wtorek, 31 stycznia 2012

Dwa dni temu LeBron James przeskoczył nad Johnem Lucasem. 

O tak.

Blake Griffin szybko musiał udowodnić, że to on jest najlepszym meczowym wsadzaczem piłki do kosza w NBA.

Na to potrzeba było zaledwie 24 godzin. 

Temu panu z loczkami na głowie, przypominającymi mi nieco fryzurę Perry Coxa ze Scrubs, trzeba po prostu schodzić z drogi. Rok temu przekonał się o tym dosadnie Timothy Mozgov, w tym roku ręce do modlitwy po locie Griffina składał Kendrick Perkins.

Czy ktoś w tym roku jest w stanie zrobić coś lepszego? Czekam na dalszą korespondencyjną wymianę wsadów pomiędzy tymi dwoma monstrami.

11:02, anfernee , NBA
Link Komentarze (6) »
sobota, 28 stycznia 2012

Czy Wy, drodzy czytelnicy Difensa, fani koszykówki będący nieco młodsi ode mnie, wiecie w jak cudownych czasach żyjecie? Na wyciągnięcie ręki macie dostęp do NBA, za co my kilka i kilkanaście lat temu dalibyśmy się pokroić.

Hej, hej tu NBA - brzmiały słynne już słowa obecnego szefa TVP Sport, Włodzimierza Szaranowicza. Ten prosty i wpadający w ucho slogan, ludziom z mojego przedziału wiekowego pozostanie w głowach na zawsze.

Wtedy, czyli w końcówce lat 80 i na początku 90, najlepsza koszykarska liga Świata była dla nas dostępna jedynie dzięki retransmisjom w kanałach TVP. Dostęp ten był niezwykle ograniczony, bo na żywo (czasem) mogliśmy oglądać finały lub Mecz Gwiazd, a mecz sezonu zasadniczego to najczęściej 45-60 minutowy skrót. Problematycznie zaczęło się robić kiedy TVP nie wykupiło praw do kolejnych retransmisji i te przeniosły się do nieistniejącej już Wizji, do której dostęp był tak kłopotliwy jak starania się o wyjazd do USA w latach 60.

Rozumiecie już dlaczego żyjecie w pięknych czasach?

Obecnie dzięki Cyfrze+, Internetowi, ale przede wszystkim League Pass, możecie oglądać tyle NBA na ile pozwoli Wam szkoła, praca, matka, żona i kochanka. Więc enjoy.

Ale jak oglądać NBA TV? Bo tak naprawdę ten nieco nostalgiczny wstęp jest początkiem tekstu traktującego o technologii. Bo przecież ta usługa wdarła się do coraz większej ilości gospodarstw domowych i irytuje spragnione miłości i czułości niewiasty w momentach kiedy ten wspaniały mężczyzna zamiast ogrzewać stopy swej miłości, siedzi o 3 w nocy i emocjonuje się kolejnymi zagraniami swoich ukochanych graczy i drużyn.

Najprostszym i zarazem zapewne najczęściej wykorzystywanym sposobem jest po prostu odpalenie strony NBA.TV na naszym komputerze i oglądanie transmisji w ten sposób. O tym jednak wie każdy. Komputer możemy też podłączyć złączem HDMI do telewizora i rozkoszować się obrazem HD na nieco większej ilości cali niż przeciętny laptop, bądź kilka cali większy monitor komputera stacjonarnego.

Są jednak jeszcze wygodniejsze sposoby, które z tej wylicznaki wyłączają laptopa lub komputer stacjonarny, ale dodają inne urządzenie. Bijące rekordy popularności iPady i specjalna aplikacja NBA TV pozwala cieszyć się transmisjami w wersji mobilnej.

Jakość? Świetna, bo w HD, ale jeśli nie podłączycie WiFi zapomnijcie o oglądaniu, no chyba że macie setki gigabajtów transferu do wykorzystania. Tak czy inaczej, użycie iPada do oglądania meczów ma sens z dwóch powodów. Po pierwsze łatwiej niż laptopa możemy go ze zabrać pod kołdrę i udawać, że śpimy nie denerwując przy tym ukochanej. Drugi powód to zupełne przeciwieństwo tego pierwszego, bo iPada dzięki specjalnej przejściówce HDMI (około 160-180 złotych) możemy podłączyć do telewizora. I jak dla mnie to rozwiązanie sprawdza się dla mnie idealnie. Na komputerze spokojnie mogę ćwierkać, przeglądać statystyki etc. I tak wiem, że to samo mógłbym robić w drugą stronę, ale w dalszym ciągu wygodniej mi pisać na fizycznej klawiaturze mając ciągle włączone dwa programy niż przełączać się co chwilę na tablecie.

