerze - Marcin przez rok zrobił więcej, niż PZKosz i wszystkie powiązane z nim organizacje przez dobrych 5-6 lat. Trafił do ogólnodostępnej telewizji, był w gazetach na więcej niż dwa akapity, zainteresował tych kilka milionów ludzi do obejrzenia spotkania choćby z Litwą. Dlatego im więcej o nim, tym lepiej. Parafrazując pewne stwierdzenie, "Nieważne jak by pisali o Gortacie, byle by pisali. Dla dobra polskiej koszykówki". I wiem, że to brutalne, ale prawdziwe - obecnie ludzi nie interesuje to, że Gortat trenuje po 5h dziennie. Że jest trzecim podkoszowym w rotacji, popełnił w ostatnim meczu trzy faule, czy rzucił w miesiąc łącznie 150 punktów. Oni chcą wiedzieć dlaczego nie odszedł z Orlando, jakim jeździ samochodem, co je na śniadanie i czy zatańczy w Tańcu z Gwiazdami. Niestety. NBA i jego poczynania w tej lidze schodzą na dalszy plan. I jeśli chcemy utrzymać jego postać w pamięci szerokiego targetu - tak chyba musi pozostać.

Michał Owczarek (Pick and roll): Moim zdaniem mamy trzy grupy - zwykłych kibiców sportu, których przyciąga wielki sukces - granie po kilka minut nim nie jest, ich Gortat nie interesuje. Zwykli czytelnicy, dla których, tak jak napisał Łukasz, Gortat to koszykówka, i kibice basketu, którzy całym Gortatowym zamieszaniem są zmęczeni. Problemem z Gortatem i podejściem do niego jest to, że on już nie zaskakuje. W zeszłym sezonie Gortat wyskoczył jak przysłowiowy królik z kapelusza, tu zablokował LeBrona, tam dał świetną zmianę, zrobiłem fajne kampy dla dzieciaków, a później wróciła szara rzeczywistość z Orlando, gdzie nadal jest ósmym czy dziewiątym zawodnikiem w rotacji. Gdy cały czas nie idziesz w górę lub nie utrzymujesz się na wysokim poziomie, ludzie się tobą nie interesują. Gortat na razie pozytywnie nie zaskakuje. Nie można powiedzieć, że gra źle. Wypełnia swoją rolę, ale to by zainteresować kibiców nad Wisłą już za mało.

Maciek Kwiatkowski (Zawsze po pierwsze): Nie zgodzę się ze stwierdzeniem "to 'jęczenie' w USA jest normalne". Niestety (dla Marcina) tak to nie wygląda i z pewnością będzie się za nim ciągnąć opinia gracza, który pewnego dnia postanowił głośno wyrazić swoje niezadowolenie. Tym bardziej moment, w którym to zrobił był niestosowny, bo gdy miał minuty gry w listopadzie - nie wykorzystywał ich. W dodatku niezrozumiałe komentarze, na które też zwrócono uwagę, o tym, że z jednej strony narzekał na brak czasu gry, a z drugiej strony wspominał o fizycznym i mentalnym wyczerpaniu. Oczywiście - może poza tym ostatnim stwierdzeniem - idzie całą sytuację wytłumaczyć. 2 miesiące treningów i gry w kadrze były dla niego pierwszym takim doświadczeniem. I jak się okazało - nawet taki atleta jak Gortat tego nie wytrzymał.

Całość tekstu na Sport.pl - zaprszamy do przeczytania.

sobota, 26 grudnia 2009

W PLKK znowu się biją. Tym razem łokcie nie idą w ruch w ferworze walki, przy zbiórkach, przechwytach, szamotaninie w powietrzu i na ziemi. Tym razem zawodniczka została pobita przez ... trenera.

Chodzi o Ewelinę Gale, która opuściłą już zespół Energi Toruń.

