niedziela, 29 listopada 2009

Turów rozstał się z Saso Obradovićem. Niezadowoleni włodarze klubu długo kręcili nosem patrząc na kolejne to porażki swojego zespołu. Długo też przysłuchiwali się temu jak Serb tłumaczy się ze swoich ruchów. I jeszcze bardziej niezadowoleni swoimi głowami wytwarzali ogromny wiatr niedowierzając w to co mówi Obradović.

Wydaje się, że to ruch rozsądy. Zawodnicy narzekali na szkoleniowca, nie słuchali go i co gorsze nie znali swojej roli w zespole. Nie mógł jej ustalić sam trener. W sporcie normą jest, że gdy drużynie nie idzie, zwalnia się trenera. Nie zawodników, ale trenera. Przekładając to na normalne życie, ciężko mi wyobrazić sobie sytuację, w której w firmie produkującej zszywacze do papieru, niewywiązujący się z zadań pracownicy, zwalniają kierownika działu. Sport rządzi się jednak innymi prawami i rzadko zdarza się odchodzić od tej przyjętej za normę zasady. Odsętpstwem na pewno był bunt zawodników w Śląsku, którzy domagali się zwolnienia trenera Arkadiusza Konieckiego, ówczesny prezes klubu z Wrocławia Grzegorz Schetyna wyrzucił jednak pół składu, a Konieckiego pozostawił na stanowisku szkoleniowca.

Nie o historii w wydaniu zwalniania i zatrudniania trenerów chciałem jednak mówić. Nie o problemach klubu ze Zgorzelca i słuszności czy też błędzie popełnianym przez władze Turowa.

Chcę odwołać się do emocji, myśli, które towarzyszyły mi kiedy poznałem Sasę Obradovića. Siedząc ostatnio i analizując sytuację Turowa doszła do mnie pewna jakże istotna dla człowieka kochającego koszykówkę prawda. Odrzućmy problem wyników, podejścia, strategii, chemii, atmosfery, obrażania się i całą resztę, która ma pozorne znaczenie. Soncentrujmy się na czymś zupełnie innym, płytkim i tak naprawdę tym czego pragną kibice poza wynikami. Przebywania, obcowania i styczności z gwiazdami sportu.

Przecież rozmawiając z Sasą Obradovićem, rozmawiasz z człowikiem, który w koszykówce europejskiej osiągnął praktycznie wszystko. Był istotnym elementem mistrzowskich składów Serbii i jednym z najlepszych rozgrywających swoich czasów. Przecież to ogromny zaszczyt spotkać postać, która jest ogromnie sympatyczna i ma wiedzę o koszykówce, która jest większa od praktycznie wszystkich będących obecnie naokoło niego.

To przecież koszykarska legenda, nie tak dla nas bliska jak Adam Wójcik, ale z pewnością wyprzedzająca go o kilka lub kilkanaście kroków biorąc pod uwagę 'zasięg' obu. Co z tego, że nie poradził sobie z Turowem jako szkoleniowiec? Naprawdę przebywanie z nim i rozmowy o koszykówce, to sama przyjemność, można się nie zgadzać, można myśleć, że to bełkot (czasem faktycznie wydawało się, że Serb jest zapętlony), ale nie da się nie wsłuchiwać się w nie niczym w mamę, która ładnych parę lat temu opowiadała nam bajki na dobranoc.

Może i Obradović nie jest trenerem z najwyższej półki, nie jest szkoleniowcem tak wybitnym jakim był zawodnikiem, ale sam fakt możliwości wysłuchania tak wybitnej postaci, podania mu ręki i wymienienia poglądów jest fascynujący.

Wiem, że Turów chciał czego innego. Ale ja czasem chciałbym poczuć się jak ten 5 latek, któremu tato kupił czapeczkę i koszulkę i spotkać swojego idola. Wtedy liczyły się emocje, miłość i czasem oddanie, nawet pomimo ogromu porażek. Kogo w takim wieku obchodziło, czy ten pan naprawdę ma rację czy też nie?

piątek, 27 listopada 2009

Prokom słaby, Turów słaby, kadra mogła zrobić więcej, a w pucharach nasze zespoły zawodzą. Są okropną promocją koszykówki, wyniki nie przyciągają przysłowiowych Kowalskich, poziom ligi podobnie, brak stałej ramówki tym bardziej.