No i wyobraźcie sobie mobilność. Teraz na nudnych wykładach na uczelni, wyciągacie tablet, słuchawki w uszy, włączacie WiFi i oglądacie pod ławką jak Blake Griffin masakruje Los Angeles Lakers. To samo tyczy się iPhone i telefonów z Androidem na pokładzie, bo aplikacja NBA TV jest dostępna i na nie. iPhone ma jednak jedną wadę lub też ja jestem niezwykle nieudolny technicznie, bo nie udało mi się telefonu od Apple podłączyć do telewizora.

Poza tym same aplikacje mobilne są naprawdę dobrze wykonane i funkcjonalne. Jedną z rzeczy, która niezwykle mnie cieszy jest choćby wprowadzenie funkcji geolokalizacj, dzięki której NBA TV rozpoznaje naszą strefę czasową i start spotkania podany jest po naszemu, dzięki czemu nie musimy liczyć, która to 8 P.M.

Niestety nie miałem żadnej możliwości zabawy aplikacjami mobilnymi na innych systemach niż iOS. Nie wiem więc jak te działają na przykład na Androidzie.

Cały czas ubolewam i Wy też powinniście nad faktem, że tak wielka i prężna firma jaką jest NBA, nie stworzyła jeszcze swojej aplikacji na konsole. Po co? Po to samo, po co zrobiło to MLB, czyli liga baseballowa i po to samo, po co istnieją aplikacje mobilne.

Wiecie już czemu żyjecie we wspaniałych czasach? Kilkanaście lat temu ja i moi koledzy musielibyśmy do szkoły nosić telewizor, żeby zobaczyć choćby urywki meczów.

Enjoy więc. :) 

środa, 25 stycznia 2012

Genialny serwis ze statystykami, Basketball-Reference.com kilka godzin temu umieścił w swoich zbiorach skany kilku(nastu/dziesięciu) oryginalnych statystyk meczowych.

Ciekawostki to np. poniższy obrazek, czyli 100 punktów Wilta.

Albo to, czyli złodziej Havlicek z 15 kwietnia 1965.

Lub też mecz z największą ilością punktów z 13 grudnia 1983 roku.

Poklikajcie po Basketall-reference.com, na własne oczy można tam zobaczyć trochę historii.

08:47, anfernee , NBA
Link Komentarze (1) »
piątek, 20 stycznia 2012

Nie będę tego nawet komentował, po prostu popatrzcie jak kiedyś grało się w NBA w koszykówkę.

A na deser debiutant Pippen kontra Charles Oakley

12:34, anfernee , NBA
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 16 stycznia 2012

Za górami za lasami, a tak naprawdę pomiędzy Niemcami i Rosją, jest pewien czterdziestomilionowy kraj. Kraj nasz czy nam się to podoba czy nie na mapie koszykarskiego świata znaczy niezbyt wiele.

Oczywiście nasz rodzynek w NBA, Marcin Gortat czynni stałe postępy, a nasza pierwsza reprezentacja pokonała kilka miesięcy temu wicemistrzów świata Turków.

To jednak nie wystarczy jednak, by być znaczącym punktem koszykarskiego świata. W tym jesteśmy zwykłym zaściankiem.

Problem koszykarski w Polsce? Szkolenie, o którym mówią wszyscy eksperci koszykarscy, media, sami gracze, trenerzy i praktycznie każdy kibic.

Można napisać i wygłosić kolejny wielki poemat na temat tego jak w naszym pięknym kraju powinien przebiegać proces szkolenia i budowanie wielu pokoleń mistrzów świata i Europy.

Zadam jednak banalne pytanie - po co?

Rzeczywistość kreowana jest w mediach. Taki jest obecny świat. Czy rozmawiamy o sporcie, polityce czy o religii lub zdrowiu (czyli tematach, na których każdy szanujący się krajan zna się jak mało kto) taka jest brutalna prawda. Czego nie ma w mediach nie ma w ogóle. Koniec kropka.

