sobota, 30 stycznia 2010

Nike wypuściło serię reklam Prepare for combat, w których główną postaciami są m.in. Kobie Bryant i LeBron James (w ciuchy z serii Pro Combat ubierają się też Carmelo Anthony i Amare Stoudemire). Reklamy przedstawiające dwie największe gwiazdy NBA znajdują się między innymi w serwisie ESPN i czasopiśmie Sports Illustrated.

Kobe ubierając się w sprzęt Nike wygląda jakby szykował się do walki, zakładał kamizelkę kuloodporną, wkładał do kabur pistolety. Jego wzrok mówi wszystko. Reklama (ta drukowana, nie video) przedstawia m.in, taki napis.

I’ll do whatever it takes to win games, I don’t leave anything in the chamber.

Posteru nie znalazłem, znalazłem za to video.

Wymowne, genialne w swojej prostocie i zaiste pomysłowe.

Wszystko to kilka dni po tym jak władze NBA zawiesiły za użycie broni Gilberta Arenasa i Javarisa Crittentona. Tim Frank z NBA mówi, że reklamy są nieodpowiednie.

We had no prior notice of this ad. We think it is inappropriate.

A co mówi samo Nike?

The Nike print ad featuring Kobe Brynat intended to illustrate his [Bryant] all-out play and commitment on the basketball court. It is a commonly used reference for shooting the basketball and no offense was intended.

O całej sprawie pisze też ESPN, gdzie Nike wyjaśnia dodatkowo, że reklamy zostały stworzone bardzo dawno temu i nie mają żadnego związku ze sprawą w Washington Wizzards.

Znalazłem też poster przedstawiający LeBrona w reklamie Nike. Poster wiszący w Cleveland.

lbj poster

Tutaj kłopotem jest dodatkowo niezadowolenie z umieszczania reklamy na architekturze miejskiej w Cleveland. Więcej informacji podaje Cleveland.com.

Szkoda piłkarzy ręcznych, przegrali mecz o awans do finału i w spotkaniu o trzecie miejsce zmierzą się z Islandią.

Po dobrym turnieju pozostaje niedosyt, da się w atmosferze wyczuć, że nasi szczypiorniści są warci więcej niż walka o brąz, wiemy że to nie jest szczyt możliwości. Nawet pomimo porażki wszyscy jesteśmy dumni, bo piłkarze ręczni nie walczą o najwyższe miejsca na podium przypadkowo, będąc wybrykiem podczas imprezy klasy mistrzowskiej.

Oni po prostu znajdują się na tym najwyższym poziomie i pomimo tego, że szkoda braku Polaków w finale, to gdzieś w głębi jesteśmy jednak z tej kadry dumni. Bezkompromisowi, agresywni, z zębem i twardzi niczym stal, wiedzący o co grają i jak to robić. Nawet gdy przegrywają, dzieje się to w sposób nie nasuwający na usta negatywnych słów.

Gdyby takie osiągnięcia i odczucia pozostawały w nas po meczach kadry koszykarzy.

Wyobrażacie sobie co działoby się w światku koszykarskim, gdybyśmy w grupie mieli zespoły z czołówki, nie tylko z nazwy jak przed kilkoma miesiącami Litwę, ale takie, które realnie, poziomem gry znajdują się w top 5. Mogłyby znaleźć się tam na przykład Hiszpania i Słowenia, a gracze trenera Iksińskiego wygraliby oba te mecze i mowy o wielkim sukcesie by nie było, bo postawione cele znajdowały by się - posługując się cytatem wszystkim znanym - in the galaxy far far away.

Już w tym momencie ogromne gratulacje dla piłkarzy Bogdana Wenty. Takich sportowców, takich trenerów, takie zawody, to ja chcę oglądać.

wenta

piątek, 29 stycznia 2010

To jest wpis z serii nieistniejącego jeszcze cyklu - grzebiąc w czeluściach moich zbiorów.

Jakieś dwa lata temu zdarzyło mi się spędzić kilkadziesiąt bardzo sympatycznych minut na rozmowie z Andresem Rodriguezem. Obecnei Andres przebywa w Portoryko i w tamtejszej lidze będzie grał do końca sezonu.

Tekst pisany był dosyć dawno, nie będę go zmieniał ze względu na walory historyczne. Nie był też nigdzie publikowany.

Co sympatyczny portorykańczyk miał do powiedzenia? Zapraszam do lektury.

