sobota, 28 stycznia 2012
Czy Wy, drodzy czytelnicy Difensa, fani koszykówki będący nieco młodsi ode mnie, wiecie w jak cudownych czasach żyjecie? Na wyciągnięcie ręki macie dostęp do NBA, za co my kilka i kilkanaście lat temu dalibyśmy się pokroić. Hej, hej tu NBA - brzmiały słynne już słowa obecnego szefa TVP Sport, Włodzimierza Szaranowicza. Ten prosty i wpadający w ucho slogan, ludziom z mojego przedziału wiekowego pozostanie w głowach na zawsze. Wtedy, czyli w końcówce lat 80 i na początku 90, najlepsza koszykarska liga Świata była dla nas dostępna jedynie dzięki retransmisjom w kanałach TVP. Dostęp ten był niezwykle ograniczony, bo na żywo (czasem) mogliśmy oglądać finały lub Mecz Gwiazd, a mecz sezonu zasadniczego to najczęściej 45-60 minutowy skrót. Problematycznie zaczęło się robić kiedy TVP nie wykupiło praw do kolejnych retransmisji i te przeniosły się do nieistniejącej już Wizji, do której dostęp był tak kłopotliwy jak starania się o wyjazd do USA w latach 60. Rozumiecie już dlaczego żyjecie w pięknych czasach? Obecnie dzięki Cyfrze+, Internetowi, ale przede wszystkim League Pass, możecie oglądać tyle NBA na ile pozwoli Wam szkoła, praca, matka, żona i kochanka. Więc enjoy. Ale jak oglądać NBA TV? Bo tak naprawdę ten nieco nostalgiczny wstęp jest początkiem tekstu traktującego o technologii. Bo przecież ta usługa wdarła się do coraz większej ilości gospodarstw domowych i irytuje spragnione miłości i czułości niewiasty w momentach kiedy ten wspaniały mężczyzna zamiast ogrzewać stopy swej miłości, siedzi o 3 w nocy i emocjonuje się kolejnymi zagraniami swoich ukochanych graczy i drużyn. Najprostszym i zarazem zapewne najczęściej wykorzystywanym sposobem jest po prostu odpalenie strony NBA.TV na naszym komputerze i oglądanie transmisji w ten sposób. O tym jednak wie każdy. Komputer możemy też podłączyć złączem HDMI do telewizora i rozkoszować się obrazem HD na nieco większej ilości cali niż przeciętny laptop, bądź kilka cali większy monitor komputera stacjonarnego. Są jednak jeszcze wygodniejsze sposoby, które z tej wylicznaki wyłączają laptopa lub komputer stacjonarny, ale dodają inne urządzenie. Bijące rekordy popularności iPady i specjalna aplikacja NBA TV pozwala cieszyć się transmisjami w wersji mobilnej. Jakość? Świetna, bo w HD, ale jeśli nie podłączycie WiFi zapomnijcie o oglądaniu, no chyba że macie setki gigabajtów transferu do wykorzystania. Tak czy inaczej, użycie iPada do oglądania meczów ma sens z dwóch powodów. Po pierwsze łatwiej niż laptopa możemy go ze zabrać pod kołdrę i udawać, że śpimy nie denerwując przy tym ukochanej. Drugi powód to zupełne przeciwieństwo tego pierwszego, bo iPada dzięki specjalnej przejściówce HDMI (około 160-180 złotych) możemy podłączyć do telewizora. I jak dla mnie to rozwiązanie sprawdza się dla mnie idealnie. Na komputerze spokojnie mogę ćwierkać, przeglądać statystyki etc. I tak wiem, że to samo mógłbym robić w drugą stronę, ale w dalszym ciągu wygodniej mi pisać na fizycznej klawiaturze mając ciągle włączone dwa programy niż przełączać się co chwilę na tablecie. No i wyobraźcie sobie mobilność. Teraz na nudnych wykładach na uczelni, wyciągacie tablet, słuchawki w uszy, włączacie WiFi i oglądacie pod ławką jak Blake Griffin masakruje Los Angeles Lakers. To samo tyczy się iPhone i telefonów z Androidem na pokładzie, bo aplikacja NBA TV jest dostępna i na nie. iPhone ma jednak jedną wadę lub też ja jestem niezwykle nieudolny technicznie, bo nie udało mi się telefonu od Apple