Głównym powodem takiej decyzji jest zachowanie trenera Elmedina Omanicia podczas wspomnianego spotkania. Bośniak po jednej z nieudanych akcji zmienił Ewelinę Galę, a następnie naruszył jej nietykalność cielesną.

Podczas zmiany zawodniczka wdała się w dyskusję ze szkoleniowcem. Jak sama twierdzi, nie było w tym nic nerwowego, zaczepnego, czy agresywnego.

Po tej sytuacji trener Omanić ścisnał moją rękę w okolicach nadgarstka. Poczułam ból, więc wyrwałam rękę. W tym momencie trener zamachnął się i uderzył mnie w przedramię tak silnie, że mam siniaka. Później usiadłam na ławce, a trener wymachiwał rękoma przed moją twarzą, cały czas przeklinając w swoim języku.

Krystian Góralski i Dawid Łopatka w artykule piszą, że nie był to pierwszy tego typu przypadek. Gala została uderzona przez trenera Elmedina Omanica już rok wcześniej podczas jednego z treningów. Kara została wymierzona za niechęć zrobienia krzywdy koleżance podczas gdy ta wchodziła pod kosz.

Nie wiem kim jest Omanić, wiem natomiast - m.in. z tekstu wyżej wymienionych - że posadę w Wiśle Kraków stracił za podobne zachowanie.

Zarząd klubu z Torunia nie zamierza wyciągać wobec trenera żadnych konsekwencji. Przynajmniej chwilowo. Władze tłumaczą się jednak w idiotyczny sposób - Jeśli sytuacja nie została sprowokowana przez zawodniczkę, wtedy podejmiemy odpowiednie kroki.

Nawet jeśli prowokacja była, takie zachowanie ze strony Bośniaka nie powinno się przytrafić, jest naganne, sprawa powinna zostać wyjaśniona natychmiast, skonfrontowana z obiema stronami, a konsekwencje wyciągnięte - biorąc pod uwagę, że jest świadek zdarzenia, kibic z Pruszkowa, opisujący sytuację praktycznie tak samo jak zawodniczka.

Na deser jednak wypowiedź dyrektor Energii Toruń Krystyny Bazińskiej.

- Nie znam tej sytuacji z kilku stron. Nie mogę się wypowiadać. Powiedziałam Ewelinie, żeby ten problem zgłosiła do sądu. Dlatego nasz klub jest tak dobrze prowadzony, że nie podejmujemy pochopnych decyzji. Nie działamy na zasadach emocji. Nie robimy sądów kapturowych. Być może był to przypadek. Ta dziewczynka ma dziewiętnaście lat i zero szacunku dla koleżanek. Ja bardzo lubię Ewelinę, to bardzo wartościowy gracz. Dużo zrobiłam, aby myślenie o Ewelinie było pozytywne. I bym chciała, żeby tak było. Proszę zobaczyć, że jakaś nutka sympatii między Omaniciem a Galą była, gdyż występowali wspólnie w programie telewizyjnym „Koszykarska edukacja”. Moim zdaniem Ewelina jest jedną z ulubionych zawodniczek Omanicia.

To jak władze klubu z Torunia są zapatrzone w szkoleniowca przechodzi wszelkie pojęcie. Nie ma się jednak co dziwić, skoro plotka mówi, że Omanić mocno udziela się także na rynku jako agent i większość (rok temu wszystkie) kontraktów w Toruniu to zawodniczki z jego stajni.

13:16, anfernee , PLKK
Link Komentarze (2) »
wtorek, 22 grudnia 2009

Długo nosiłem się z zamiarem napisania notki o najwybitniejszym golfiście naszych czasów. W końcu w chwili przerwy od koszykarskich uniesień znalazłem punkt zaczepienia.

Tak wygląda strona internetowa jednej z istotniejszych marek wśród producentów zegarków:

tiger-tagheuer

Po kliknięciu w Tigera ukazuje nam się taka oto informacja (tutaj fragment):

TAG Heuer confirms today that it will continue its relationship with Golf n°1 Tiger Woods but will respect his desire of privacy by modifying his role in the coming months’ marketing programs.