 

Andres Rordiguez: sport moim życiem

Podczas panującej mody na rozgrywających z zacięciem rzutowym jest jednym z nielicznych typowych rozgrywających w DBE. Andres Rodriguez prowadzi BOT Turów do kolejnych sukcesów będąc przy tym ciągle bardzo skromnym.

Żaden z zawodników obwodowych w Dominet Bank Ekstralidze nie może nadążyć za szybkim jak postać z kreskówki Andresem Rodriguezem. Portorykański rozgrywający był przymierzany do BOT Turowa Zgorzelec już przed rokiem. Nie pojawił się wtedy w Zgorzelcu, bo jak sam twierdzi nie był przygotowany fizycznie do gry. W tym sezonie z Rodriguezem jako rozgrywającym Turów w końcu trafił na prowadzącego grę z wysokiej półki.

Wraz z Łukaszem Koszarkiem Rodriguez tworzy parę jakiej mogą pozazdrościć wszystkie kluby DBE. Koszarek znakomity rozgrywający preferujący grę pozycyjną, do tego świetny strzelec z dystansu. Rodriguez szalony gracz, uwielbiający grać z kontry i penetracjami wykańczać akcje.

Andres nie był nigdy wielką gwiazdą. Zaczął grać w koszykówkę w wieku czterech lat. Sportem zainteresował go ojciec, który także był zawodnikiem, ale nigdy nie grał na wysokim poziomie.

Koszykówka na drugim miejscu

Portoryko znane jest z wielu zawodników występujących na pozycji rozgrywającego. Tylko w Polsce grali, lub jeszcze grają tacy zawodnicy jak – Dalmau, Cruz, Apodaca i oczywiście Rodriguez. Do tego trzeba dodać Carlosa Arroyo jednego z lepszych rozgrywających NBA. Najbardziej znanym wysokim koszykarzem z Portoryko jest Daniel Santiago reprezentujący barwy Unicaji Malaga. – Nie jesteśmy narodem wysokim. Trenerzy mają więc pole do popisu szkoląc graczy obwodowych, nie ma w tym żadnego sekretu, po prostu większą wagę przykładają do pracy nad prowadzeniem gry – zdradza Rodriguez. Koszykówka nie jest jednak narodowym sportem portorykańczyków. Numerem jeden jest tam mało popularny w Polsce baseball. Victor Pellot jest dla portorykańczyków kimś takim jak Michael Jordan dla koszykówki. Ten ostatni jest dla Rodrigueza wzorem koszykarza i to nie z powodu ogromnych osiągnięć, ale samego stylu gry i pasji z jaką oddawał się swojemu zawodowi. Obok Jordana drugim ulubionym sportowcem filigranowego rozgrywającego jest Tiger Woods. – Golf to moja wielka pasja, uwielbiam to. W Portoryko jest taka pogoda, że praktycznie cały rok można uprawiać tą dyscyplinę sportu – tłumaczy.

rod1

Rozrywki

- Jesteśmy normalnymi ludźmi, robimy to co każdy młody człowiek – mówi Rodriguez. Będąc w rodzinnym San Juan Andres spotyka się z przyjaciółmi i spędza czas z rodziną. Zagospodarowanie wolnego czasu to przede wszystkim uprawianie sportu. Głównie są to baseball i koszykówka, ale często zdarza się grać także w piłkę nożną, czy siatkówkę. – My cały czas uprawiamy sport, jak tego nie robimy to idziemy na plażę, które są praktycznie wszędzie. – dodaje. Inaczej sytuacja ma się w Zgorzelcu, gdzie zawodnik nie ma zbyt wielu znajomych i wolny czas spędza w domu odpoczywając po ciężkich treningach. Pogoda nie sprzyja poznawaniu nowych ludzi, czego Rodriguezowi brakuje, również ze względu na specyfikę nadgranicznego miasta. Jak sam twierdzi do życia w Zgorzelcu trzeba się po prostu przyzwyczaić i wcale nie jest to takie straszne. Nie czuje się i nie uważa za gwiazdę, bo nie jest rozpoznawany na ulicach – nawet jak pojadę do wrocławia to nie czuję się kimś szczególnym – mówi.

- Muzyki słucham różnej, nie jestem typem melomana choć lubię szczególnie R’N’B i hip-hop. Filmy oglądam rzadko, ale uwielbiam wręcz „Człowieka z blizną” z Alem Paciono, który jest moim ulubionym aktorem – kończy Rodriguez.