podłączyć do telewizora. Poza tym same aplikacje mobilne są naprawdę dobrze wykonane i funkcjonalne. Jedną z rzeczy, która niezwykle mnie cieszy jest choćby wprowadzenie funkcji geolokalizacj, dzięki której NBA TV rozpoznaje naszą strefę czasową i start spotkania podany jest po naszemu, dzięki czemu nie musimy liczyć, która to 8 P.M. Niestety nie miałem żadnej możliwości zabawy aplikacjami mobilnymi na innych systemach niż iOS. Nie wiem więc jak te działają na przykład na Androidzie. Cały czas ubolewam i Wy też powinniście nad faktem, że tak wielka i prężna firma jaką jest NBA, nie stworzyła jeszcze swojej aplikacji na konsole. Po co? Po to samo, po co zrobiło to MLB, czyli liga baseballowa i po to samo, po co istnieją aplikacje mobilne. Wiecie już czemu żyjecie we wspaniałych czasach? Kilkanaście lat temu ja i moi koledzy musielibyśmy do szkoły nosić telewizor, żeby zobaczyć choćby urywki meczów. Enjoy więc. :)
środa, 25 stycznia 2012
Genialny serwis ze statystykami, Basketball-Reference.com kilka godzin temu umieścił w swoich zbiorach skany kilku(nastu/dziesięciu) oryginalnych statystyk meczowych. Ciekawostki to np. poniższy obrazek, czyli 100 punktów Wilta.
Albo to, czyli złodziej Havlicek z 15 kwietnia 1965.
Lub też mecz z największą ilością punktów z 13 grudnia 1983 roku.
Poklikajcie po Basketall-reference.com, na własne oczy można tam zobaczyć trochę historii.
piątek, 20 stycznia 2012
Nie będę tego nawet komentował, po prostu popatrzcie jak kiedyś grało się w NBA w koszykówkę. A na deser debiutant Pippen kontra Charles Oakley
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Za górami za lasami, a tak naprawdę pomiędzy Niemcami i Rosją, jest pewien czterdziestomilionowy kraj. Kraj nasz czy nam się to podoba czy nie na mapie koszykarskiego świata znaczy niezbyt wiele. Oczywiście nasz rodzynek w NBA, Marcin Gortat czynni stałe postępy, a nasza pierwsza reprezentacja pokonała kilka miesięcy temu wicemistrzów świata Turków. To jednak nie wystarczy jednak, by być znaczącym punktem koszykarskiego świata. W tym jesteśmy zwykłym zaściankiem. Problem koszykarski w Polsce? Szkolenie, o którym mówią wszyscy eksperci koszykarscy, media, sami gracze, trenerzy i praktycznie każdy kibic. Można napisać i wygłosić kolejny wielki poemat na temat tego jak w naszym pięknym kraju powinien przebiegać proces szkolenia i budowanie wielu pokoleń mistrzów świata i Europy. Zadam jednak banalne pytanie - po co? Rzeczywistość kreowana jest w mediach. Taki jest obecny świat. Czy rozmawiamy o sporcie, polityce czy o religii lub zdrowiu (czyli tematach, na których każdy szanujący się krajan zna się jak mało kto) taka jest brutalna prawda. Czego nie ma w mediach nie ma w ogóle. Koniec kropka. Do czego zmierzam? Uważam i mogę podpisać się pod tym oboma rękoma, że organizowanie konferencji szkoleniowych i dokształcanie naszych trenerów ma sens tylko wtedy kiedy trafią do nich w odpowiednim czasie uzdolnieni i utalentowani chłopcy. A to jest zadanie dla prezesa, wiceprezesa i ducha świętego. Marcin Gortat do koszykówki trafił bardzo późno, a jest najlepszy w naszym kraju. W żadnym wypadku nie można go nazwać produktem naszego szkolenia. Większość swoich umiejętności technicznych i wiedzy koszykarskiej nabył przecież poza Polską. W amerykańskiej telewizji emitowane są programy z pogranicza nauki mówiące o tym, że LeBron James byłby szybszy od Useina Bolta na sto i dwieście metrów, gdyby trenował lekką atletykę. Ale nie trenuje i bardzo dobrze! Dlaczego? Bo od