Pastwię się ja, pastwią się też inni nad tym gdzie jest w rankingach popularności ta nasza koszykówka męska, która przecież powinna ciągnąć cały skład i być najistotniejszym jego elementem.

Kilka wpisów temu obiecałem, że znajdę pozytyw. Wychodząc dziś od negatywu, przejdziemy do czegoś bardzo, bardzo pozytywnego.

Wspomniane na wstępie zespoły mocno zawodzą przede wszystkim w rozgrywkach europejskich, których wynik jest bardzo istotny dla ogólnego obrazu polskiej koszykówki na arenie międzynarodowej.

Jest jednak jeden zespół, który nie zawodzi, który gra swoje i jeszcze więcej. I to właśnie ta drużyna powinna być naszym ambasadorem koszykarskim, a nie mówi się o niej, nie pisze prawie nic. Na tle koszykówki męskiej wiadomości o żeńskim baskecie są jakby tłem.

Wisła Can-Pack Kraków występująca w tym roku w żeńskiej edycji rozgrywek Euroligi awansowała już do kolejnej fazy pucharu. Co więcej, Wiślaczki wygrały pięć z pięciu spotkań, są liderkami swojej grupy i zajmują ex-equo pierwsze w całej fazie grupowej wraz z drużyną Rivals Ecopolis.

Ogromne brawa za postwę, ogromne brawa za to że na tym suchym, zapuszczonym chwastami poletku kwitnie taki piękny, choć ledwo widoczny słonecznik.

Drużyny żeńskie z naszego kraju od dłuższego czasu są w elicie, albo do niej się dobijają. Lotos Gdynia wiele razy walczył i daleko dochodził w Eurolidze, teraz tą tradycję kontynuuje Wisła Kraków.

Jeśli już o Eurolidze kobiet mówimy, to wspomniany Lotos w tym roku nie błyszczy, ale w pięciu meczach podopieczne Jacka Winnickiego odniosły dwa zwycięstwa. Gorzej wiedzie się koszykarkom AZS Gorzów - przegrały cztery z pięciu spotkań (to jedyne zwycięstwo gorzowianek odniesione zostało w bardzo defensywnym meczu, wynik końcowy 49:39).

Czy wszyscy zauważyli jaka ilość zespołów z Polski występuje w najbardziej prestiżowych rozgrywkach koszykarskich kobiet? TRZY. W jednym pucharze mamy TRZY zesoły. Na trzech różnych poziomach, ale mamy. Mamy najlepszy, mamy (w tym momencie) średniaka i ten płacący frycowe.

Oczywiście najbardziej cieszy postawa Wisły, ale proszę pamiętać - w najlepszych klubowych rozgrywkach koszykarskich kobiet, Polska ma aż trzy zespoły.

Pomysły na promocję są nam podkładane pod sam nos, a my tego nie wykorzystujemy!

Ciekawe kiedy tak ogromny zaszczyt będzie dostępny dla koszykówki męskiej.

 

17:58, anfernee , PLKK
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 listopada 2009

Michał Owczarek na swoim blogu odwołał się do mojego ostatniego wpisu i sam napisał coś, co bardzo trafnie obrazuje siłę obecnego PGE Turowa.

Wtorkowego meczu z Nancy nie widziałem, za to obserwowałem wcześniejsze mecze Turowa i zespół nie wygląda na ekipę zdolną coś zdziałać w drugich co do rangi europejskich rozgrywkach.

[...] Trener swojej koncepcji broni, ale jak na razie pomysły Obradovicia nie wypalają w pucharze, ani w lidze. A czasu by zrealizować przedsezonowe cele coraz mniej.

Co stało się w meczu z Nancy? Otwarcie mówi się o tym, że Turów nie wykorzystywał łatwych pozycji spod samego kosza, o tym, że brakło punktów Justina Graya, któremu urodziło się dziecko, że słabo zagrali Polacy i że Adam Wójcik nie wniósł do gry zespołu praktycznie nic, albo znowu, że zabrakło ofensywy. Moim zdaniem bardzo widoczny był brak rozgrywającego, kogoś kto naprawdę będzie w stanie dostarczyć piłkę do wielu strzelców, którzy są w drużynie.