Obywatelstwo

Portoryko przez długi okres było kolonią Hiszpańska, a w roku 1898 po wojnie zostało kolonia amerykańską. Od roku 1917 każdy urodzony na wyspach dostaje automatycznie obywatelstwo USA. Dlatego też zawodnicy przylatujący do Polski mają w paszportach taką właśnie narodowość. – Jesteśmy portorykańczykami, ale obywatelstwo mamy USA. Nic to jednak nie zmienia w naszej mentalnośći – wyjaśnia gracz. Mentalność zawodników nie jest zmieniona, jednak ma to duży wpływ na przepisy obowiązujące w Polsce. W tamtym sezonie portorykańczycy zajmowali miejsce w składach dla graczy USA. W tym sezonie przepisy zostały zmienione i mogą oni występować na parkietach w Polsce na takich samych zasadach jak gracze z Europy.

Strzelec? Nigdy

Podczas występów w drużynie Eagels uniwersytetu America Rodriguez był znany przede wszystim jako typowy rozgrywający, który sprawiał, że jego partnerzy grali lepiej. Nigdy nie miał oszałamiających średnich punktowych, a braki strzeleckie nadrabiał niesamowitym przeglądem boiska i szybkością. Sam o sobie mówi, że jest graczem defensywnym – nie ma innego wyjścia, w lidze grają zespoły, których atak oparty jest o rozgrywającego. Większość akcji jest ustawiana na niskich graczy i dlatego przez 40 minut zawsze jestem skupiony na obronie – tłumaczy. Rodriguez przywołuje tutaj także znane hasło – obrona zdobywa mistrzostwa, atak tylko sprzedaje bilety. Takie podejście bardzo odpowiada trenerowi Saso Filipovskiemu, którego Andres uznaje za jednego z najlepszych szkoleniowców z jakim miał okazję pracować. Wspomina także swoich nauczycieli z lat młodości, oraz ojca – to na pewno byli moi najlepsi trenerzy, ale od każdego uczę się czegoś nowego i to mi się najbardziej podoba – mówi z radością.

Portoryko silniejsze

Zdaniem Andresa koszykówka jest tak samo emocjonująca w każdym miejscu, w którym gra i stara się osiągać jak najlepsze wyniki. Nigdy nie starał dostać się do NBA, lecz nie twierdzi, że nigdy o tym nie myślał. Jak dla większośći, tak i dla niego jest to najlepsza liga świata i każdy koszykarz gdzieś w podświadomości ma marzenie w niej zagrać. – Dla mnie liczy się gra, nieważne czy w Polsce, czy na Słowenii czy w Portoryko – tłumaczy. Największe sukcesy odnosił grając w Olimpii Ljubljana wraz z trenerem Filipovskim kiedy to wygrał ligę Słoweńską i Puchar Słowenii. Ważniejsze dla niego było jednak ubiegłoroczne zdobycie mistrzostwa Portoryko. – Liga portorykańska jest moim zdaniem mocniejsza niż liga na Słoweni, zresztą mistrzostwo swojego kraju także bardziej mnie cieszyło – dodaje.

and2

Zgorzelec – trudne początki

Początki sezonu w Zgorzelcu nie były dla portorykańczyka udane. Nie imponował skutecznością i przestrzelił pierwszych 17 rzutów z dystansu, zespół przegrał dwa z trzech spotkań, a wśród kibiców pierwszy do zwolnienia był własnie Rodriguez. Na szczęście dla Turowa decyzje kadrowe w Zgorzelcu podejmują wspólnie Arkadiusz Krygier i Saso Filipovski i obaj wiedzieli co robią uspokajając publiczność. Andres odbił się i między innymi dzięki niemu Turów wygrał dziesięć spotkań z rzędu pokonując nawet Prokom Trefl. Teraz żaden fan nie wyobraża sobie Turowa bez Rodrigueza.

Rozgrywający Turowa w ekstraklasie

Yann Mollinari – przyszedł do Turowa z Noteci Inowrocław. W pierwszym sezonie w Turowie pomógł zespołowi wywalczyć czwarte miejsce w lidze. Kolejny rok zaczął we Francji. Do Zgorzelca wrócił w połowie rozgrywek, ale nie mógł odnaleźć się w składzie złożonym z wielu strzelców.

Brandun Hughes – nie mógł porozumieć się z Mollinarim i po odniesieniu kontuzji odszedł z Turowa. Zasłynął w Polsce przede wszystkim z bójki z Dawidem Witosem z AZS Koszalin i rozrywkowego życia. Ulubieniec trenera Mariusza Karola.