małego w telewizji oglądał Michaela Jordana i Scotiego Pipena. I to właśnie jest zadanie działaczy sportowych. Podbierać młodych wysokich chłopców z charakterem odpowiednim do sportu trenerom siatkówki, a nie w drugą stronę. W prostych słowach, należy młodzież zainteresować sportem, a dokładnie koszykówką, którą polubią i zaczną trenować. Jeżeli boiska asfaltowe zapełnią się od nowa, koszykówka przestanie być sportem niszowym. Jeśli trener będzie wpajał utalentowanym ludziom miłość do dyscypliny tak pięknej jak mało która, to odbudujemy zainteresowanie i popularność. Bo przecież fachowcy mówią o naszych wicemistrzach świata z Hamburga, że to fantastyczna generacja! Zadaniem wszystkich ludzi,którym koszykówka jest bliska sercu powinno być to, aby takich generacji było więcej. Jeżeli ktoś chce być wybitnym malarzem musi mieć talent. Jeżeli ktoś chce być światowej sławy chirurgiem musi mieć sprawne dłonie i ogromne wyczucie (hymmm..Talent?) Jeżeli więc chemy mieć wybitną drużynę narodową, która zapełni katowicki spodek 20 tysiącami fanatycznych kibiców, zapewnijmy trenerom materiał z którym można pracować, a dopiero potem pilnujmy żeby pracowali z nimi jak należy. Jako fan tego pięknego sportu jestem egoistą i mam do tego pełne prawo. Szanuję mistrzostwa świata w lekkiej atletyce, ale chcę raz w tygodniu oglądać koszykówkę na najwyższym poziomie w paśmie ogólnopolskim i to otwartym. Bo popularność dostarczy nam kolejnych generacji wybitnych graczy. Ze szpitalnego łóżka, gościnnie dla difens.blox.pl, dochodzący do zdrowia gracz, kibic, fascynat i miłośnik koszykówki, Michał Gabiński.
niedziela, 15 stycznia 2012
Czy to był udany Mecz Gwiazd? Tak. Czy ten Mecz Gwiazd mógł być lepszy? Tak. Tak naprawdę w tym miejscu mógłbym zakończyć podsumowanie prawie, że weekendu (tak, weekendu, bo mimo tego, że nie było tego widać w relacjach mediów, to wiele osób bawiło się w Katowicach świetnie już w piątek, a także w sobotę po meczu) gwiazd Tauron Basket Ligi. Zawsze znajdą się wśród nas malkontenci, którzy będą narzekali na pogodę, krzywe linie na boisku, niesmaczną musztardę, niedopompowane koła i tak dalej. Wiem, bo jestem jednym z nich i niczym w piosence Załoga G Hurtu - [...] bywam małostkowy, cyniczny i bezduszny, osądzam bez litości, bez serca i miłości [...], [...] miewam nieczyste intencje, łamię własne zasady, jestem niekonsekwentny, drażliwy i nieznośny [...]. Sam narzekałem na Mecze Gwiazd. Na złą organizację, kiepską oprawę, przydługie prezentacje, brak gwiazd, brak sensownych konkursów, niepasującą muzykę, katastrofę ekologiczną, brzydką halę, wiatr wiejący za oknami i pogodę w kratkę. Narzekania da się słyszeć i po sobotnim spotkaniu i jak zwykle najwięcej do powiedzenia mają fani, którzy chcąc zobaczyć Mecz Gwiazd, oglądali spotkanie siedząc przed telewizorami. I wcale się im nie dziwię, bo już dwa lata temu środowisko koszykarskie (to widzące mecze w hali i to oglądające przed telewizorem) wyprodukowało cudowną teorię, która mówi: meczu gwiazd w telewizji nie da się oglądać. W sobotę ponownie sprawdziła sie doskonale, bo - i tu przejdźmy płynnie do narzekań - występ gwiazdy wieczoru Ewy Farny był kiepsko nagłośniony (podobno TVP nie wpieło sprzętu do swoich wtyczek audio), zamiast głosu nastolatki dało się słyszeć - cytując klasyka - jakieś pierdnięcia. Narzekano też na brak większej ilości szatni (pełna zgoda, bo podobno w Spodku otwarto tylko jedno pomieszczenie, gdzie można było się rozpłaszczyć) i przynudnawy, drugi występ ekipy