Jest jeszcze jedna kwestia, która pogrążyła Turów w tym spotkaniu. Gracze Sasy Obradovica moim zdaniem nie ustali tego meczu pod względem fizycznym. Francuskie gazele biegały, latały nad koszami i skakały po głowach zgorzelczanom przez bite 40 minut.

Turów ma też inny problem. Willie Deane pokazał, że umie i może. Szokujące wprawdzie jest to, że niski gracz z USA fatalnie kontroluje piłkę. Wystarczy jednak na  wyjście po zasłonie i minięcie na szybkości - tak ustawiony Deane może być bardzo pożyteczny. Przeciwko Nancy zagrał bardzo dobre spotkanie, rzucił 22 punkty, penetrował, grał odważnie i z głową.

Zapowiadana jest walka o wszystko, Turów nie podda się w pojedynkach przeciwko Gran Canaria i Panelliniosowi Ateny. Walka to jednak nie wszystko, wystarczy popatrzeć w jakim miejscu grają te drużyny i przeciwko komu grają na codzień.

Zgrzyt - bo podobno Deane był na wylocie. Mecz ze SLUC Nancy miał być dla niego testem. Zdał go i co teraz? Władze klubu ze Zgorzelca mówią, że ruchów nie będzie. Przynajmniej w tym momencie. W kuluarach opowiada się o tym, że czas Sasy Obradovica skończy się w okolicach świąt Bożego Narodzenia.

Co zrobi Turów? Zobaczymy.

Oglądałem dziś jednym okiem mecz Prokomu Gdynia z Chimki Moskwa. Para komentatorów na C+ Sport Wojciech Michałowicz i Zenon Telman mówili, że rosyjski zespół jest w tym momencie jak najbardziej do ogrania. Nie wiem jak Prokom mógł to wygrać, bo co nie podnosiłem głowy w stronę telewizora, albo tracili piłki po kretyńskich podaniach, albo przeciwnicy rzucali punkty z taką łatwością jak na treningu, ćwicząc zagrywki bez obrony. Albo też gwiazdor Qyntell Woods do spółki z Davidem Loganem pchali się w 40 obrońców rzucając, nie nie rzucając, wypychając piłkę w stronę kosza. Skończyło się tak, że Woods trafił 3 z 15 rzutów z gry, Logan 5 z 13.

Turów przegrał minimalnie, Prokom przegrał wysoko - na forach internetowych burza, że ci słabi, tamci słabi. Nic dziwnego, poziom polskiej koszykówki i ligi jest tragiczny i mamy naoczne dowody. Nasze najlepsze kluby dostają po tyłku praktycznie od każdego.

Cytat meczu Chimki - Prokom: europejscy sędziowie mają takie inklinacje, może niektórzy z nich kończyli farmację.

 

20:43, anfernee , Europa
Link Komentarze (3) »
wtorek, 24 listopada 2009

Wielkie wydarzenie dla rzeszy fanów koszykówki w Polsce. Druga (po Prokomie Gdynia) i ostatnia drużyna z naszego kraju inauguruje rozgrywki w europejskich pucharach.

Turów już dzisiaj rozegra pierwszy mecz w EuroCup we własnej hali we ... Wrocławiu. To już druga wyjazdowa, domowa hala wicemistrzów Polski w historii udziałów drużyny w pucharach. Wcześniej grali w czeskim Libercu.

Tamten obiekt jest piękny. Duży, przestronny, pracuje się w nim wygodnie, a do tego mieści blisko 7 tysięcy fanów. Problem tylko taki, że przy parkiecie jest momentami zimno, bo pod spodem mieści się lodowisko.

Na przenosiny do Wrocławia najbardziej narzekają kibice ze Zgorzelca, którzy zamiast 40-50 kilometrów do Liberca, będą musieli jeździć 160 do stolicy Dolnego Śląska. Przenosiny były rzekomo spowodowane naciskami sponsora, który chciał, aby Polska drużyna grała w Polsce. Nie do końca chce mi się w to wierzyć, ale teorie spiskowe pozostawmy z boku.

Dlaczego nie rodzinne miasto drużyny? Bo hala w Zgorzelcu nie spełnia praktycznie żadnych norm, których chce ULEB. Ciekawe jednak, że władze organizacji wcale nie narzekały za bardzo na jakże medialny temat małej ilości miejsc w obiekcie, a na infrastrukturę rodem z PRL.

