niedziela, 20 stycznia 2013

Czy to Wam coś przypomina? 

 

Reakcja w hali w Zgorzelcu po trójce Piotra Stelmacha wygląda podobnie do tej, którą (oczywiście zachowując proporcje) można było zobaczyć prawie 14 lat temu w Madison Square Garden. Różnice? Stelmach nie miał akcji +1 jak Johnson no i podobno w hali w Zgorzelcu mieśći się nieco mniej osób niż w MSG.

Załączam też materiał o trójce Johnsona z 1999 roku. Mniej więcej od 5:55 widać i słychać w jakiej eurofii stanęła MSG.

12:50, anfernee , PLK
Link Komentarze (2) »
sobota, 19 stycznia 2013

Śląsk Wrocław bardzo mocno promował się w internecie jeśli chodzi o mecz z Anwilem Włocławek. Było 8 filmików promocyjnych na YouTube, były wypowiedzi prezesów, zawodników, było kilka ciekawych informacji prasowych, wypowiedzi Radosława Hyżego i - cytując moją koleżankę - różne takie inne.

Wrocławianie ten mecz przegrali zaledwie kilkoma punktami, ale stolica Dolnego Śląska nie zawiodła i ponownie pokazała, że zasługuje na sensowny klub na poziomie ekstraklasy. W Orbicie zebrał się komplet publiczności, atmosfera była bardzo fajna - chwalili ją nawet piłkarze Śląska - a na trybunach zasiadło kilkanaście znanych i lubianych nazwisk.

Niezwykle miłym przeżyciem było znaleźć się w miejscu, gdzie wśród 3000 osób, około 80% to znajomi. Szczególnie miłym było zobaczenie Igora Griszczuka zaraz obok Macieja Zielińskiego i ich pojedynek na linii rzutów wolnych. 

Wrocław potrzebuje koszykówki, potrzebuje sportu, który w momencie kiedy piłkarze będą pauzowali, zainteresuje mieszkańców miasta. Potrzebuje drugiego silnego sportu i drugiej silnej drużyny - bo tak po prostu powinno być w dużym mieście.

To właśnie pokazał mecz z Anwilem. Bo nawet jeśli kibiców bardziej rozgrzewała historyczna rywalizacja niż pojedynek w Intermarche Basket Cup, to ja wierzę, że wykonując kawał dobrej i ciężkiej pracy, na Orbicie może w niedalekiej przyszłości zasiadać komplet widzów. 

A tymczasem Śląsk wypuścił kolejną produkcję wideo - jest dynamicznie, jest fajna muzyka (czy ktoś tam wie, że uwielbiam Linkin Park i będę piał zachwyty nad tym promo?), jest kamera za koszem (czy ktoś w Polsce to robił?), a co najważniejsze widać emocje, które towarzyszyły temu pojedynkowi.

Enjoy!

13:59, anfernee , PLK
Link Komentarze (2) »
wtorek, 15 stycznia 2013

Święta wojna powraca. Na ten mecz czeka cały koszykarski Wrocław! 

Tworzę notkę zbiorczą z kilkunastoma materiałami wideo, które pojawiły się w internecie przed tym wydarzeniem.

Jeśli ktoś nie ma jeszcze biletu, to można je kupić na kupbilet.pl.

A co by było gdyby?

To już w środę!

Promo 1

Promo 2

Promo 3

Promo 4

Promo 5

Promo 6

Promo 7

Promo 8

Śląsk - Anwil by Giants

10:06, anfernee , Inne
Link Komentarze (2) »
niedziela, 13 stycznia 2013

The Chosen One, ten znaczek lwa na kolejnych edycjach LeBronów od Nike i liniach odzieżowych, samo określenie Król James czy inne nawiązujące do tego, że LeBron James jest monarchą, zawsze nieco mnie irytowało.

Cały czas wydawało mi się to nieco napuszone - bo niby czym ten król rządził? Najbardziej beznadziejnym programem jaki ESPN kiedykolwiek wyemitowało?

Pomijając kwestie poboczne, nie da się ukryć, że LeBron James jest koszykarzem wybitnym. Utalentowanym, potrafiącym na parkiecie robić wszystko, do tego także fizycznym monstrum. Jednak, do początku tego roku, gdyby ktoś spytał mnie o to, od kogo zacząłbym budowę składu mając do wyboru obecnych koszykarzy, miałbym mały problem. Kobe? LeBron? Durant? Melo? Howard? Chris Paul? Pewnie postawiłbym na Duranta i to tylko z tego względu, że bak Czarnej Mamby jest już niemal pusty.