Drumatical Theatre, bo pierwszy zrobił chyba na wszystkich spore wrażenie. Tuż przed rozpoczęciem meczu narzekano też na ... same występy artystów i domagano się koszykówki. Popadając w skrajność, oczami wyobraźni widzę wpisy na Twitterze, Facebooku, przeklinających przed telewizorami i w hali ludzi, gdyby występów artystycznych nie było wcale. Głosy te brzmiałyby mniej więcej tak: przecież to mecz gwiazd, tu nie chodzi tylko o koszykówkę, ale o dobrą zabawę. Tak, to był Mecz Gwiazd, tak w takim wydarzeniu chodzi o to, aby ktoś popykał w puszkę pałką, komuś spadły spodenki, wystąpiła ładna laska, a inne ładne laski połączyły siły i biegały po parkiecie prawie tak długo jak koszykarze. Chodzi też o to, aby spotkać się ze znajomymi, chwilę odpocząć i złapać nieco oddechu. I tak to też w Katowicach wyglądało, to był czas relaksu, luźnych rozmów i zabawy, możliwości spotkania się z tymi, których widzi się bardzo rzadko ze względu na inne miejsce zamieszkania, napięty grafik etc. Katowicki Mecz Gwiazd miał potknięcia i nie można ich nie zauważać. Nie chcąc bronić organizatorów - bo to nie moje zadanie - stwierdzam, że w kwestii oprawy mecz w Spodku był naprawdę, naprawdę niezły. Sam widok zawodników nagrywających swoich kolegów iPadami, był powalający. Proszę tylko pamiętać, że piszę to z perspektywy przebywania w hali, nie z punktu widzenia kanapy i telewizora. Dla mnie największym problemem był poziom sportowy samego spotkania. Nie wymagam od graczy twardej, agresywnej defensywy. Nie wymagam też zawiłości taktycznych, bo nie można tego oczekiwać po luźnym meczu, który ma charakter zabawy. Chciałbym w nim jednak nieco więcej, ale tylko troszeczkę, więcej koszykówki naprawdę i to tylko po to, aby można było zobaczyć kto przy pozorowanej obronie, a nie słupach soli, potrafi zrobić ładny piwot na koźle, ściąć pod kosz, podać za plecami w trakcie gry, a nie zwykłej bieganiny. Powtórzę się, nie wymagam cudów, tylko nieco więcej koszykówki w koszykówce. A największy problem sobotniej imprezy? Wcale nie Andrzej Pluta, który w finale konkursu rzutów za trzy punkty wystąpił z dziką kartą, bo sam występ tego człowieka był zapewne dla wielu ogromnym przeżyciem. Problemem był dramatycznie słaby, stojący blisko katastrofy i upadku Imperium Rzymskiego, poziom konkursu wsadów. Wszyscy liczyliśmy na Mateusza Ponitkę, który nie wiadomo czy obrał zbyt wysoki poziom trudności już w eliminacjach, spalił się, czy po prostu jest lepszym dunkerem podczas meczów, niż podczas konkursów. Liczyliśmy na ciekawe loty malutkiego Waltera Hodge'a, liczyliśmy na coś ekscytującego w wykonaniu LaMarshalla Corbetta i Qa'rraana Calhouna. Dostaliśmy wielkie nic, bo Calhoun, zwycięzca konkursu jest najsłabszym wygranym od lat, o ile nie w ogóle. Niezawodoleni z poziomu konkursu byli też organizatorzy imprezy i nie ma się co im dziwić. Przy okazji tego wydarzena nie będę wspominał o efektownych wsadach Łukasza Biednego, bo przecież on był tylko zaproszonym gościem, spisał się znakomicie, a zawodowcy, którzy mieli porywać i dać sporo energii, zamiast tego szeroko otworzyli nam drzwi, na których wielkimi literami napisane było słowo: FAILURE. A powołując się na jedno z rannych pytań mojego znajomego - co w perspektywie dłuższej niż 3 dni daje nam mecz gwiazd? Muszę z przykrością odpowiedzieć: nie wiem, ale skłaniam się ku opcji - nic. P.S. Dobrze, że Walter Hodge i Łukasz Wiśniewski nacieszyli moje oczy swoimi butami. Jordan XI Concord robi wrażenie i już zawsze będzie robił.
