środa, 22 lutego 2012

Part two mojej nowojorskiej wycieczki i uczestnictwa w konferencji Nike, to przede wszystkim technologie, które firma wprowadza do swoich nowych produktów.

Nike+ znają przede wszystkim biegacze. Polega to na mierzeniu przebytego dystansu. Fuel Band to opaska, która liczy każdy nasz ruch. Ten gadżet na rynek wyszedł stosunkowo niedawno, a w sprzedaży pojawił się dokładnie dziś.

Teraz sensory Nike, które można było wkładać do butów biegowych, włożono do treningowych i koszykarskich, tworząc przy tym aplikację, która mierzy jak wysoko skaczemy, jak szybko biegamy, kiedy szybko biegamy i skaczemy. 

Posłuchajcie zresztą dwudziestominutowego nagrania z pokazu.

Nike+ Basketball

The first NIKE+ enabled Basketball shoe will be the Nike Hyperdunk+ which will be worn by LeBron James this summer. 

Nike+ Training - a o tym, napiszę trochę więcej po powrocie do Polski, bo czuję wykorzystanie nawet w treningu P90X.

19:37, anfernee , Inne
Link Komentarze (6) »
wtorek, 21 lutego 2012

Pierwszy raz zdarza mi się być w Nowym Jorku, pierwszy raz na tak wielkiej i prestiżowej imprezie organizowaniej przez tak poważną i wielką firmę jaką jest Nike.

I wiecie co? Brzydko mówiąc, urywa pośladki. Jet lag mnie zabija, w ciągu ostatnich 70 godzin spałem jakieś 11, ale warto, bo oprócz niezwykłych zalet samego miasta, wszystko co robi i pokazuje Nike, to coś co warto przeżyć choćby raz w życiu. A mówi się w kuluarach, że to co właśnie dzieje się w Big Apple, to największy tego typu event w historii Nike, który kosztował ... I wszyscy pracownicy firmy tylko zalotnie uśmiechają się pytani o rząd wielkości.

Jeśli ktoś chce być w miarę na czasie i śledzić to co dzieje się właśnie w NYC, serdecznie zapraszam na mojego Twittera, gdzie znajdziecie zdjęcia, ćwierknięcia podekscytowanego nastolatka, którym stałem się jak zobaczyłem to piękne, cudowne i przewspaniałe miasto, które nie śpi nigdy, podobnie jak w ostanich dniach ja.

Ale o co chodzi w samym evencie?

Bill Bowerman, taki pan, który jest współzałożycielem Blue Ribbon Sports, czyli obecnego Nike miał obsesję. Szukał czegoś, co spowoduje, że sportowiec będzie szybszy, wydajniejszy, a nawet szczęśliwszy. Znalazł i postanowił, że aby tak się stało, sportowcy wkładający na nogi jego obuwie, czuli .... no właśnie, nic nie czuli. Na stopach miało być jak najmniej materiału, but miał ważyć tyle co puszek.

Lekkość stała się w Nike kultem, stała się tradycją, którą firma kultywuje i dzięki swojej kuchni tworzy coraz lżejsze produkty, mające za zadanie dać sportowcowi lekkość, stabilizację, szybkość, czyli w efekcie poprawę wyników.

Nowy Jork, 21 lutego 2012 Nike otwiera kolejny rozdział w tej grubej księdze tradycji i przedstawia FlyKnit, wytrzymałe i leciutkie niteczki, które mają dać sportsmenom to wszystko, czego chciał Bowerman.

Flagą jest but biegowy, zachwalany przez moich kolegów biegaczy i długodystansowców, którym oczy świeciły się jak małemu dziecku, kiedy brali w rękę puszek ze Swooshem na boku. I wcale się nie dziwię, bo mi świeciły się widząc inne produkty.

Na konferencji dla każdego coś dobrego. Są stroje mające poprawić osiągi o kilka setnych sekundy, są buty do koszykówki z FlyKnit i LunarLon, jest nowoczesność, jest but lżejszy od iPhone'a i laserowo wycinane/przycinane końcówki spodenek.

A jak przyciągnąć ludzi do, wydawałoby się nudnej konferencji dotyczącej kilku setnych sekundy i jakichś nitek? Nike wie, zaproś gwiazdy. Ale takie prawdziwe gwiazdy.

Kogo? Np tego pana.