Wracając do strony sportowej. Założeniem i celem wszystkich związanych z Turowem jest osiągniecie minimum tego, co zespół zrobił dwa lata temu. Czyli awansu do najlepszej ósemki pucharu. Ambitnie, aczkolwiek nie sądzę, żeby drużynie Saso Obradovića się to udało.

O ile rok temu porażka w drugim meczu oznaczała praktycznie koniec marzeń o awansie do kolejnej rundy, tak teraz przegrana w meczu ze SLUC Nancy może zakończyć udział Turowa w EuroCup. Oczywiście zespół pojedzie na Wyspy Kanaryjskie czy do Aten. W przypadku porażki w meczu inaugurującym rozgrywki, wyprawy te będzie można traktować bardziej jako wczasy, niż realną walka o kolejną rundę.

Dlaczego uważam, że Turów to pierwsze spotkanie przegra?

Bo w zespole nie ma atmosfery, chemii która pozwoliłaby stworzyć z dwunastu zawodników monolit. Ponadto nie ma kreatora gry, typowego rozgrywającego, który myśli li i wyłącznie o podaniu, o tym jak doprowadzić do sytuacji, by któryś z partnerów znalazł się na bardzo, bardzo dogodnej pozycji do rzutu. Może dlatego system, którym operuje Sasa Obradović nie chce działać i wygląda na chaotyczny?

Inne zdanie ma sam szkoleniowiec, twierdząc, że Willie Deane potrzebuje jeszcze czasu, a wraz z nim przyjdą i oczekiwane efekty.

Szkoda, że o ile ten czas jest w PLK, tak w Pucharze już dzisiaj może go zabraknąć.

Liczmy jednak na to, że Turów pokona Nancy, osiągnie sukces w Europie i dołoży kolejną cegiełkę, która pomoże rozsławić ponownie koszykówkę w Polsce.

13:48, anfernee , Europa
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 listopada 2009

Nie lubię piłki nożnej. Nie lubię piłki nożnej w naszym wykonaniu. Nie lubię oglądać setnego meczu, który kończy się wynikiem 0:0, albo 1:0 i często mamy doczynienia z widowiskiem na tragicznym poziomie. Interesują mnie ewentualne 'duże' mecze imprez międzynarodowych czy Ligi Mistrzów.

Wiem, że podpadam tym wielu kibicom, ale piłka nożna gdzie 11 gra na 11 to sport, który przyprawia mnie o mdłości. Doskonale też zdaję sobie sprawę z tego, że piłka nożna to sport, który zachwyca wielu, kolene rzesze wielu dałoby się za tą dyscyplinę pociąć, a jeszcze inne wielu mogłoby nie odchodzić od telewizora i nie wychodzić ze stadionu. Ja zapewne z tej ostatniej opcji na MŚ też bym skorzystał i nie ruszał się z 50-60 tysięcznego stadionu, z obiektu Legii, Śląska i innych, grających w lidze, wyszedłbym pewnie prędko, lub też zanudził się na śmierć po chwilach kilku.

Jasne, w koszykówce - szczególnie tej w wykonaniu Polaków - równie często zdarza się tak, że w trzeciej kwarcie niezwykle emocjonującego meczu ziewam i przekładam głowę szukając jak najwygodniejszej poduszki. Budzą mnie tylko czasem wykrzykiwane przez Mirosława Noculaka słowa podekscytowania i kolejne szczegóły z życia sędziów recytowane bez zająknięcią przez Ryszarda Łabędzia.

Istnieje jednak odmiana 'kopanej', która zawładnęła moim sercem. Najlepszą odmianą piłki nożnej jest bez wątpienia Beach Soccer. Nawet futsal nie jest w stanie, choćby odrobinę zbliżyć się poziomem wytrzeszczu moich oczu do tego, co powoduje w moich oczodołach BS.

W niedzielny wieczór zakończyły się Mistrzostwa Świata w BS. Po raz trzynasty (na piętnaście rozgrywanych!) mistrzem została Brazylia. Canarhinios ograli Szwajcarię 10:5, kopali, biegali, przewracali się i mieszali piłką i nogami jak w mikserze. Dominacja brazylijczyków jest nie do podważenia.