Do czego zmierzam? Uważam i mogę podpisać się pod tym oboma rękoma, że organizowanie konferencji szkoleniowych i dokształcanie naszych trenerów ma sens tylko wtedy kiedy trafią do nich w odpowiednim czasie uzdolnieni i utalentowani chłopcy.

A to jest zadanie dla prezesa, wiceprezesa i ducha świętego. Marcin Gortat do koszykówki trafił bardzo późno, a jest najlepszy w naszym kraju. W żadnym wypadku nie można go nazwać produktem naszego szkolenia. Większość swoich umiejętności technicznych i wiedzy koszykarskiej nabył przecież poza Polską.

W amerykańskiej telewizji emitowane są programy z pogranicza nauki mówiące o tym, że LeBron James byłby szybszy od Useina Bolta na sto i dwieście metrów, gdyby trenował lekką atletykę.

Ale nie trenuje i bardzo dobrze! Dlaczego? Bo od małego w telewizji oglądał Michaela Jordana i Scotiego Pipena. I to właśnie jest zadanie działaczy sportowych. Podbierać młodych wysokich chłopców z charakterem odpowiednim do sportu trenerom siatkówki, a nie w drugą stronę.

W prostych słowach, należy młodzież zainteresować sportem, a dokładnie koszykówką, którą polubią i zaczną trenować.

Jeżeli boiska asfaltowe zapełnią się od nowa, koszykówka przestanie być sportem niszowym. Jeśli trener będzie wpajał utalentowanym ludziom miłość do dyscypliny tak pięknej jak mało która, to odbudujemy zainteresowanie i popularność.

Bo przecież fachowcy mówią o naszych wicemistrzach świata z Hamburga, że to fantastyczna generacja!

Zadaniem wszystkich ludzi,którym koszykówka jest bliska sercu powinno być to, aby takich generacji było więcej. Jeżeli ktoś chce być wybitnym malarzem musi mieć talent. Jeżeli ktoś chce być światowej sławy chirurgiem musi mieć sprawne dłonie i ogromne wyczucie (hymmm..Talent?)

Jeżeli więc chemy mieć wybitną drużynę narodową, która zapełni katowicki spodek 20 tysiącami fanatycznych kibiców, zapewnijmy trenerom materiał z którym można pracować, a dopiero potem pilnujmy żeby pracowali z nimi jak należy.

Jako fan tego pięknego sportu jestem egoistą i mam do tego pełne prawo. Szanuję mistrzostwa świata w lekkiej atletyce, ale chcę raz w tygodniu oglądać koszykówkę na najwyższym poziomie w paśmie ogólnopolskim i to otwartym. Bo popularność dostarczy nam kolejnych generacji wybitnych graczy. 

Ze szpitalnego łóżka, gościnnie dla difens.blox.pl, dochodzący do zdrowia gracz, kibic, fascynat i miłośnik koszykówki, Michał Gabiński. 

20:24, anfernee , Inne
Link Komentarze (5) »
niedziela, 15 stycznia 2012

Czy to był udany Mecz Gwiazd? Tak.

Czy ten Mecz Gwiazd mógł być lepszy? Tak.

Tak naprawdę w tym miejscu mógłbym zakończyć podsumowanie prawie, że weekendu (tak, weekendu, bo mimo tego, że nie było tego widać w relacjach mediów, to wiele osób bawiło się w Katowicach świetnie już w piątek, a także w sobotę po meczu) gwiazd Tauron Basket Ligi.

Zawsze znajdą się wśród nas malkontenci, którzy będą narzekali na pogodę, krzywe linie na boisku, niesmaczną musztardę, niedopompowane koła i tak dalej. Wiem, bo jestem jednym z nich i niczym w piosence Załoga G Hurtu - [...] bywam małostkowy, cyniczny i bezduszny, osądzam bez litości, bez serca i miłości [...], [...] miewam nieczyste intencje, łamię własne zasady, jestem niekonsekwentny, drażliwy i nieznośny [...].

Sam narzekałem na Mecze Gwiazd. Na złą organizację, kiepską oprawę, przydługie prezentacje, brak gwiazd, brak sensownych konkursów, niepasującą muzykę, katastrofę ekologiczną, brzydką halę, wiatr wiejący za oknami i pogodę w kratkę.