Strategia deliaktnego wycofania się z reklamowania produktów dzięki wizerunkowi Woodsa funkcjonuje już w Gilette. Teraz do tej grupy dołączył będący z Woodsem od 2002 roku Tag Heuer.

Bardzo pomysłowo Tag Heuer przekazał tą informację światu - umieszczając na stronie głównej podobiznę Woodsa i pisząc, że firma tak czy inaczej wspiera tego wybitnego sportowca.

Problemy golfisty odbiły się szerokim echem wśród innych firm, których twarzą jest Woods. Popularność Woodsa spadła zatrważająco - z 88% do 30 kiedy wyjawiono afery obyczajowe. Dla społeczeństwa nie istnieje żadna granica pomiędzy życiem prywatnym, a zawodowym tak wielkiego celebryty jakim jest Woods. Zastanawiano się czy np. Nike nie ucierpi mocno na całym zamieszaniu wokół twarzy numer jeden oddziału golfowego firmy z Oregonu.

Według specjalistów, Nike Golf wielkich starat nie zanotuje. Mówi się raczej o tym, że marka TW może być troszkę mniej istotna dla Nike w tym momencie, ale sprzedawcy nie zwrócą towaru który zamawiali np. na tegoroczne zawody Masters czy U.S. Open.

Twarz Tigera cały czas widnieje też na stronach internetowych Gilette, Nike Golf, czy pudełkach gier od EA Sport.

Pomimo całego zamieszania obyczajowego, w którym główną postacią jest Tiger Woods, przyznane mu zostały kolejne, do ogromnej kolekcji nagrody. Woods został m.in. Sportowcem Dekady według amerkyańskich wydawców sportowych, za nim znaleźli się Lance Armstrong i Roger Federer (co ciekawe, każdy z nich ma kontrakt z Nike). Golf Wites Associacion of America ogłosiło Woodsa Golfistą roku 2009.

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Wielki dziś dzień dla koszykówki w Polsce nastał - PZKosz po raz pierwszy rozdał nagrody nazwane szlachetnie Złotymi Koszami. Kto co dostał i dlaczego można przeczytać obszernie w tekście na Sport.pl.

Gratuluję zwycięzcom, aby w przyszłym roku sprawili się jeszcze lepiej i żeby jeszcze więcej było firm i ludzi, chętnie inwestujących czas i pieniądze w koszykówkę.

W cieniu, bo koszykówka kobiet, to jeszcze bardziej niszowa dyscyplina niż sama w sobie koszykówka, stoi sytuacja, która moim zdaniem jest obok wypowiedzi prezesa Polatowskiego, najgłośniejszym wydarzeniem dnia. Chodzi o autoryzowany wyiwad Agnieszki Makowskiej, zawodniczki ŁKS Łódź, przeprowadzony przez dziennikarza portalu www.lkslodz.pl.

Wybrałem najciekawsze moim zdaniem cytaty:

Andrzej Nowakowski czy Mirosław Trześniewski? Który z nich jest/był lepszym trenerem?

A.M.: Nie wiem czy powinnam się teraz wypowiadać na ten temat, gdy trener Trześniewski jest obecnym trenerem... Ja mimo wszystko jestem jednak za trenerem Nowakowskim.

Przed sezonem trener narzekał na brak środków finansowych, przez co zespół nie może walczyć o najwyższe cele. Jak zatem wygląda kwestia wypłat, są zaległości wobec zawodniczek?

A.M.: No właśnie zaległości są... Ech... Miało być lepiej niż w zeszłym sezonie, a z tego co wiem, to są spore zaległości z zeszłego sezonu. Ten sezon również zaczął się nieciekawie, ponieważ od samego początku pojawiły się opóźnienia. Finansowo stoimy cienko i jak na razie nie widać poprawy. Trener zawsze mówi, że "będzie, będzie", niby sponsorzy są ale tego nie widać.