Inne mecze stały na podobnym poziomie. Samymi udanymi efektownymi zagraniami z jednego meczu można obdarować conajmniej pięć kolejek ligowych w Polsce.

CUDO!

Długo zastanawiałem się, dlaczego BS wzbudza we mnie tak ogromne zainteresowanie. Dopiero podczas pisania jednego z akapitów, tego wpisu, doszło do mnie, że jest to odmiana piłki nożnej, która jest odpowiednikiem koszykówki ulicznej.

Dużo robią zupełnie inne przepisy, mniejszy plac gry i podłoże, które pozwala na robienie efektownych fikołków. Poza tym, technicznie jest to styl futsalu, z elementem jeszcze bardziej utrudniającym, którym jest piasek pod stopami.

W siódmym niebie byłem widząc te akrobacje. W tym samym byłem kiedy dowiedziałem się, że specjalnie wybudowany na to wydarzenie stadion w Dubaju, może pomieścić blisko 10 tysięcy widzów*. Niby mało, ale tak naprawdę tak niszowa dyscyplina sportu przyciągnęła na stadion tłumy. Więcej niż ME w koszykówce.

Dubaj staje się powoli światową stolicą sportową. Niedawno odbywał się tam pierwszy wyścig Formuły 1, rozegrano klubowe Mistrzostwa Świata w siatkówce mężczyzn, w których testowano nowe zasady, a teraz jeszcze dołożono do tego ‘piaskówkę’.

Może niedługo chojni szejkowie tak zdominują te niszowe odmany czołowych dyscyplin, że uraczą nas zorganizowaniem Mistrzostw Świata w streetballu?

Można powiedzieć, że i w Polsce mamy swój Dubaj. Przecież i w Atlas Arenie w Łodzi odbyło się ostatnio kilk imprez najwyższego kalibru, a zapowiadane są kolejne, jak choćby ME/MŚ w lekkiej atletyce.

* Dane w oparciu o zawodne narzędzie - oko i telewizor.

21:19, anfernee , Inne
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 listopada 2009

Nie jest żadną tajemnicą słaba popularność koszykówki w Polsce. Co prawda były prezes PLK, Janusz Wierzbowski w swoim biurze miał magiczne słupki, które wskazywały na niesamowite liczby fanów zasiadające przed telewizorami, tak można wysnuć tak samo prawdziwy jak te liczby wniosek, że były prezes w szufladzie miał kredki i linijkę i sam te słupki rysował i kolorował.

To, że koszykówka znajduje się daleko w tyle za piłką nożną, siatkówką, piłką ręczną, a nawet Formułą 1 także nie jest tajemnicą.

Gorzej, bo ten akademicki przecież sport na głowę pod względem widzów biją, uwaga cytuję programy audiotele, które obrażają inteligencję nawet najmniej wybrednych widzów.

Proponuję dobrze rozsiąść się w fotelu przed przeczytaniem akapitu o oglądalności tej wyszukanej formy rozrywki. Najzwyczajniej zwala z nóg.

Według badań AGB Nielsen Media Research, Polsatową Wielką Grę o godzinie 7:15 ogląda 104 tysiące widzów, Granie na śniadanie o 7:00 w TVN 74 tysiące, a Salon gry w tej samej stacji, nadawany o 11:35 gromadzi przed telewizorami 190 tysięcy osób.

Łukasz Cegliński na swoim blogu podawał kiedyś średnie oglądalności meczów koszykarskich. Mecz drugiej kolejki PLK Turów - Polonia 2011 ogladało średnio nieco ponad 16 tysięcy osób (transmisja o 18), mecze hiszpańskiej ACB to około 6 tysiąca widzów.

Tragedia.

Może czas stworzyć interaktywne zakłady bukmacherskie podczas meczu. Zgadnij co w tej akcji się wydarzy - wygraną jest 2 tysiące złoych. Oczywiście wszystko jest wcześniej z góry ustalone, a koszykarze nie grają do momentu aż jeden z telewidzów nie wdzwoni się na otwartą linię.

Nie ma się co oszukiwać. Koszykówka w Polsce to sport marginesu, nikt oprócz zatwardziałych, długoletnich maniaków się nią nie interesuje. Sytuację tylko nieznacznie i na chwilę poprawił EuroBasket.