Narzekania da się słyszeć i po sobotnim spotkaniu i jak zwykle najwięcej do powiedzenia mają fani, którzy chcąc zobaczyć Mecz Gwiazd, oglądali spotkanie siedząc przed telewizorami. I wcale się im nie dziwię, bo już dwa lata temu środowisko koszykarskie (to widzące mecze w hali i to oglądające przed telewizorem) wyprodukowało cudowną teorię, która mówi: meczu gwiazd w telewizji nie da się oglądać.

W sobotę ponownie sprawdziła sie doskonale, bo - i tu przejdźmy płynnie do narzekań - występ gwiazdy wieczoru Ewy Farny był kiepsko nagłośniony (podobno TVP nie wpieło sprzętu do swoich wtyczek audio), zamiast głosu nastolatki dało się słyszeć - cytując klasyka - jakieś pierdnięcia. Narzekano też na brak większej ilości szatni (pełna zgoda, bo podobno w Spodku otwarto tylko jedno pomieszczenie, gdzie można było się rozpłaszczyć) i przynudnawy, drugi występ ekipy Drumatical Theatre, bo pierwszy zrobił chyba na wszystkich spore wrażenie.

Tuż przed rozpoczęciem meczu narzekano też na ... same występy artystów i domagano się koszykówki. Popadając w skrajność, oczami wyobraźni widzę wpisy na Twitterze, Facebooku, przeklinających przed telewizorami i w hali ludzi, gdyby występów artystycznych nie było wcale. Głosy te brzmiałyby mniej więcej tak: przecież to mecz gwiazd, tu nie chodzi tylko o koszykówkę, ale o dobrą zabawę.

Tak, to był Mecz Gwiazd, tak w takim wydarzeniu chodzi o to, aby ktoś popykał w puszkę pałką, komuś spadły spodenki, wystąpiła ładna laska, a inne ładne laski połączyły siły i biegały po parkiecie prawie tak długo jak koszykarze. Chodzi też o to, aby spotkać się ze znajomymi, chwilę odpocząć i złapać nieco oddechu. I tak to też w Katowicach wyglądało, to był czas relaksu, luźnych rozmów i zabawy, możliwości spotkania się z tymi, których widzi się bardzo rzadko ze względu na inne miejsce zamieszkania, napięty grafik etc.

Katowicki Mecz Gwiazd miał potknięcia i nie można ich nie zauważać. Nie chcąc bronić organizatorów - bo to nie moje zadanie - stwierdzam, że w kwestii oprawy mecz w Spodku był naprawdę, naprawdę niezły. Sam widok zawodników nagrywających swoich kolegów iPadami, był powalający. Proszę tylko pamiętać, że piszę to z perspektywy przebywania w hali, nie z punktu widzenia kanapy i telewizora.

Dla mnie największym problemem był poziom sportowy samego spotkania. Nie wymagam od graczy twardej, agresywnej defensywy. Nie wymagam też zawiłości taktycznych, bo nie można tego oczekiwać po luźnym meczu, który ma charakter zabawy. Chciałbym w nim jednak nieco więcej, ale tylko troszeczkę, więcej koszykówki naprawdę i to tylko po to, aby można było zobaczyć kto przy pozorowanej obronie, a nie słupach soli, potrafi zrobić ładny piwot na koźle, ściąć pod kosz, podać za plecami w trakcie gry, a nie zwykłej bieganiny.

Powtórzę się, nie wymagam cudów, tylko nieco więcej koszykówki w koszykówce.

A największy problem sobotniej imprezy? Wcale nie Andrzej Pluta, który w finale konkursu rzutów za trzy punkty wystąpił z dziką kartą, bo sam występ tego człowieka był zapewne dla wielu ogromnym przeżyciem.

Problemem był dramatycznie słaby, stojący blisko katastrofy i upadku Imperium Rzymskiego, poziom konkursu wsadów. Wszyscy liczyliśmy na Mateusza Ponitkę, który nie wiadomo czy obrał zbyt wysoki poziom trudności już w eliminacjach, spalił się, czy po prostu jest lepszym dunkerem podczas meczów, niż podczas konkursów. Liczyliśmy na ciekawe loty malutkiego Waltera Hodge'a, liczyliśmy na coś ekscytującego w wykonaniu LaMarshalla Corbetta i Qa'rraana Calhouna.