Grzegorz Mordzak – wprowadził Turów do ekstraklasy, ulubieniec zgorzeleckiej publiczności, która do tej pory ma sentyment do rodowitego wrocławianina. Obecnie występujący w zespole Basketu Kwidzyn w 1 lidze.

Andrzej Pluta – typowy strzelec, jednak w zespole Mariusza Karola występował także jako rozgrywający. Nie przynosiło to efektu i Turów ubiegły sezon zakończył dopiero na 7 miejscu w lidze.

Alvin Cruz – rodak Rodrigueza, obecnie występujący w Sokołowie Zniczu Jarosław. Zapowiadał się na wielką gwiazdę, odniósł jednak kontuzję pachwiny i opuścił Zgorzelec w trakcie rozgrywek.

Inni w sporcie dla Rodrigueza

Victor Pellot (Vic Power) – drugi czarnoskóry zawodnik z Portoryko, który zagrał w MLB (zawodowa liga baseballa). Uznawany za najlepszego baseballiste z Portoryko. Niektórzy jego koledzy i rywale twierdzą nawet, że jest najlepszym sportowcem jaki kiedykowliek urodził się w Portoryko.

Tiger Woods – obok Michaela Jordana ulubiony sportowiec Rodrigueza. Majac 29 lat miał na koncie już dziewięć najważniejszych tytułów mistrzowskich w golfie. Naprawdę ma na imię Eldrick, przydomek Tiger otrzymał na cześć przyjaciela swojego ojca.

 

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Nową zawodniczką w Blachach Pruszyński Lider Pruszków została Milica Dabović.

Niech fotografie poniżej powiedzą wszystko o tym dlaczego warto wybrać się do podwarszawskiej miejscowości na jakikolwiek mecz.

1

2

 

 

I teraz pytanie - czy ktokolwiek z odwiedzających pamięta, jak na imię ma owa pani?

sobota, 23 stycznia 2010

Polska koszykówka od dłuższego czasu poszukuje następców tych wielkich. O ile znaleźli się w miarę godni wypełniający lukę po Adamie Wójciku, czy Dominiku Tomczyku, tak dziura na pozycjach obwodowych - szczególnie wśród tych, którzy mieliby zdobywać punkty, zastąpić Macieja Zielińskiego, czy Andrzeja Plutę, jest ogromna niczym kanion Kolorado.

Żyjemy w tak dziwnym kraju, w którym występy Pawła Kikowskiego na poziomie 13 zdobytych punktów zostały okrzyknięte rewelacją rozgrywek. Szukamy kogoś, kto zagra na obwodzie i będzie w stanie dać nam chwile radości, bo waleczność podobną do tej, którą emanują gracze z mniejszym talentem, podeprze dodatkowo umiejętnościami i możliwościami iście europejskimi.

Na siłę w tym miejscu znalazł się mający dotychczas genialną karierę w Polsce David Logan - on to jednak nie to samo, co Maciej Zieliński, który nie przetrzymywał piłki i przede wszystkim grał z zespołem. Poza tym naturalizacja to nie to samo, co wychowanie gracza w kraju od podstaw. Oczkiem w głowie na pozycji rzucającego ma być niedługo Dardan Berisha - ale i on nie był wychowywany w granicach naszego kraju.

Wstęp, wstępem, ale przejdźmy do sedna sprawy, bo przecież o słabościach polskiej koszykówki wiemy nie od dzisiaj i wcale niemało. Myślę, że dysertacja doktorska napisana w tym temacie mogłaby być jedną z bardziej obszernych prac jakie kiedykolwiek powstały. Do napisania tej notki doszło po przeczytaniu wpisu W poszukiwaniu 18 tripple-double + bonus na Skull full of maggots i rozmowy z autorem bloga - Łukaszem Ceglińskim.

18-letni rzucający OSSM PZKosz Wrocław Wojciech Leszczyński rzuca średnio w II lidze po 19,7 punktu. Ma już za sobą 34 punkty rzucone w meczu z KKS Siechnice, a w styczniu zdobywał w trzech meczach odpowiednio 17, 26 i 24 punkty. Czy ktoś oglądał może ostatnio tego zawodnika live? Chętnie poczytam opinie o nim.