Czy zarząd informuje was o prowadzonych rozmowach z potencjalnymi inwestorami?

A.M.: Coś tam wiemy, ale też nie przykładamy do tego większej uwagi. Gdyby "coś" było to chyba na naszych kontach by się to odbiło. A że u nas nic nie widać, żadnej poprawy, to uważamy, że takich ruchów nie ma, albo też umowy są opieszale podpisywane. Ciężko jest mi cokolwiek powiedzieć na ten temat, ponieważ nie chcę wchodzić w sferę finansową, pytać trenera czy podpisaliśmy taką czy inną umowę. Nie leży to do moich obowiązków, a ciągłe dopytywanie się czy mamy w końcu sponsora czy nie byłoby nudne. Ja tutaj gram i fajnie by było jak by wypłata była na koncie. Jest ciężko, zresztą w ŁKS zawsze było ciężko i chyba tak pozostanie bo poprawy nie widać.

Czego możemy życzyć Agnieszce Makowskiej oraz ŁKS Siemens AGD w nadchodzącym 2010. roku?

A.M.: Wypłaty!!! Lepszej trzeciej kwarty (śmiech), no i oczywiście wygranych. By ten procent rzutów z gry podniósł nam się chociaż o dziesięć procent. Mniej strat i byśmy wygrywały te mecze, bo już najwyższy na to czas.

Brawa za odwagę, brawa za szczerość. W autoryzowanym wywiadzie Pani Agnieszka powiedziała otwarcie o klubie, w którym gra kilka gorzkich słów. Tą drogą powinno iść więcej sportowców, może pozbylibyśmy się chorych tworów, które zaciągają długi, likwidują spółki i powołują nowe tylko po to by nie płacić wierzycielom złamanego grosza.

Cały wywiad na stronie www.lkslodz.pl.

Czytając ten wywiad przypomniała mi się jedna z zupełnie odmiennych sytuacji - tych które stoją w opozycji do odwagi prezentowanej przez Panią Agnieszkę - sytuacji tchórzostwa.

Kiedyś w rozmowie z jednym z najbardziej zadziornych graczy PLK spytałem, dlaczego skoro nie ma pieniędzy, to żaden z nich nie powie tego otwarcie, nikt nie wniesie protestu, nikt nie krzyczy, że zalegają, tylko pokornie zgadzają się na takie traktowanie, czasem nawet kłamiąc że odpowiednie kwoty na konto wpłynęły. W odpowiedzi usłyszałem (nie dosłownie, ale sens pozostanie) - Jeśli siedzimy cicho, to jest jeszcze szansa, że dostaniemy pieniądze, jak zaczniemy się aferować z finansami może być kiepsko.Wiesz jak to jest, czasem lepiej przemilczeć pewne sytuacje dla późniejszego dobra.

Czasem lepiej, ale jak jest to jednorazowa zaległość, nie jeśli sytuacja powtarza się z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień i miesiąca na miesiąc. W innym wypadku trzeba w końcu wziąć sprawy we własne ręce, inaczej gracze są tak samo winni chorym nawykom, systemom i procedurom jak agenci nie domagający się swoich pieniędzy, czy zalegający z płatnościami kluby, lub sponsorzy nie wywiązujący się z umów.

P.S. Gracz do dzisiaj nie dostał należnych mu, zapisanych w umowie pieniędzy, a szanse na ich dostanie ocenia się na około 5%.


sobota, 19 grudnia 2009

Nie widziałem w tym sezonie PLK lepszego meczu niż ten Turowa z Prokomem. Nie widziałem, żeby aż tyle rzeczy mogło zdarzyć się w ciągu 45 minut na parkiecie. Turów przegrał z Prokomem 90:91.

Ah co to był za mecz - niesamowite bloki, przechwyty i kontrataki kończone wsadami, walka w parterze i na wysokośći 10 piętra, wysoka przewaga jednego z zespołów, która stopniała w zaledwie kiladziesiąt sekund i pozwoliła powrócić emocjom na właściwe tory - wrzenia.