Kuriozalna będzie teza, którą teraz postawię. Może jeśli wokół koszykówki dzieje się tak mało dobrego, co można w jakikolwiek sposób sprzedać w mediach, tak aby zaintersować tym przysłowiowych Kowalskich, potrzeba nam więcej afer, które spowodują że zainteresowanie wzrośnie?

Na pewno dla samej koszykówki jako sportu nie będzie to dobre. Fanów trzeba bowiem przyciągać atrakcyjnośćią, a nie bagnem, które wylewa się dookoła.

Szukajmy więc pozytywów. Obiecuję i ja, że przestanę wylewać tylko i wyłącznie żółć, ale raz na jakiś czas założę różowe okulary i postaram napisać się tutaj coś w zupełnie innym tonie.

21:20, anfernee , PLK
Link Komentarze (2) »
wtorek, 17 listopada 2009

Głowa boli od tych wszystkich koszykarksich problemów. W USA do miana największej urasta Shoes Gate, gdzie w rolach głównych występują syn Michaela, Marcus Jordan, Adidas, uniwersytet Central Florida i para butów.

W Polsce mamy mniej głośne światowo, aczkolwiek chyba równie istotne dla ogółu koszykarskiego, afery. Największą z nich jest PPK Gate. Prezes polskiej koszykówki, prezesem polskiej ligi - czyli jednoosobowa władza dyktatorska w rękach Romana Ludwiczuka. Proszenie wielkiego rycerza o uratowanie Polskiej Ligi Koszykówki jest niezmiernie trafione - toż to przecież rycerz z zasadami i waleczny samuraj, który uratuje naszą, jakże smutną rzeczywistość koszykarską swymi heroicznymi czynami.

Postaci, którymi jest PPK są fotograficznie udokumentowane na stronie internetowej senatora PO. Wielość funkcji jaką ten pełni jest przeogromna. Brakuje tylko, aby wziął gwizdek w usta i zastąpił sędziów, a może i nawet trenerów oraz zawodników. Nie zapominając przy tym o zawieszeniu na szyi szalika swojego ukochanego klubu Górnika Wałbrzych.

Wszelkie przejawy ataków na swoją osobę PPK skrupulatnie ignoruje, przyjmując je na zabrudzoną zbroję. Czasem w wyniku ataku spodziewanego wyjmuje katanę i jednym ruchem odcina niewygodne dla siebie wypowiedzi, które notabene padły z jego ust. Tak właśnie korzysta nasz rycerz z potęgi autoryzacji.

Bagno, jeszcze niedawno nie aż tak głębokie i śmierdzące, dzielone małym mostkiem i czasem tylko w wyjątkowych sytuacjach jedno wlewało się do drugiego, obecnie stało się ogromnym zbiornikiem, w którym niestety każdy z nas macza nogi czasem zanurzając i głowę w poszukiwaniu utraconych partnerów, a niektórzy wkładają do niego głowę nie swoją, a kolegów, przytrzymując ją skrupulatnie, tak aby nabrała odpowiednie ilości szlamu.

Inna sprawa, że wielu z zamieszanych w koszykówkę, widzi bagienko w zupełnie inny sposób niż ci, którym na tym sporcie zależy. Różowe okulary ze znaczkami dolara powodują, że owe bagienko mieni się niczym złoty garnuszek, w którym taplanie się przynosi możliwość wyciąciągania co rusz ogromnych ilości złotych dinarów.

Polska koszykówka zaczyna podążać drogą, która do tej pory zarezerwowana była dla piłki nożnej. Afera goni aferę, głupota goni nieskończoną głupotę. Jedynym, choć tak naprawdę złudnym i wymyślonym na siłę, pocieszeniem jest fakt, że ktoś w końcu doprowadził do istnienia koszykówki w mediach (gdzie piłka nożna istniała i cieszyła się zainteresowaniem nawet pomimo afer) - szkoda tylko, że w tak negatywnym świetle.

środa, 11 listopada 2009

Marcin Gortat w jednym z wywiadów chciał aby trenerem reprezentacji Polski został obecny trener Turowa Sasa Obradović. Gortat wielbi Obradovića i podkreśla to na każdym możliwym kroku. Obradović raczej trenerem kadry nie zostanie, ale o tym więcej tutaj.