piątek, 13 stycznia 2012
Niektóre z odcinków TBL WOW Stats z powodu natłoku obowiązków niestety uciekły, albo po prostu nie były godne uwagi. Tym razem kolejka ligowa dostarczyła kilka cyferek, które są warte odnotowania i zachwycania się tymi, które je wykręcili. Skupmy się jednak tylko na tych, którzy uzyskali double-double, lub byli bardzo blisko osiągnięcia 10+ w dwóch kategoriach statystycznych. Walter Hodge (Zastal Zielona Góra) - nie od dziś mówię, że Walter Hodge jest jednym z moich ulubionych graczy w TBL. Już w momencie kiedy w poprzednim sezonie podpisano z nim kontrakt byłem zafascynowany, bo to energetyczny gracz, który kocha bronić i ma charakter godny prawdziwego sportowca. Co zrobił w meczu z Anwilem? Rzucił 29 punktów i miał 12 asyst, pogrążył włocławian swoją świetną grą, szybkimi minięciami i wejściami pod kosz. To było czwarte double-double Waltera w tym sezonie, ale w meczu z Siarką Tarnobrzeg był bliski nawet triple double. Nie wiem dlaczego, ale z Hodgem strasznie kojarzy mi się kawałek Kanye Westa - Stronger.
Kirk Archibeque (Zastal Zielona Góra) - 17 punktów i 12 zbiórek. Było to pierwsze double-double Archibeque'a w barwach Zastalu, choć raz był już bardzo blisko i miał 9 punktów oraz 10 zbiórek w swoim debiucie w zespole z Zielonej Góry. Darrell Harris (Kotwica Kołobrzeg) - to taki nasz krajowy Kevin Love. Harris w meczu z Polpharmą zdobyl 14 punktów i miał 16 zbiórek. Dla niego to pierwszyzna, bo tylko w tym sezonie aż 11 notował minimum 10 punktów i zbiórek, a miał tylko 5 spotkań, w których zebrał poniżej 10 piłek. Czy on kiedyś trafi do lepszego zespołu i będzie powtarzalny w tym co robi pod tablicami? Piotr Dąbrowski (Polpharma Starogard Gdański) - 22 punkty i 12 zbiórek. Ewidentnie najlepszy występ Dąbrowskiego w tym sezonie. Wcześniej tylko raz przekroczył granicę 10 punktów (14 w meczu z AZS Koszalin), a jego rekord w zbiórkach w tym sezonie wynosił 7 (trzy razy). Jeremy Simmons (Polpharma Starogard Gdański) - 12 punktów i 11 zbiórek. Drugie double-double z rzędu i w sumie czwarte w sezonie. Przy możliwościach Simmonsa spodziewałem się więcej tego typu osiągnięć, bo że potrafi to już pokazał. John Turek (Trefl Sopot) - 29 punktów i 17 zbiórek. Uwierzycie, że to dopiero drugi występ Turka w tym sezonie, w którym zbiera więcej niż 10 piłek? Miał sporo meczów z 7-8 zbiórkami na koncie, ale double-double osiągnął tylko dwa razy.