Parafrazując wszystkim chyba znane veni, vidi, vici, ja przybyłem, zobaczyłem, napisałem - a raczej jestem w trakcie pisania. Zaspokoję tym samym (mam nadzieję) głód wiedzy nie tylko Łukasza, ale i innych fanów koszykówki. Podłączę się także do myśli wspomnianego powyżej autora, brzmiącej następująco - warto mówić o tych polskich koszykarzach, o których nie mówi nic, to między innymi my musimy budować pozycję koszykówki w Polsce.

Wojciech Leszczyński

Wojciech Leszczyński z lewej

Miałem okazję obserwować Wojciecha Leszczyńskiego w kilku meczach juniorskich grup PGE Turowa Zgorzelec oraz w kilku spotkaniach OSSM. Wielkość próby nie jest może tak ogromna, aby napisać na temat tego zawodnika pracę doktorską, na pewno nie wystarczy też do wyciągnięcia wniosków, które opiszą ze szczegółami jego grę i przewidzą przyszłość jaką ma przed sobą. Na pewno jednak, skoro zawodnik został zauważony w statystykach, warto wspomnieć o widokach - choćby nawet tych przez mgłę.

- Deszczyński, syn starego Deszczyńskiego. Wiesz - mówili w jednym ze skeczów Bohdan Smoleń i Zenon Laskowik. (Zabijcie mnie, ale nie pamiętam czy nazwisko, o którym mówili Smoleń z Laskowikiem to Deszczyński, czy Leszczyński). W przypadku Wojtka Leszczyńskiego, wielu jego starszych kolegów mogło spokojnie powiedzieć - Leszczyński, syn starego Leszczyńskiego. Ojciec gracza OSSM był bowiem trenerem w BKS Bolesławiec gdzie i karierę rozpoczynał jego syn. Z opowieści, które dotarły do mnie od znajomych biegających w młodym wieku za piłką, wiem że Wojtek, kiedy jeszcze jego nogi były tak krótkie, że nie był w stanie przekozłować pomiędzy nimi piłki, biegał z nią po halach w Bolesławcu. Trenował z chłopcami, którzy w koszykówce widzieli swoją przyszłość, a był od nich o lata świetlne młodszy. Co prawda nie był to trening tak ciężki i wymagający jakiemu poddawani byli jego starsi koledzy. Były to jednak początki jego kariery.

Po raz pierwszy na własne oczy zawodnika widziałem w jakimś meczu juniorskim, nie jestem w stanie powiedzieć kim byli przeciwnicy, jaki był wynik, ale jestem w stanie powiedzieć, że umiejętności techniczne i motoryczne bohatera tego tekstu stały już wtedy na bardzo dobrym poziomie. Panowanie nad piłką, szybki pierwszy krok i bardzo przyzwoity rzut to cechy charakterystyczne występującego na pozycji rzucającego - niskiego skrzydłowego zawodnika. Przede wszystkim jednak, Wojciech Leszczyński posiada charakter z tak zwanymi ogromnymi cojones, który na prawo i lewo na parkiecie bił między innymi od Kamila Chanasa. Niejedna osoba pamięta tego młodzieniaszka, który w jednej z edycji Pucharu ULEB biegał pomiędzy przeciwnikami jak Alberto Tomba jeździł pomiędzy tyczkami i zdobywał punkty, a zarazem serca kolejnych fanów.

Z graczem Anwilu Włocławek, Wojciecha, łączy jeszcze jedno - niezbyt imponujące warunki fizyczne. A przede wszystkim wzrost. Wydawało mi się, że gracz OSSM PZKosz jest sporo wyższy, sądziłem że 190 centymetrów ma w tym momencie i jeszcze urośnie. Po konsultacjach wyszło około 4 centymetrów mniej, a moje imaginacje były spowodowane zapewne tym, że sam zbyt rosły nie jestem.

To właśnie wzrost może być największym problemem Wojciecha Leszczyńskiego - jeśli nie urośnie, z niespełna 190 centymetrami, może być jedynie jednym z wielu rzucających. Na tym poziomie rozgrywek i po tym co obserwowałem i słyszałem, gracz wydaje się też być nieco samolubnym i grającym pod siebie i osiągnięcia statystyczne ballhogiem. Patrząc jednak w statystyki, wypada całkiem przyzwoicie jak na gracza obwodowego - blisko 20 punktów przy 54% skuteczności z gry (62 za 2 i 31 za 3) i 77% z linii rzutów wolnych. Do tego dokłada nieco ponad 4 zbiórki w każdym meczu i nisetety ale ma tyle samo strat. Gdyby poszukiwać jego odpowiednika w wyższych ligach, pokusiłbym się o stwierdzenie, że jest nim David Logan. Mimo całej mojej niechęci do gracza Prokomu, to porównanie chyba powinno cieszyć nie tylko samego Wojciecha Leszczyńskiego, ale i kibiców w Polsce. Miejmy więc nadzieję, że wraz z rozwojem, zachowanie proporcji w różnicy klas zostanie zamazane i będziemy mogli mówić o naprawdę świetnym zawodniku wychowanym w Polsce.

czwartek, 21 stycznia 2010

Tiger Woods zniknął ze strony głównej NikeGolf.