Był dominujący pod koszami Michael Wright i ten który praktycznie nie dostawał piłki w końcówce spotkania. Był niewidoczny Qyntell Woods i obudzony Woods, slalomujący między obrońcami jak Alberto Tomba. Był zawiedziony Jan Jagla grający bardzo krótko i bohater całej Gdyni Adam Łapeta blokujący w szalenie istotnej akcji Michaela Wrighta. Był latający nad koszem Brandon Wallace i przybity do ziemi TJ Thompson. Był cichy bohater Justin Gray trafiający ważny rzut z dystansu i antybohater Gray, który zamiast wbijać się pod kosz postanowił z odchylenia przelobować dwóch rywali. W końcu była i dogrywka, spokojny Andrej Urlep i rozemocjonowany, machający rękoma, jak Urlep za najepszych lat, Tomas Pacesas.

W końcu był też Ronnie Burrell - 20 punktów, 10 zbiórek przez 40 minut spędzonych na parkiecie. To nie wszystko. Burrell trafiał wtedy kiedy trzeba było. Doprowadził Prokom na 79:82 po celnym rzucie za trzy punkty na minutę do końca. Tak samo arcyważną trójkę trafił 30 sekund później doprowadzając do remisu i dogrywki. A w dogrywce dobił Turów kolejny raz umieszczając piłkę w koszu. Ronnie był tego dnia po prostu wielki.

Mecz był iście telewizyjny, nawet przysłowiowy Kowalski mógł z zaciekawieniem oglądać ten pojedynek i nawet skusić się na zostanie kibicem tak egzotycznej ostatnio w Polsce dyscypliny, jaką jest koszykówka.

Z drugiej strony koszykarskiej ekstraklasy - w kobiecej PLKK, a dokładnie w Krakowie też doszło do wielkich emocji - niestety mniej pozytywnych. Zawodniczka Odry Brzeg Brittany Denson uderzyła Dorotę Gburczyk w taki sposób, że ta musiała zostać odwieziona do szpitala. Gburczyk ma złamany nos z przemieszczeniem, nastąpiło też zatrzymanie akcji serca i oddechu.

Nigdzie nie mogę jeszcze znaleźć w jaki sposób zawodniczka Wisły została uderzona. Mówi się o ciosie łokciem przy walce o zbiórkę. Mocno musiała ta Brittany machać, skoro doszło do tak poważnej kontuzji. W meczach Wisły bijatyka to normalna rzecz. Cztery lata temu Elaine Powell pobiła Jelenę Skerović. Amerykanka miała za pobicie postawione zarzuty prokuratorskie. W tym roku doszło też do bijatyki podczas meczu Tęczy Dudy Leszno z CCC Polkowice. Amisha Carter z CCC uderzyła w głowę Dominikę Nawrotek.

Naprawdę może paniom czas stworzyć przed meczami coś na obraz MMA i pozwalać się najpierw wyżyć, bo jak tak dalej pójdzie koszykówka kobieca zostanie jednym z brutalniejszych sportów na świecie.

Dorocie Gburczyk życzę szybkiego powrotu do zdrowia.

Edit:

Brittany Denson w tym sezonie już zasłynęła z ostrej walki na parkietach PLKK. Amerykanka złamała nos Monice Krawiec z Energi Toruń. Proponuję coś zrobić z krewką zawodniczką, bo za trzecim razem przypadkowo kogoś zabije.

Edit 2:

Relacja Twitterowa z meczu Turów - Prokom na Sport.pl - czytając emocje naprawdę wracają, polecam!

Wielki mecz na szczcie, pojedynek mistrzów, klasyk - najczęściej spotykane określenia dzisiejszego meczu pomiędzy Turowem Zgorzelec, a Prokomem Gdynia.

Na ten mecz czekały miliony - no ok, może te kilka tysięcy zebrane przed telewizorami i okołodwóch tysięcy osób, które znajdą się na hali w Zgorzelcu.