Dostaliśmy wielkie nic, bo Calhoun, zwycięzca konkursu jest najsłabszym wygranym od lat, o ile nie w ogóle. Niezawodoleni z poziomu konkursu byli też organizatorzy imprezy i nie ma się co im dziwić. Przy okazji tego wydarzena nie będę wspominał o efektownych wsadach Łukasza Biednego, bo przecież on był tylko zaproszonym gościem, spisał się znakomicie, a zawodowcy, którzy mieli porywać i dać sporo energii, zamiast tego szeroko otworzyli nam drzwi, na których wielkimi literami napisane było słowo: FAILURE.

A powołując się na jedno z rannych pytań mojego znajomego - co w perspektywie dłuższej niż 3 dni daje nam mecz gwiazd? Muszę z przykrością odpowiedzieć: nie wiem, ale skłaniam się ku opcji - nic.

P.S. Dobrze, że Walter Hodge i Łukasz Wiśniewski nacieszyli moje oczy swoimi butami. Jordan XI Concord robi wrażenie i już zawsze będzie robił.

piątek, 13 stycznia 2012

Niektóre z odcinków TBL WOW Stats z powodu natłoku obowiązków niestety uciekły, albo po prostu nie były godne uwagi. 

Tym razem kolejka ligowa dostarczyła kilka cyferek, które są warte odnotowania i zachwycania się tymi, które je wykręcili.

Skupmy się jednak tylko na tych, którzy uzyskali double-double, lub byli bardzo blisko osiągnięcia 10+ w dwóch kategoriach statystycznych.

Walter Hodge (Zastal Zielona Góra) - nie od dziś mówię, że Walter Hodge jest jednym z moich ulubionych graczy w TBL. Już w momencie kiedy w poprzednim sezonie podpisano z nim kontrakt byłem zafascynowany, bo to energetyczny gracz, który kocha bronić i ma charakter godny prawdziwego sportowca. Co zrobił w meczu z Anwilem? Rzucił 29 punktów i miał 12 asyst, pogrążył włocławian swoją świetną grą, szybkimi minięciami i wejściami pod kosz. To było czwarte double-double Waltera w tym sezonie, ale w meczu z Siarką Tarnobrzeg był bliski nawet triple double. Nie wiem dlaczego, ale z Hodgem strasznie kojarzy mi się kawałek Kanye Westa - Stronger. 

 

Kirk Archibeque (Zastal Zielona Góra) - 17 punktów i 12 zbiórek. Było to pierwsze double-double Archibeque'a w barwach Zastalu, choć raz był już bardzo blisko i miał 9 punktów oraz 10 zbiórek w swoim debiucie w zespole z Zielonej Góry.

Darrell Harris (Kotwica Kołobrzeg) - to taki nasz krajowy Kevin Love. Harris w meczu z Polpharmą zdobyl 14 punktów i miał 16 zbiórek. Dla niego to pierwszyzna, bo tylko w tym sezonie aż 11 notował minimum 10 punktów i zbiórek, a miał tylko 5 spotkań, w których zebrał poniżej 10 piłek. Czy on kiedyś trafi do lepszego zespołu i będzie powtarzalny w tym co robi pod tablicami?

Piotr Dąbrowski (Polpharma Starogard Gdański) - 22 punkty i 12 zbiórek. Ewidentnie najlepszy występ Dąbrowskiego w tym sezonie. Wcześniej tylko raz przekroczył granicę 10 punktów (14 w meczu z AZS Koszalin), a jego rekord w zbiórkach w tym sezonie wynosił 7 (trzy razy).

Jeremy Simmons (Polpharma Starogard Gdański) - 12 punktów i 11 zbiórek. Drugie double-double z rzędu i w sumie czwarte w sezonie. Przy możliwościach Simmonsa spodziewałem się więcej tego typu osiągnięć, bo że potrafi to już pokazał.

John Turek (Trefl Sopot) - 29 punktów i 17 zbiórek. Uwierzycie, że to dopiero drugi występ Turka w tym sezonie, w którym zbiera więcej niż 10 piłek? Miał sporo meczów z 7-8 zbiórkami na koncie, ale double-double osiągnął tylko dwa razy. 

Jakub Dłuski (ŁKS Łódź) - 8 punktów i 11 zbiórek. Było blisko.

George Reese (AZS Koszalin) - ten Pan też był blisko, ale triple double. 9 punktów, 9 zbiórek, 7 asyst.