W jego miejsce pojawił się wybór wejścia w kolekcję Justina Leonarda lub Paula Caseya. Aby dotrzeć do kolekcji sygnowanej nazwiskiem Tigera, należy wejśc w zakładkę Athletes i dokonać odpowiedniego wyboru.

Tak tłumaczy się Nike.

Certainly, we don't take the most successful player of this era and subtract it and don't expect a short term impact, I think the thing that we feel very strongly about and very good about is that our golf business is not just built around Tiger.

Śmierć Woodsa postępuje. Od czasu wypuszczenia do biegu afery, Woods zniknął z wielu plakatów, stron internetowych, nie uprawia sportu i istnieje tylko dzięki tabloidom.

Prawie dwa miesiące temu Larry Kudlow napisał list otwarty do Tigera Woodsa. Zaczynał się on tak:

Fess up, Tiger. If you don’t, the tabloids are gonna kill ya.

Ciekawe kto wykona ten ruch i zamknie wieko trumny, w której powoli znajduje się się golfista.

sobota, 16 stycznia 2010

Belgia, Bułgaria, Portugalia, Gruzja i Polska - to grupa C eliminacji do mistrzostw Europy w 2011 roku na Litwie.

Patrząc na przeciwników w chwili obecnej istnieją bardzo duże szanse na to, że Polska weźmie udział w kolejnym EuroBaskecie. Ba, jest szansa na to, że Polska wygra swoją grupę eliminacyjną.

Pytanie tylko, czy nasi najlepsi gracze - Marcin Gortat, Maciej Lampe, David Logan - będą w stanie znaleźć w sobie na tyle mobilizacji, aby pomóc kadrze.

Pytanie też, kto będzie tą kadrę prowadził, bo w dalszym ciągu szkoleniowca nie widać - choć tak naprawdę to czy nazwisko poznamy dzisiaj, czy w połowie lutego, nie ma większego znaczenia.

Więcej o losowaniu tutaj i tutaj i jeszcze tutaj

Michał Owczarek na swoim twitterze pisze:

z jednej strony dobrze, że nie trafiliśmy na włochy, czzarnogórę czy izrael, ale granie z "ogórkami" fajne nie jest.

Michał Górny z Zawsze Po Pierwszem w tym samym miejscu emocjonuje się w ten sposób:

oni mogą to wygrać !!!

Coś w tym jest.

 

środa, 13 stycznia 2010

Który fan koszykówki choć raz w życiu nie był świadkiem niesamowitej serii, w której każdy rzut trafiał idealnie do celu? Żaden. Takie przypadki zdarzają się dosyć często, czy to całym drużynom, czy to pojedynczym zawodnikom. Inna sprawa, że niektóre z nich zapamiętujemy doskonale - jak choćby 13 punktów rzucone przez Tracy'ego McGrayd'ego w końcówce spotkania przeciwko San Antonio Spurs, inne pamiętamy jak przez mgłę, a jeszcze inne cieszą nas przez kilka dni i bezpowrotnie odchodzą w zapomnienie. W tą kategorię zaliczane są także niesamowite rzuty z dystansu Michaela Jordana, który w finałach przeciwko Blazers w jednej połowie trafił zza łuku sześciokrotnie - tą sytuację zapamiętaliśmy jednak ze względu na gest, który wykonał po którymś z trafien His Airness.

Taką szczęśliwą serią cieszyl się ostatnio gracze Znicza Jarosław, kiedy w trzeciej kwarcie w meczu przeciwko Stali Stalowa Wola czterokrotnie trafili z dystansu, w tym trzy razy dokonał tego Keddrick Mays. Gracz Znicza rzucał z nieprawdopodobną pewnością siebie, po pierwszym celnym rzucie, gdy pozycja była bardzo dogodna, obrońcy brak, kolejne wykonywał już przez ręce przy asyście defensorów.