Tylko co tak naprawdę znaczy ten pojedynek? Dla Prokomu? Nic, ewentualne trzy dni jazgotu w mediach, kiedy ten przegra pierwszy mecz w sezonie. Zrobi się wielkie halo, bo niepokonany dotąd zespół, jak pisze Łukasz Cegiliński - został podgryziony i jest możliwość myśleć o czymś więcej.

Jak Prokom wygra? Pokaże, że w lidze nie ma w tym momencie konkurenta, krzyki w prasie, telewizji, internecie, radiu będą nieco mniejsze i ucichną pewnie po dwóch dniach. Jeśli Turów sprawi niespodziankę i wygra - także stanie się zupełnie nic. Po prostu wygra, sezon jest długi, a my dziennikarze będziemy się emocjonować tym, że Andrej Urlep odmienił Turów i jest zbawcą, na którego w Zgorzelcu czekano. Przegrana - trochę powtórzę za Łukaszem - usprawiedliwiona będzie tym, że zespół prowadzony przez Urlepa jeszcze się zgrywa, a Prokom to po prostu drużyna, która wygrała z Realem Madryt.

Cokolwiek by się nie stało będzie o czym mówić, a najpóźniej za tydzień wszyscy zapomną, że taki mecz w ogóle się odbył. Przypomni o tym później ktoś w internecie pisząc zapowiedź kolejnego spotkania tych drużyn.

Pojedynek meczu?

Andrej Urlep vs Tomas Pacesas - Pacesas pracuje w ten sposób, że najprawdopodobniej zajmie niedługo miejsce El Furiozo w kategorii znienawidzenia przez zawodników. Litwin przedsmak tego, co może go czekać już miał, kiedy Filip Dylewicz urządził mu taki PR, że ten nie mógł znaleźć Polaków do gry. Krążą opowieści, że panowie U i P się nie lubią, nie wiadomo tylko dokładnie dlaczego.

Z ciekawością będę patrzył na to, jak reagują na to co dzieje się na boisku.

Warto obserwować

To jak Andrej Urlep ustawi obronę przeciwko Qyntelowi Woodsowi i Davidowi Loganowi. Urlep nie chciał zdradzić żadnych szczegółów, ale Woods vs Wysocki zapowiada się ciekawie. Na marginesie delikatnym blaskiem mieni się postać TJ Thompsona, który z Turowem jeszcze nie grał i pojedynek z Prokomem będzie jego debiutem w PLK.

Ciekawostka

Tomas Pacesas ma już 8 złotych medali w PLK. Odkąd pojawił się w lidze co rok zdobywa złoto.

czwartek, 17 grudnia 2009

Na forum basketa dyskusja dotycząca Złotych Koszów rozgorzała na całego. Swoje pięć słów po prostu muszę przelać na wirtualny papier.

Który z geniuszy w PZKosz wymyślił tak beznadziejny ruch marketingowy, ruch public relations w sytuacji, która dotyka Polską koszykówkę?

Bardzo trafnie sytuację opisał na wspomnianym wyżej forum Michał Pacuda.

To tak jakby pzpn przyznał nagrody za szkolenie, przejrzystość, za wyniki z kadrą, sędziom za fair play i inne bzdury.

Nagrody ligi to co innego, bo nagradza się najlepszych w lidze i najważniejsze wydarzenie. jak słaba nie byłaby liga kopanej i liga koszykarska nagrody zawsze można przyznawać, byle nie robić z tego nie wiadomo, kiedy sytuacja "jaka jest każdy widzi".

Wśród kibiców kosza, a większość z nich zdaje sobie sprawę z sytuacji PLK i PZKosz., wiedzą, że w koszykówce nie dzieje się najlepiej, przeważać będzie opinia "aha jeszcze sobie nagrody i ordery będą przyznawać i mówić jacy to są wspaniali" - więc efekt będzie odwrotny, grunt, że na imprezie będą wszyscy zadowoleni, to że opinia publiczna, że środowisko, coś innego będzie myśleć "a co oni mogą, ważne kto steruje statkiem".