11:18, anfernee , PLK
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 stycznia 2012

Mecz Gwiazd i istotne z punktu widzenia społeczeństwa oraz podejścia socjologicznego postawy społeczne? 

Da się to połączyć!

Postawy społeczne to bardzo ważny element, bez którego społeczeństwo nie może funkcjonować. Niezależnie od tego czy te postawy to strach przed autorytetami, niechęć do władzy czy umiejętność bycia uprzejmym. Chodzi zwyczajnie o wyuczone skłonności do reagowania w społecznie określony sposób, którego to społeczeństwo oczekuje.

Postawy społeczne dotyczą każdego z nas w praktycznie każdej sytuacji z jaką się stykamy. Dotyczą także kibiców koszykówki, którzy klikając w odpowiednie pola wskazują nazwiska swoich ulubieńców, mających wystąpić w Meczu Gwiazd.

W ostatnich latach często spotykaliśmy się z ruchami, może niekoniecznie postawy społecznej, ale na pewno, jak mówiła i tłumaczyła mi uparcie moja konsultantka socjolożka, społecznej sympatii, która objawiała się w wybieraniu do Meczu Gwiazd tych najbardziej swoich. Gazety, portale, lokalne telewizje i rozgłośnie radiowe oraz największa siła marketingu i reklamy - plotka, miały misję, by to nasz zawodnik, urodzony w naszym mieście, wygrał głosowanie. Co z tego, że na parkiet ten przysłowiowy Jan Dzban wybiegł w tym sezonie raz, potknął się o linię i zaliczył dwie straty w 6 minut we wszystkich 20 dotychczas rozegranych meczach?

Nie to było wtedy istotne. Istotne było to, że w metryczce urodzenia miał wpisane Wąchock i był swój.

Sympatie lokalne i podobnego rodzaju pospolite ruszenia nie są w żadnym wypadku niczym strasznym, niczym zły ani czymś za co trzeba karać, potępiać i palić na stosie. Nie od dziś wiadomo, że Mecze Gwiazd, plebiscyty na najlepszych sportowców i podobnego rodzaju wydarzenia często zostają sprowadzone do roli konkursów piękności.

Dlatego w Polsce mieliśmy takie przypadki, w których ojciec Adama Waczyńskiego, Witold, namawiał wszystkich znajomych i nieznajomych do głosowania na jego syna. Senior Waczyński, wykorzystywał przy tym nowoczesne technologie, bo wiadomość z prośbą o oddanie głosu na utalentowanego Adama w 2010 roku wysyłał poprzez portal Nasza-Klasa. Jedni głosowali, inni nie, Witold Waczyński, który chciał by jego syn zagrał dwa lata temu w MG nikomu do głowy pistoletu nie przystawiał, rąk - jak sam wtedy twierdził - nie wykręcał. Prosił, ludzie samodzielnie podejmowali decyzję.

Decyzję samodzielnie podjął też cały Lublin, kiedy pospolite ruszenie do pierwszej piątki wytypowało przeciętnego wtedy Tomasza Kęsickiego czy Marka Miszczuka. Pospolite ruszenie odbyło się w ubiegłym roku w Zielonej Górze, w 2007 roku w Koszalinie, kiedy kibice AZS posłali do pierwszej piątki MG Dawida Witosa.

I czy ktoś im bronił? Nie, bo Mecz Gwiazd jest między innymi dla kibiców, oby tylko ci którzy głosowali, zainteresowali się później zawodnikiem, zespołem, ligą i koszykówką. 

W tym roku w Tauron Basket Lidze takich sytuacji uniknęliśmy. Prym wśród ulubieńców fanów wiodło dwóch zawodników, których obecność w katowickim meczu nie jest dla nikogo zaskoczeniem. Aż 36 procent głosów dostał Mateusz Ponitka, 34 zgarnął Łukasz Koszarek. Obaj są graczami świentymi, jeden z już ugruntowaną pozycją, drugi na dorobku, ale z wielkim sercem do gry i talentem, którego pozazdrościć może mu cały koszykarski świat.

Ale oprócz Ponitki i Koszarka, o których mówiło się przez kilka tygodni głosowania, w pierwszych piątkach zespołów znaleźli się gracze wyróżniający się nie przynależnością klubową, nie miastem pochodzenia, ale przede wszystkim tym, że są graczami, którzy elektryzują publiczność, utalentowanymi i potrafiącymi stworzyć show.