Wariat - ale skoro trafia, to nie można mu nic zarzucić.

Przytoczone tu trzy sytuacje - jak i każda inna seria punktowa - zwykle nazywana jest przez media, fanów, zawodników, trenerów, w jeden z następujących sposobów - zawodnik był w gazie, obręcz była wielka i wszystko co nie rzuciłem w stronę kosza musiało wpaść itp.

W przypadku serii T-Maca sam zawodnik wypowiadał się w 2004 roku tak:

"I wanted to take my chances," McGrady said. "At that point, I felt anything I threw up was going to go in. The rim felt really, really big."

Podobnie mówił szkoleniowiec przegranych Spurs, Greg Popovich:

"It was unbelievable," said Spurs coach Gregg Popovich, shaking his head. "End of story. Guys get hot."

Do czego zmierzam? Sytuacja z Maysem przypomniała mi o fragmencie w książce Buyology napisanej przez Martina Lindstroma. Autor uznawany jest za marketingowego geniusza i wykonał potężne badania neuromarketingu, mające na celu  ukazać co skrywa głowa konsumenta.

W książce Lindstrom zajmuje się między innymi kwestią przesądów, wiary i mistyki, które nieobce są w życiu każdego człowieka.

Rytuały i przesądy definiuje się jako nie do końca racjonalne czynności i przekonania, dzięki którym człowiek może manipulować przyszłością, mimo że nie ma żadnych relacji przyczynowo-skutkowych między podejmowanym zachowaniem, a jego efektem w przyszłości.

Definicję rytuałów Lindstroma łatwo zobrazować posługując się rzutami wolnymi wykonywanymi przez zawodników. Karl Malone przed każdą taką próbą mówił wiersz dla mamy, Jeff Hornacek przekomicznie głaskał się po twarzy, Michael Jordan trzykrotnie kozłował i zakręcał piłkę w swoją stronę przed rzutem i nigdy nie grał meczu bez spodenek z UNC na sobie.

Może wygląda  to na naciągane, bo rutyna podczas rzutów osobistych pomaga odprężyć się i wykonać idealnie taki sam ruch jakiego dokonujemy podczas treningu. Czujemy wtedy kontrolę i jesteśmy mniej nerwowi. Rytuały istnieją także w innych ligach niż NBA. Takie oto przykłady podaje Lindstrom - są ich tysiące więcej i może kiedyś warto spisać najciekawsze z nich.

- Patric Roy, bramkarz NHL, wymysłił sobie, zasadę - nie jeździć po niebieskich liniach, a wieczorami przmawiał ciepło do swojej bramki.

- Wade Boggs, gwiazda baseballu, w dniu meczu nie jadł nic innego niz kurczaki, na treningi przychodził dokładnie o 17:17 i w piachu kreślił kijem hebrajski znak chai (życie) - Żydem oczywiście nie jest.

Przesądy wśród graczy, efekt gorącej ręki i tym podobne to pewnik, z którym nie ma co nawet dyskutować. Zawodnicy jak i kibice wierzą w te efekty i mówią o nich bez zająknięcia.

Oto co na ten temat pisze Lindstorm.

[...] W 1985 roku dwóch ekonomistów, przyszłych laureatów Nagrody Nobla - Daniel Kahneman i Amos Tversky, zakłóciło spokój fanów koszykówki, gdy obalili ten /rytuały, przesądy, hot hand i dobra passa/ mit.

By sprawdzić, czy 'dobra passa' naprawdę istnieje, przeanalizowali oni statystyki drużynowe od 1980 do 1982 roku. Analizując rzuty osobiste drużyny Boston Celtics, odkryli, że gdy gracz trafiał za pierwszym razem, szansa na celny drugi rzut wzrastała do 75 procent. Jeśli zaś za pierwszym razem chybił, prawdopodobieństwo trafienia za drugim razem pozostawało na tym samym poziomie. Dwaj naukowcy dokładnie przebadali taele wyników i statystyki w rzutach osobistych graczy na własnym boisku, po czym doszli do wniosku, że żaden z koszykarzy nie miał, statystycznie rzecz biorąc, większych niż inni szans na trafienie za drugim razem, jeśli pierwszy rzut był celny. 'Dobra passa', zdaje się być bardziej kwestią wiary i przesądów, niż miała jakiekolwiek osadzenie w faktach. [...]