Jakub Dłuski (ŁKS Łódź) - 8 punktów i 11 zbiórek. Było blisko. George Reese (AZS Koszalin) - ten Pan też był blisko, ale triple double. 9 punktów, 9 zbiórek, 7 asyst.
wtorek, 10 stycznia 2012
Mecz Gwiazd i istotne z punktu widzenia społeczeństwa oraz podejścia socjologicznego postawy społeczne? Da się to połączyć! Postawy społeczne to bardzo ważny element, bez którego społeczeństwo nie może funkcjonować. Niezależnie od tego czy te postawy to strach przed autorytetami, niechęć do władzy czy umiejętność bycia uprzejmym. Chodzi zwyczajnie o wyuczone skłonności do reagowania w społecznie określony sposób, którego to społeczeństwo oczekuje. Postawy społeczne dotyczą każdego z nas w praktycznie każdej sytuacji z jaką się stykamy. Dotyczą także kibiców koszykówki, którzy klikając w odpowiednie pola wskazują nazwiska swoich ulubieńców, mających wystąpić w Meczu Gwiazd. W ostatnich latach często spotykaliśmy się z ruchami, może niekoniecznie postawy społecznej, ale na pewno, jak mówiła i tłumaczyła mi uparcie moja konsultantka socjolożka, społecznej sympatii, która objawiała się w wybieraniu do Meczu Gwiazd tych najbardziej swoich. Gazety, portale, lokalne telewizje i rozgłośnie radiowe oraz największa siła marketingu i reklamy - plotka, miały misję, by to nasz zawodnik, urodzony w naszym mieście, wygrał głosowanie. Co z tego, że na parkiet ten przysłowiowy Jan Dzban wybiegł w tym sezonie raz, potknął się o linię i zaliczył dwie straty w 6 minut we wszystkich 20 dotychczas rozegranych meczach? Nie to było wtedy istotne. Istotne było to, że w metryczce urodzenia miał wpisane Wąchock i był swój. Sympatie lokalne i podobnego rodzaju pospolite ruszenia nie są w żadnym wypadku niczym strasznym, niczym zły ani czymś za co trzeba karać, potępiać i palić na stosie. Nie od dziś wiadomo, że Mecze Gwiazd, plebiscyty na najlepszych sportowców i podobnego rodzaju wydarzenia często zostają sprowadzone do roli konkursów piękności. Dlatego w Polsce mieliśmy takie przypadki, w których ojciec Adama Waczyńskiego, Witold, namawiał wszystkich znajomych i nieznajomych do głosowania na jego syna. Senior Waczyński, wykorzystywał przy tym nowoczesne technologie, bo wiadomość z prośbą o oddanie głosu na utalentowanego Adama w 2010 roku wysyłał poprzez portal Nasza-Klasa. Jedni głosowali, inni nie, Witold Waczyński, który chciał by jego syn zagrał dwa lata temu w MG nikomu do głowy pistoletu nie przystawiał, rąk - jak sam wtedy twierdził - nie wykręcał. Prosił, ludzie samodzielnie podejmowali decyzję. Decyzję samodzielnie podjął też cały Lublin, kiedy pospolite ruszenie do pierwszej piątki wytypowało przeciętnego wtedy Tomasza Kęsickiego czy Marka Miszczuka. Pospolite ruszenie odbyło się w ubiegłym roku w Zielonej Górze, w 2007 roku w Koszalinie, kiedy kibice AZS posłali do pierwszej piątki MG Dawida Witosa. I czy ktoś im bronił? Nie, bo Mecz Gwiazd jest między innymi dla kibiców, oby tylko ci którzy głosowali, zainteresowali się później zawodnikiem, zespołem, ligą i koszykówką. W tym roku w Tauron Basket Lidze takich sytuacji uniknęliśmy. Prym wśród ulubieńców fanów wiodło dwóch zawodników, których obecność w katowickim meczu nie jest dla nikogo zaskoczeniem. Aż 36 procent głosów dostał Mateusz Ponitka, 34 zgarnął Łukasz Koszarek. Obaj są graczami świentymi, jeden z już ugruntowaną pozycją, drugi na dorobku, ale z wielkim sercem do gry i talentem, którego pozazdrościć może mu cały koszykarski świat. Ale