Głównym kandydatem do objęcia pozycji szkoleniowca kadry nadorowej jest? Tomas Pacesas. Tak przynajmniej dwa dni temu podały wiadomości TVP. Dziś nie będzie emocjonalnie, nie będę mówił/pisał, że PZKosz oszalał i przytaczał innych inwektyw.

Trener Asseco Prokomu Gdynia jest dla Polskiego Związku koszykówki kandydatem idealnym. Dlaczego?

Z kilku prostych przyczyn. Przede wszystkim dlatego, że Prokom w jakiś sposób sponsoruje związek i na pewno gdy Pacesas zostanie selekcjonerem Prezes Polskiej Koszykówki może liczyć na większe wsparcie finansowe od kolegi Ryszarda Krauze.

Ukłon iście rycerski - weźmiemy kolegę Pacecasa do kadry, a ktoś się nam za to odwdzięczy.

Ktoś może powiedzieć, że to głupota, ale nie jest tajemnicą polyszynela, że Pacesas pomógł Krauzemu w kilku istotnych zagranicznych interesach. Dlatego też pozycja Pacecasa jest w Prokomie praktycznie niezagrożona.

Prawdę mówiąc mimo możliwych korzyści finansowych nie wiem dlaczego ktoś chciałby zatrudniać akurat tego Litwina jako trenera kadry. Może specjaliści z PZKosz wiedzą więcej niż ja. Inaczej, oni na pewno wiedzą więcej, zapewne obserwują Pacecasa dłużej, a może praca w Prokomie to tylko przygotowanie do objęcia kadry? Przecież Tomas zna naszą ligę jak mało kto, przebywa w naszym kraju tak długo, że jest praktycznie swój.

Pomijając powyższą ironię, załóżmy, że Pacesas to naprawdę dobry szkoleniowiec, który swoim podejściem, warsztatem, znajomością realiów, może osiągnąć z kadrą wiele.

Zapytam więc możliwe i retorycznie. Który z zawodników, którzy występowali w kadrze zgodzą się na parcę z Pacesasem? Koszarek? Szubarga? Roszyk? Witka? Ignerski? Lampe? Gortat? A może Dylewicz?

Najprawdopodobniej mało który. Kolejną nie tajemnicą polyszynela jest to, że ostatni z wyliczanki zrobił Pacesasowi taki PR, że ten miał ogromne problemy z podpisaniem kontraktu z jakimkolwiek czołowym Polakiem.

Opinia furiata, psychopaty, tyrana na pewno nie pomoże we współpracy z zawodnikami. O ile Lampe, Gortat i Ignerski - czołowi koszykarze - od tych problemów są daleko, to na pewno nie raz z ludźmi z litwinem pracującymi rozmawiali.

Liczmy więc na to, że jeśli trenerem zostanie Pacesas, Krauze wymyśli coś, żeby Prezes Polskiej Koszykówki dał obywatelstwo Woodsowi, Burrellowi, Sowowi i Ewingowi.

 

21:02, anfernee , PLK
Link Komentarze (6) »
piątek, 06 listopada 2009

Z ulgą przyjąłem wiadomość podaną w portalu Press. Mowa w niej o zakończeniu współpracy na linii Robert Korzeniowski - Telewizja Polska.

Smutek napływa do mojego serca, gdy pomyśle o tym, co niezaprzeczalnie wielki sportowiec mówi.

Dziś zakończyłem okres pięcioletniej pracy w telewizji publicznej. Teraz przyszedł czas na kolejny etap rozwoju, nowe wyzwania, jeszcze szerszą działalność na rzecz sportu i jego promocji, zwłaszcza w organizacjach międzynarodowych.

Prawdę mówiąc to chyba nawet nie jest smutek, tylko przerażenie. Jaki kolejny etap rozwoju i promocję sportu? W jakich organizacjach międzynarodowych? Oby był tylko twarzą, która pomoże w kontakcie, bo jest rozpoznawana przez wielu działaczy sportowych na świecie.