Całe to zagadnienie odkryte przez Kahnemana i Tversky'ego, a następnie pogłębione przez drugiego przy pomocy Roberta Vallone'a nazywane jest clusters illusion. W skrócie - chodzi o wyciąganie błędnych wniosków ze zbyt małych prób, które potem nazywane są przez nas seriami.

 

piątek, 08 stycznia 2010

Wielkimi krokami zbliżają się tureckie Mistrzostwa Świata w koszykówce. Maskotka tego eventu będzie wyglądała mniej więcej tak.

Nie wiem co to za kot, nie znam się na tym - rozrózniam te łyse egipskie chyba, syjamskie i lwy, tygrysy, pantery.

To u góry to żywy egzemplarz, z krwi, kości i futra - poniżej video prezentujące jak będzie biegała wersja materiałowa z człowiekiem w środku.

 

środa, 06 stycznia 2010

Dwie porażki z rzędu zanotowało Orlando Magic, w którym występuje Marcin Gortat.

Tak tą sytuację tłumaczy Polish Hammer:

Dostyć szybko nadeszła ta monotonia - zespół rozegrał dopiero (a może już?) 34 spotkania w tym sezonie. Kilka dni temu oglądałem materiał o Magic w momencie rozegrania 23 spotkan. Mówiono w nim między innymi o głębokiej ławce rezerwowych, ale momentami braku chemii i niezadowoleniu niektórych graczy z powodu mniejszej ilości minut i marginalnej roli w zespole.

Sam nie wiem, czy lepiej by było gdyby Gortat dostał szansę w innym klubie i tam miał możliwość udowodnienia, że mimo bycia za plecami Dwighta Howarda, powinien grać więcej. Chciałbym go zobaczyć w Houston lub Portland, ale nie jest to raczej możliwe.

Kilka dni temu Metro pisało o tym, że chciałoby widzieć Gortata w borykających się z problemami pod koszem Trail Blazers. Nie ma takiej opcji, wyjaśnienie poniżej pochodzi od Michała Owczarka z Pick and roll.

Ale, transfer Gortata do Portland wydaje mi się niemożliwy. Dlaczego? Przede wszystkim i można to powtarzać do znudzenia, Gortat to jedyny prawdziwy zmiennik Dwighta Howarda w Magic. Po drugie, pieniądze. Jeśli czegoś nie pokręciłem (a przy zasadach związanych z pieniędzmi w NBA o to nie trudno), to wartość transferowa Gortata w tym sezonie to nie ok. 5,8 mln dol, tylko 2,9. Gortat podlega pod Base Year Compensation. Podpisał kolejny kontrakt ze swoim zespołem, dostał podwyżkę o więcej niż 20 procent, a zespół przekroczył salary cap. Jego wartość transferowa w pierwszym roku to połowa jego zarobków. W tej regule chodzi o to, by uniknąć podpisywania kontraktów z zawodnikami latem na określone sumy tylko po to, by ich później wymienić. Oznacza to, że w prostej linii transfer Gortat za np. Millera nie wchodzi w ogóle w grę.

Nie raz zostało już powiedziane, że Gortat w tym roku Orlando nie opuści. On sam na Twitterze w jednym z wpisów apelował do fanów, aby ci byli spokojni bo sytuacja raczej się nie zmieni.

Gortat ostatnio jakby gra lepiej - we wczorajszym meczu dostarczył Magic 8 punktów i 8 zbiórek, kilka nocy temu miał równie dobry występ. Czyżby w końcu zaczął wykorzystywać bardzo słabą postawę Brandona Bassa?

Tymczasem w rodzimej koszykówce doszło do niespodziewanej sytuacji. Oficjalna strona ligi zawiesiła działalność - twierdzi Probasket.pl.

Powodem takiej decyzji są zaległości finansowe wobec autorów strony. Nieoficjalnie mówi się, że sięgają one nawet 6 miesięcy. Na stronie będą pojawiać się tylko wyniki i statystyki spotkań oraz aktualizowana będzie tabela ligi. Statystyki prowadzone na żywo z hal będą wciąż możliwe do śledzenia. Prowadzą je osoby piszące statystyki na meczach PLK, które otrzymują wynagrodzenie od organizatorów spotkań, czyli gospodarzy poszczególnych meczów.

Mam propozycję - niech funkcję redaktora naczlenego, moderatora, specjalisty od spraw IT i korespondenta przejmie Prezes Polskiej Koszykówki. W końcu kilka funkcji, z których wywiązuje się znakomicie już posiadł, czas teraz na kolejne wyzwania. 

 
1 , 2
Subskrybuj RSS