W tym momencie, bezapelacyjnie, bez dwóch zdań i bez mrugnięcia okiem wziąłbym LeBrona Jamesa. Szok! To takie zaskakujące oprzeć budowę składu o najlepszego koszykarza na świecie. I wcale nie chodzi o to, że LeBron zdobył tytuł, złoto olimpijskie, został sportowcem roku Sports Illustrated, ESPN, CBS, Kuriera Gminnego w Środzie Śląskiej i radia Erewań. Chodzi o to, że James jest koszykarskim potworem i nawet jakbym nienawidził go najbardziej na świecie, to nie wyobrażam sobie dać komu innemu możliwość posiadania takiego kogoś w swoim składzie.

Wiele osób pewnie stuknie się w głowę i powie, że w powyższym akapicie dopuściłem się poważnego kłamstwa. Bo przecież to jak teraz widzimy LeBrona, to głównie zasługa zdobytego tytułu, tego że ten dzieciak z Acron w końcu nauczył się wygrywać, ma już w swojej głowie tak zwany blueprint, czyli strategie, koncepcję, wie jak, kiedy i co zrobić, żeby wejść na szczyt. Nic bardziej mylnego, LeBron nie zmienił się, bo zdobył tytuł.

LeBron zmienił się - pozwolę sobie użyć przekazu z jednej z reklam Michaela Jordana - bo poznał smak porażki. I czym poskutkowało to, jak wszyscy dookoła siedli mu na karku? W skrócie - założył na palec pierścień. Ale jest też dłuższa historia, którą widać gdy patrzy się na grającego Jamesa.

Jak? Przede wszystkim nadużyciem nie będzie stwierdzenie, że King James (tak, po zasługach wymienionych powyżej, dodatkowo tytułąch MVP, można powiedzieć śmiało, że James jest monarchą) dominuje parkiet koszykarski gdy tylko na niego wchodzi. Dominuje na rozegraniu, dominuje na skrzydle, dominuje w zdobywaniu punktów, dominuje pod tablicą zbierając piłki, dominuje gdy blokuje z pomocy, a także broniąc jeden na jednego i napedzając szybki atak. Naprawdę ciężko znaleźć w tym momencie słabą stronę Jamesa.

W jednym z meczów, który notabene był bodźcem do napisania tego tekstu, byłem pod wielkim wrażeniem tego, jak zachowuje się LeBron. Kilkanaście miesięcy temu zarzucano mu bowiem, że nie potrafi grać tyłem do kosza i przy swoich warunkach fizycznych powinien jak najszybciej nauczyć się dominować ten obszar gry - co zresztą było prawdą. Co zrobił James? Nic szczególnego - po prostu zaczął grać tyłem do kosza. I w tym momencie nie chciałbym być obrońcą, który musi stawać na post-up z Jamesem. Jego 115 kilogramów i niezwykła siła powodują, że na przykład taki Thabo Shefolosha obijał się od pierwszych rzedów trybun niczym krążek w Air Hockey. Efekt? 54 procent skuteczności z gry - najwyższy w karierze.

Wcześniej, bo kilka lat temu mówiono też, że James ma bardzo słaby rzut z półdystansu i dystansu. Umie wchodzić pod kosz i kończyć akcje potężnymi wsadami. Nauczył się więc rzucać tak, że nie sposób odejść od niego na pół metra. Nie jest może Kevinem Durantem czy Carmelo Anthonym, którzy mają jakby większą łatwość zdobywania punktów (tak, wiem że to brzmi komicznie kiedy piszę o facecie, który z łątwością mógłby być królem strzelców NBA ze średnią powyżej 33 punktów w meczu), ale w tym sezonie James trafia 4 na 10 trójek - najlepszy wynik w karierze.

Pamiętacie gościa, o którym mówiło się, że nie umie rzucać z półdystansu? To ten sam, o którym mówiło się, że nie umie bronić i ten sam, o którym mówiło się, że nie jest team player. Efekt? 6 mistrzostw, jeden z najlepszych jumperów na półdystansie w historii - i na pewno najlepszy fadeaway - dwie nagrody dla najlepszego obrońcy itd, itd. Wiecie już o kim mówię?

Nie bez przyczyny przywołuję tu Michaela Jordana. Nie bez przyczyny we wstępie wspominałem o tym, że w tym momencie bez dwóch zdań biorę LeBrona jako filar dynastii. To co obecnie robi ten zawodnik bardzo przypomina to, co robił Jordan. James wchodzi na parkiet i nie tylko wygrywa, nie tylko notuje świetne statystyki, ale także udowadnia wszystkim przeciwnikom, że to on jest szeryfem w tym mieście i on będzie dyktował warunki. 

10:46, anfernee , NBA
Link Komentarze (1) »
Subskrybuj RSS