Strach się bać jeśli nasz były chodziarz obejmie jakieś odpowiedzialne stanowisko. Korzeniowski wielkim sportowcem był. Próbował z TVP, ale zawiódł. Sukcesy jakimi są stworzenie TVP Sport, operacji Pekin 2008 (WTF?) i pozyskania praw do Euro 2012, to trochę mało jak na pięć lat działalności.

Pozornym sukcesem nowego kanału TVP, jest to, że w końcu powstał sportowy program tematyczny. Na pewno do udanych należy zaliczyć też dostępność we wszystkich platformac chyfrowych, jakie obecnie mamy na rynku.

Gorzej, bo jeden z sukcesów Pana Roberta - TVP Sport - to kanał, który z liczących się sportów pokazuje jedynie żużel. Nie ma ani siatkówki, ani szczypiorniaka, ani popularnej aczkolwiek stojącej na żenującym poziomie nożnej. Ma koszykówkę, która w Polsce prezentuje się niezbyt okazale.

Co gorsze, Robert Korzeniowski miał w swoich rękach potężne narzędzie marketingowe i promocyjne. Nie wykorzystał go moim zdaniem należycie. Chyba, że do promocji własnej osoby, tak jak to było w przypadku podłączenia się pod szum medialny wokół Marcina Gortata. Robert Korzeniowski to znakomite wzmocnienie sportowych działań promocyjnych i negocjacyjnych ze związkami, sponsorami itp, niestety niezbyt udany organizator i działacz.

Kto zastąpi Korzeniowskiego? Nie wiadomo, oby był to jednak człowiek z wizją, charyzmą, który będzie potrafił prawdziwie promować sport, jako styl życia, a nie tylko nastawiać się na pokazywanie w wiadomośćiach jeździectwa, czy urywków czwartoligowych sparingów piłkarzy, bądź fascynujące rozgrywki 1000 w rankingu WTA tenisisty.

17:55, anfernee , Inne
Link Komentarze (3) »
czwartek, 05 listopada 2009

PZKosz oszalał. W głębokich czeluściach swojej strony internetowej, na którą z pewnością wchodzi blisko 100 tysięcy użytkowników dziennie, ukrył wiadomość o konkursie na trenerów reprezentacji i zaprasza do wysyłania wniosków.

Treść newsa wygląda tak:

Polski Związek Koszykówki zaprasza zainteresowanych trenerów do przedstawienia ofert dotyczących realizacji "Programu organizacji szkolenia Reprezentacji Polski w koszykówce w latach 2010 - 2012". Konkurs dotyczy kadry żeńskiej i męskiej. See english version inside.

Wymagania stawiane kandydatom oraz procedura wyboru trenera kadry męskiej i żeńskiej opisane są w załączonych dokumentach:

Ogłoszenie o konkursie na trenera kadry żeńskiej

Ogłoszenie o konkursie na trenera kadry męskiej

Oryginał można przeczytać pod tym adresem.

Nie jest to zbyt mądry pomysł. Polska koszykówka tonie w bardzo głębokim bagnie i chyba nikomu nie wydaje się, że ogłoszenie konkursu spowoduje nalot wypełnionych wniosków, od trenerów z najwyższej półki.

Zasadniczo najpewniej nie zgłosi się prawie nikt, ale działanie PZKosz ma za zadanie pokazać, że w związku cokolwiek się robi. A robi się nic.

Kilkanaście dni temu pisałem o tym, że zainteresowany objęciem posady głównego szkoleniowca reprezentacji Polski w koszykówce jest Litwin Antanas Sireika. Jak wygląda sytuacja Sireiki?

Oferta wpłynęła do PZKosz kilka dni temu. Do tej pory nikt ze związku nie odezwał się ani do agenta, ani do samego trenera. Może i Sireika nie jest najlepszym szkoleniowcem świata, może nie spełnia wymogów, ale z grzeczności można w jakiś sposób odpowiedzieć.

Ignorowanie oferty ze strony związku nie trąca profesjonalizmem. Może specjaliści z Polskiego Związku Koszykówki jeszcze ją analizują i niedługo przedstawią swoją wersję wydarzeń.

Oby.

Jak myślicie, czy w ogóle ktos zgłosi się po posadę trenera reprezentacji (oprócz Sireiki)? Nazwiska proszę podawać w komentarzach.

 

17:28, anfernee , Inne
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2
Subskrybuj RSS