oprócz Ponitki i Koszarka, o których mówiło się przez kilka tygodni głosowania, w pierwszych piątkach zespołów znaleźli się gracze wyróżniający się nie przynależnością klubową, nie miastem pochodzenia, ale przede wszystkim tym, że są graczami, którzy elektryzują publiczność, utalentowanymi i potrafiącymi stworzyć show. Czyżby zapaleni fani koszykówki w końcu uznali, że zamiast oglądać przeciętne widowisko, należy w Meczu Gwiazd postawić na graczy uznanych, właśnie tych, którzy zapewnią chwile zabawy i wytchnienia i będą potrafili oczarować podaniem łokciem, wsadem z przełożeniem piłki pod nogą czy niezwykłym dryblingiem? Patrząc na wybory pierwszopiątkowe i te, których fani dokonali nominując graczy do konkursu wsadów można śmiało stwierdzić, że społeczeństwo koszykarskie w Polsce jest świadome tego co zrobiło i czego potrzebuje. I nawet jakby wybrali inaczej, to konkluzja byłaby podobna. Bo z różnych względów nie mogę być na tyle argoancki aby powoływać się na świętej pamięci Steve'a Jobsa i twierdzić podobnie jak on, że jego klienci nie wiedzą czego chcą i to on zdefiniuje ich potrzeby. Co nie zmienia faktu, że tegoroczne głosowanie i postawa fanów bardzo, ale to bardzo mnie cieszy.
niedziela, 08 stycznia 2012
Genialna reklama ESPN pokazująca czym jest rywalizacja, piękno sportu, emocje czyli to wszystko czym pasjonujem się na co dzień.
sobota, 07 stycznia 2012
Nicchaeus Doaks (Siarka Jezioro Tarnobrzeg) - 17 punktów i 15 zbiórek przeciwko silnemu Turowowi Zgorzelec. A to nie pierwszy taki mecz Doaksa, bo miał już 17 punktów i 12 zbiórek przeciwko Kotwicy, 11 punktów 10 zbiórek w meczu z Zastalem, 20 punktów i 12 zbiórek w wygranym meczu z Anwilem. Doaks po cichutku wyrósł na jednego z ciekawszych podkoszowych w lidze. Jakub Dłoniak (Zastal Zielona Góra) - 19 punktów, na świetnej skuteczności 6/6 za 2 i 2/4 za trzy. I co z tego, że przeciwko Politechnice? 0:3 - To bilans Czarnych Słupsk w ostatnich trzech meczach. Jeszcze niedawno lider ekstraklasy przegrywa wszystko co się da. I o ile te z Anwilem i Treflem ujmy nie przynoszą, tak potknięcie w Starogardzie Gdańskim może zacząć zastanawiać. Damian Kulig (PBG Basket Poznań) - Ty wiesz Damian doskonale, że za kilka miesięcy będziesz negocjował bardzo fajny, pokaźny kontrakt? Wiesz i my też o tym wiemy, a 16 punktów i 13 zbiórek w Twoim wykonaniu robi wrażenie, ale przyzwyczaiłeś nas do takich występów w tym sezonie. Z czego oczywiście niezmiernie się cieszymy! 64:59 - to wynik spotkania Kotwica Kołobrzeg - Trefl Sopot. Nie wierzyłem, że Kotwica może być tak groźna u siebie, a Tomasz Mrożek i jego podopieczni na przekór moim typom nie dość, że nie dali dojść Treflowi do granicy przyzwoitości (60 punktów!), to jeszcze bezczelnie pokonali lidera tabeli. BRAWO! Obserwujemy '93 w ekstraklasie Mateusz Ponitka - 17 punktów i tylko 4 zbiórki. Rekordu nie było. Ale Ponitka i tak zagrał bardzo dobrze, bo trafił 7 z 8 rzutów z gry, miał 2 przechwyty ale niestety też 4 straty. Michał Michalak - 2 punkty, 13 minut, 1/4 z gry. Martwi mnie nieco słabsza forma Michalaka w ostatnim czasie. Filip Matczak - 5 minut, 4 punkty, 2/3 z gry. Cieszę się za każdym razem jak Matczak dostaje minuty. Bo powinien je dostawać. Przemysław Karnowski - 20 minut, 7 punktów, 3/8 z gry i po 3 zbiórki i asysty. Piotr Niedźwiedzki - 13 miunt, 6 punktów, odał 7 rzutów, trafił 3. Miał też 8 zbiórek. Nieźle. Jakub Koelner - 4 minuty, 1 rzut, 1 celny, 3 punkty.