Czyżby zapaleni fani koszykówki w końcu uznali, że zamiast oglądać przeciętne widowisko, należy w Meczu Gwiazd postawić na graczy uznanych, właśnie tych, którzy zapewnią chwile zabawy i wytchnienia i będą potrafili oczarować podaniem łokciem, wsadem z przełożeniem piłki pod nogą czy niezwykłym dryblingiem?

Patrząc na wybory pierwszopiątkowe i te, których fani dokonali nominując graczy do konkursu wsadów można śmiało stwierdzić, że społeczeństwo koszykarskie w Polsce jest świadome tego co zrobiło i czego potrzebuje.

I nawet jakby wybrali inaczej, to konkluzja byłaby podobna. Bo z różnych względów nie mogę być na tyle argoancki aby powoływać się na świętej pamięci Steve'a Jobsa i twierdzić podobnie jak on, że jego klienci nie wiedzą czego chcą i to on zdefiniuje ich potrzeby.

Co nie zmienia faktu, że tegoroczne głosowanie i postawa fanów bardzo, ale to bardzo mnie cieszy. 

niedziela, 08 stycznia 2012

Genialna reklama ESPN pokazująca czym jest rywalizacja, piękno sportu, emocje czyli to wszystko czym pasjonujem się na co dzień. 

sobota, 07 stycznia 2012

Nicchaeus Doaks (Siarka Jezioro Tarnobrzeg) - 17 punktów i 15 zbiórek przeciwko silnemu Turowowi Zgorzelec. A to nie pierwszy taki mecz Doaksa, bo miał już 17 punktów i 12 zbiórek przeciwko Kotwicy, 11 punktów 10 zbiórek w meczu z Zastalem, 20 punktów i 12 zbiórek w wygranym meczu z Anwilem. Doaks po cichutku wyrósł na jednego z ciekawszych podkoszowych w lidze.

Jakub Dłoniak (Zastal Zielona Góra) - 19 punktów, na świetnej skuteczności 6/6 za 2 i 2/4 za trzy. I co z tego, że przeciwko Politechnice?

0:3 - To bilans Czarnych Słupsk w ostatnich trzech meczach. Jeszcze niedawno lider ekstraklasy przegrywa wszystko co się da. I o ile te z Anwilem i Treflem ujmy nie przynoszą, tak potknięcie w Starogardzie Gdańskim może zacząć zastanawiać.

Damian Kulig (PBG Basket Poznań) - Ty wiesz Damian doskonale, że za kilka miesięcy będziesz negocjował bardzo fajny, pokaźny kontrakt? Wiesz i my też o tym wiemy, a 16 punktów i 13 zbiórek w Twoim wykonaniu robi wrażenie, ale przyzwyczaiłeś nas do takich występów w tym sezonie. Z czego oczywiście niezmiernie się cieszymy!

64:59 - to wynik spotkania Kotwica Kołobrzeg - Trefl Sopot. Nie wierzyłem, że Kotwica może być tak groźna u siebie, a Tomasz Mrożek i jego podopieczni na przekór moim typom nie dość, że nie dali dojść Treflowi do granicy przyzwoitości (60 punktów!), to jeszcze bezczelnie pokonali lidera tabeli. BRAWO!

Obserwujemy '93 w ekstraklasie

Mateusz Ponitka - 17 punktów i tylko 4 zbiórki. Rekordu nie było. Ale Ponitka i tak zagrał bardzo dobrze, bo trafił 7 z 8 rzutów z gry, miał 2 przechwyty ale niestety też 4 straty.

Michał Michalak - 2 punkty, 13 minut, 1/4 z gry. Martwi mnie nieco słabsza forma Michalaka w ostatnim czasie.

Filip Matczak - 5 minut, 4 punkty, 2/3 z gry. Cieszę się za każdym razem jak Matczak dostaje minuty. Bo powinien je dostawać.

Przemysław Karnowski - 20 minut, 7 punktów, 3/8 z gry i po 3 zbiórki i asysty.

Piotr Niedźwiedzki - 13 miunt, 6 punktów, odał 7 rzutów, trafił 3. Miał też 8 zbiórek. Nieźle.

Jakub Koelner - 4 minuty, 1 rzut, 1 celny, 3 punkty. 

13:52, anfernee , PLK
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
Subskrybuj RSS