Czyli Carla Lewisa, który rozpoczął całą imprezę - dawno nie byłem tak podekscytowany spotkaniem celebryty, nawet mimo tego, że lekka to kompletnie nie mój konik, ale jednak 10 medali olimpijskich robi wrażenie - i zaprosił na scenę Marka Parkera, CEO Nike. Są Carmelita Jeter, najszybsza kobieta na świecie, Walter Dix, srebrny medalista mistrzostw świata, specjalista w sprintach, Anastasiyia Kapachinskaya, rosyjska sprinterka i mistrzyni Świata z 2011 roku w biegu na 400 metrów, płotkarz i mistrz Świata w kategorii wiekowej do lat 23 Sergey Shubenkov, maratończyk Abdi Abdirahman, który pierwszy biegał w FlyKnit.

Dla mnie i pewnie większości czytelników Difensa, istotne było spotkanie z Deronem Williamsem, pogromcą Linsanity (wywiad niedługo, jak strefa czasowa zacznie być dla mnie bardziej przyjazna), mniej z Tamiką Catchings.

W pomieszczeniu, w którym można było spotkać Williamsa, pokazano też kilka elementów nowej kolekcji USAB. Na mnie największe wrażenie zrobiła kurtka mająca uczcic dwudziestolecie Dream Teamu, bo wszakże ten oryginalny, legendarny zespół grał na Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie dokładnie dwie dekady temu. Na tym kawałku materiału wypisano między innymi wyniki reprezentacji Chucka Daly'ego.

Ciekawe są jednak mini opowieści zza kulis. Nike trzymało cały event w wielkiej tajemnicy. Nie chciało zdradzać co pokażą, co będzie, kto będzie i o czym będziemy rozmawiać.

Puszczenie przysłowiowej pary z ust przez któregokolwiek z pracowników firmy, mogło grozić w najlepszym wypadku wyrzuceniem na bruk. Tak, w najlepszym, w najgorszym. Strach pomyśleć co stałoby się, gdyby komuś wymsknęło się, że koszykarską gwiazdą będzie Deron Williams czy Carl Lewis.

Co dalej, czyli jutro? Podobno dadzą nam zagrać w nowych HyperDunkach i pobiegać we FlyKnit.

Stay tuned.

Specjalnie dla Difens'a z Nowego Jorku. Ja ;)

20:57, anfernee , Inne
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 13 lutego 2012

Pieprzę to! Pieprzę tę koszykówkę, pieprzę to co się w niej dzieje i pieprzę próby zrozumienia tego co do głów tłuką mi jedni i drudzy prezesi i ewangeliści koszykarscy twierdzący, że jest cudownie i zmiany przyjdą stopniowo. Przyjdą, ale niestety mam coraz głębsze przekonanie, że ziemię trzeba zaorać, bo na bagnie pietruszka nie wyrośnie. Pieprzę też gadanie o braku uzdolnionej młodzieży. Pieprzę w głowę włożyła mi książka F*** IT, którą znalazłem podczas sobotniej wycieczki do Empiku.

I to właśnie o młodzieży będzie poniższy wpis.

Czekałem ponad dwa tygodnie, aby nie zrównać z ziemią tego co widziałem podczas jednego z treningów młodzieżowych. Czekałem cierpliwie, bo nie chciałem podchodzić do tematu emocjonalnie, tylko choćby w miarę profesjonalnie, bardziej analitycznie i na zimno. Już po pierwszym zdaniu tego tekstu wiem, że nie ma najmniejszych szans, aby w poniższych akapitach nie było widać emocji, zdenerwowania i irytacji.

Wiecie dlaczego w Polsce jest tak mało koszykarskiej młodzieży, która przebija się na poziom ekstraklasowy, europejski itd? I ostrzegam, utnę ręce razem z głową jak ktoś powie mi, że w naszym kraju brakuje utalentowanej młodzieży. Ta jest, nie jest tylko dobrze rozwijana i prowadzona, więc skończmy z idiotycznym skrótem myślowym!

Wyleję sporo jadu na to co dzieje się w grupach młodzieżowych. W Polsce mamy po prostu beznadziejną myśl szkoleniową i system, który przeszkadza, a nie pomaga.