Taka impreza może być odebrana jako mydlenie oczu kibicom, a to chyba nie najlepsza zagrywka.

Poza tym patrząc na kategorie w wielu z nich można bez pudła trafić zwycięzcę.

Sponsor PZKosz - czy ktoś wątpi w to, że nagrodę otrzyma Prokom?

Najlepszy młodzieżowy klub roku - czyżby Polonia 2011?

Trener roku - NA PEWNO nie dostanie nagrody Muli Katzurin, sądzę, że otrzyma ją Tomas Pacesas, za kolejne (ósme z rzędu dla siebie i szóste dla Prokomu) mistrzostwo Polski.

Partner medialny - czyżby WP? Bo nie sądzę, aby Łukasz Cegliński mógł liczyć na uznanie.

Koszykarska osobowość roku - Marcin Goratat ma się co obawiać, stoi na jednym poziomie z Wielkim Romanem.

Więcej kategorii nie mam siły komentować, ale sponsor roku w PLK/PLKK, objawienie roku, miasto partner koszykówki roku w PLK/PLKK to jakieś kpiny.

To trochę tak jak konkurs piękności, którym od kilkunastu ładnych lat jest All Star Game w NBA. Prezes Polskiej Koszykówki wpadł na pomysł, aby stworzyć jakże istotne nagrody, które wskażą ciemnej masie, kto angażuje się w koszykówkę w Polsce. Ponadto darmowa strawa i lejące się wino dla koszykarskich leśnych dziadków, za które zapłaci zapewne jeden z wynoszonych na piedestał sponsorów.

Panowie prezesi, proponuję zacząć zajmować się istotnymi dla basketu sprawami - zacząć od ustalenia twardych zasad funkcjonowania, konsekwentnego trzymania się ich, szkolenia młodzieży, a potem przyznawania sobie nawzajem pucharów kupowanych za 20 złotych w sklepach z pamiątkami.

Tagi: plk pzkosz
20:27, anfernee , Inne
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 14 grudnia 2009

Znacie ten kabaret? Nie, nie Moralnego Niepokoju. Nie, ten od tego w żółtym swetrze też nie. Znowu pudło, to nie ci od Tofika. Kamieniem w ocean by nie trafili - to też nie Paranienormalni, choć akurat do tej nazwy najbliżej kabaretowi, o którym mowa.

Proszę Państwa przed Wami Kabaret PZKosz.

- Nie zdecydowaliśmy się na rekomendację żadnej z kandydatur. Jednocześnie zobowiązaliśmy się, że do soboty przedstawimy zarządowi PZKosz. listę kilku nazwisk, z którymi powinny być prowadzone rozmowy o posadzie trenera kadry. Żadne z tych osób nie znajduje się na liście kandydatów, którzy zgłosili się do konkursu - powiedział PAP przewodniczący komisji, Kazimierz Mikołajec.

Najpierw beznadziejny pomysł na konkurs - w kondycji, w której znajduje się Polski Związek Koszykówki trzeba samodzielnie szukać szkoleniowca, pytać, momentami nawet błagać. No chyba, że konkurs to był swojego rodzaju rekonesnans - w co niestety nie wierzę.

Następnie zapewnianie, że komisja zarekomenduje kogoś z oficjalnej listy i NIKT spoza listy nie będzie brany pod uwagę.

Nagle okazuje się, że komisja NIKOGO nie rekomendowała, a Prezes Polskiej Koszykówki podobno ma w zanadrzu dwie kandydatury (niby jedną z nich jest Joan Plaza).

Totalna samowolka. To już nie jest anarchia. To jest po prostu kabaret. Kabaret z ulicy Ciołka, choć może kabaret powinno być zastąpione słowem - koszmar?

 

 
1 , 2
Subskrybuj RSS