Na wspomniany wyżej trening trafiłem całkowicie przypadkowo. A na nim trener tych chłopców garnących się do koszykówki i chcących uprawiać ten piękny sport, powiedział tyle dramatycznych słów, że chciałoby się zwolnić go z urzędu i zabronić pracy z młodzieżą.

Choć może to nie do końca jego wina, bo zapewne szkolenie i jego system to odgórne ustalenia jakiegoś koordynatora, który zapewne ma ogromne pojęcie, ale cały czas wyznaje zasadę - chcemy wygrywać.

Chcemy, ale nie takim kosztem. O wygrywaniu za chwilę, ale najpierw o problemach, które powodowały, że wyrywałem sobie włosy z głowy, klatki i spod pach.

13-14 latkowie, którzy biegali po parkiecie nie narzekali na to, co we mnie wzbudzało konwulsje. Mieli problemy z kozłowaniem, łapaniem piłki, prawym i lewym dwutaktem, naskokiem, prostym piwotem. Uczyli się za to ... zagrywek.

W jednym z momentów treningu, któryś z chłopców źle wykonał prosty ruch wyjścia do piłki, a trener spytał się go czemu nie robi tego poprawie, że miał dwa tygodnie na naukę, bo dostał mailem manual z zagrywkami. Słowa na K, CH i jak to skrótowo mówi moja dobra i bliska koleżanka - JCNP (sami sobie rozszyfrujcie), cisnęły mi się na usta niczym modlitwa.

Gdy opowiedziałem to znajomemu trenerowi, nie skomentował. Głośno się zaśmiał podsumowując w ten sposób temat.
Brak techniki użytkowej został zastąpiony pseudo systemem, ale co z tego, skoro ci młodzi nie potrafią nawet celnie rzucić do kosza z kilkunastu centymetrów.

Inny, zagraniczny, powiedział mi: you are joking!?

Nie miałem siły i nerwów pytać trenera dlaczego i czy trenuje się u nich technikę i dlaczego trenuje się zagrywki, skoro w lepiej rozwiniętych szkoleniowo krajach jest to zabronione do mniej więcej 16 roku życia.

No właśnie, co robi się w USA? Młodzież wykonuje setki morderczych ćwiczeń mających nauczyć kozłowania prawą, lewą ręką, zmiany ręki kozłującej, dwutaktu, naskoku, piwotu, gry jeden na jeden, minięcia, zastawienia itp. Technika użytkowa, indywidualne ćwiczenia to podstawa. Ale uczy się także poruszania bez piłki. Nie zagrywki, ale rozciągania gry, zbiegnięć, broń Boże jakichkolwiek prób wykonywania zagrywek.

Tak samo traktuje sie młodzież choćby w Serbii, gdzie podstawą jest doprowadzanie podczas meczów do gry jeden na jeden, a podczas treningów uczy się (uwaga, będzie zaskakująco), ruchów bez piłki, techniki indywidualnej i właśnie rozwiązywania sytuacji 1on1.

A u nas? Kwadratowe koła i koliste trójkąty. 

Jak od 13-latka można wymagać tego, by oddychał, kozłował, biegał i jeszcze przy tym myślał? Przynajmniej o jeden element za dużo.

Niestety staram się zrozumieć trenerów, przychodzi mi to z trudem, ale wiem dlaczego namiętnie chcą wygrywać już w młodzikach.

Bo liczą się pieprzone wygrane, liczy się to czyj zespół dojdzie najdalej, a zarabiający 300 złotych trener dostanie bonus w wysokości rocznych zarobków za półfinał makroregionu (liczbami tylko luźno rzucam). A wygraną w szkoleniu młodzieży nie jest zwycięstwo w meczu, tylko wychowanie koszykarzy, którzy będą występowali w kadrze młodzieżowej, seniorskiej, zaczną grać w ekstraklasie, Hiszpanii, Rosji, USA i podniosą poziom polskiej koszykówki.

I kończąc ten wpis tak samo jak go zacząłem, pieprzę to czy winą jest brak kompetencji trenerów, brak odpowiednich zarobków, brak odpowiedniego systemu i jego zło. Naprawdę to pieprzę, bo dochodzenie przyczyn i analizowanie sytuacji zaczyna być celem samym w sobie. Pieprzę to wszystko, bo próby podejmowania dyskusji przez dziennikarzy i blogerów, kończą się szybciej niż się zaczynają. A wiecie dlaczego? Bo zamiast zająć się poważnymi sprawami, transparentością systemów rozgrywek, wychowywaniem kolejnych pokoleń, "GÓRA" nas i tę koszykówkę po prostu pieprzy. 

Ich, tę górę, przecież tak jak koszykówkę, też dopadł kryzys. Jedzą spleśniały ser, piją stare wino i jeżdżą autem bez dachu.

sobota, 04 lutego 2012

P90X, bieganie, pływanie, siłownia? Chcesz schudnąć, wyglądać lepiej?

Znajdź motywację, punkt odniesienia i do dzieła, jak on potrafi to Ty też :) 

I niech ktoś mi powie, że to nie jest związane ze sportem ;)

10:03, anfernee , Inne
Link Komentarze (1) »
piątek, 03 lutego 2012

Największy problem koszykówki w Polsce?

Nie, dziś nie będziemy dyskutować o wyższości rządów jednego prezesa nad drugim, nie będziemy też dyskutować o sytuacji w PZKosz, czy PLK. Nie będzie też o sponsorach, nie będzie o długach, kłopotach finansowych, braku utalentowanej młodzieży, spapranym systemie szkolenia etc.

Będzie o czymś zupełnie innym. Pięciu najlepszych asystentach w TBL. I nie drugich trenerach, tylko o najlepiej podających graczach ekstraklasy i ilości ich podań.

Całe szczęście, bo i ja i Wy jesteście pewnie zmęczeni tą mielonką tyrolską, w której często brak koszykówki, a znajdujemy jedynie pyskówki.

Do rzeczy. Koncepcja jest prosta i narodziła się po zobaczeniu ostatniego odcinka magazynu PLK, którego autorem jest ktoś chowający się za nickiem MoviePLK.

W najnowszej odsłonie wypunktowano cztery asysty widmo, które miał Walter Hodge w jednym ze spotkań rozegranych w Zielonej Górze. I ten właśnie fragment zainspirował mnie do sprawdzenia jak często i jak skutecznie podają na własnym parkiecie i na wyjeździe nasi najlepsi asystenci czyli Robert Skibniewski, Hodge, Łukasz Koszarek, Łukasz Wilczek, Ronald Moore i Stanley Burrell.

 

Zacznijmy od najlepszego.

Robert Skibniewski: 22 rozegane mecze, 10 na własnym parkiecie, 12 na wyjeździe. W sumie 151 asyst z czego 72 u siebie (7,2), 79 na wyjeździe (6,58).

Walter Hodge: 22 rozegrane mecze, 11 na własnym parkiecie, 11 na wyjeździe. W sumie 146 asyst, 84 u siebie (7,6) i 47 na parkietach rywali (4,27).

Łukasz Koszarek: Suma spotkań oraz ilośc meczów rozegranych w domu i w obcych obiektach taka sama jak u Hodg'a czyli 22/11/11. 116 asyst, 51 przed własną publicznością (4,63) i 65 poza Sopotem (5,9).

Łukasz Wilczek: 18 meczów, w tym 7 na własnym parkiecie i 11 na wyjazdach. W sumie 91 asyst z czego 37 w Warszawie (5,28) i 54 na wyjazdach (5,4).

Ronald Moore: 22 mecze, po 11 przed własną publicznością i na wyjazdach. W sumie 109 asyst, w tym 53 w Zgorzelcu (4,81) i 56 w obcych halach (5,09).

Stanley Burrell: Podobnie jak u Koszarka i Hodge'a, Burrell ma 22 rozegrane mecze i podzielone po równo pomiędzy wyjazdy i swoją halę. W sumie zanotował 113 asyst, 62 w domu (5,63) i 51 na wyjazdach (4,63).

Wnioski? Trzem graczom służy klimat własnej hali. O jedną asystę więcej u siebie notuje Burrell, nieco ponad pół poadania więcej we wrocławskiej Orbicie ma Robert Skibniewski, ale rekordzistą jest wspominany Walter Hodge. Ten albo wybitnie dobrze czuje się w Zielonej Górze, albo jest wybitnie lubiany, bo posyła średnio trzy asysty więcej niż w meczach wyjazdowych.

Oczywiście niczego nie sugeruję, ale problem z ilością asyst jest powszechnie znany od dosyć dawna. 

14:51, anfernee , PLK
Link Komentarze (4) »
Subskrybuj RSS