wtorek, 03 stycznia 2012
Już kilka dni po starcie Nowego Roku, ale ciągle w starym (w przypadku NBA, już starym) sezonie, kilku zacnych i szanowanych blogerów specjalnie dla Difensa podsumowuje koszykarski rok 2011. Wśród chętnych do napisania kilku zdań znaleźli się Łukasz Cegliński, Maciej Kwiatkowski, Paweł Łakomski, Jakub Wojczyński, Michał Rodziewicz. Z różnych powodów w podsumowaniu nie wzięło udział kilku innych blogerów, nad czym osobiście bardzo ubolewam. Kategorie, w których opisywaliśmy koszykówkę poznacie czytając dalszą część wpisu. Enjoy! A sam dziękuję bardzo tym, którzy znaleźli czas na napisanie kilku zdań. GRACZ ROKU ŁUKASZ CEGLIŃSKI: Marcin Gortat. To nie jest taki łatwy wybór, jakby się wydawało - grał tylko do kwietnia, opuścił reprezentację Polski przed mistrzostwami... Ale, cholera, robił na mnie takie wrażenie na przełomie stycznia i lutego! Miałem wielkie szczęście, że z wyjazdem do Phoenix trafiłem akurat w momencie życiowej formy Gortata - jego punkty, wywiady, zainteresowanie nim ze strony mediów. Widziałem, opisywałem, doświadczyłem. JAKUB WOJCZYŃSKI: Dirk Nowitzki. Z perspektywy aktualnego bilansu Dallas Mavericks wygląda to średnio, ale należy mu się. Bo wreszcie doczekał się mistrzostwa. PAWEŁ ŁAKOMSKI: Juan Carlos Navarro. Słynna katalońska ''La Bomba'' mimo ''trzech dyszek'' na karku nie zwalnia tempa. W powoli mijającym roku zdobył prawie wszystko – mistrzostwo Hiszpanii, mistrzostwo Europy i tytuł MVP turnieju. Do tego niedawno przegonił Marcusa Browna (2,715 pkt) w ilości zdobytych punktów na parkietach Euroligi – na chwilę obecną Navarro ma 2,737 pkt. Do pełni szczęścia zabrakło tylko obrony tytułu mistrzowskiego Euroligi. MACIEJ KWIATKOWSKI: Dirk Nowitzki. Od kilku lat osobiście uważałem to za tak głupie, by traktować Nowitzkiego jako kogoś kto łamie się pod presją. Od 2008 zdobywał co roku w playoffach co najmniej 26.7 punktów, ale Mavericks wokół niego byli starzy, mało dynamiczni, nie zbierali i nie bronili. Nowitzki był więc oceniany jako twarz tego zespołu, a prawdę mówiąc mało kto oglądał Dallas i opierał się wygodnie na takim prostym stereotypie, nabytym w latach 2006-2007. Wystarczyło dodać kilku walczaków, obrońców, którzy powinni być w każdej dobrej drużynie i Nowitzki nagle zaistniał jako gwiazda "crunch-time", którą był już od 3-4 lat. MICHAŁ RODZIEWICZ: Derrick Rose. Nagroda może nieco na wyrost, ale tak po prawdzie żaden z Polaków nie zasłużył tak jednoznacznie na to wyróżnienie, dlatego czas zerknąć za ocean. Panie i Panowie – w Chicago znowu mają wielką indywidualność. W dodatku systematycznie wokół Derricka budują zespół i wydaje się, że powoli wszyscy zaczynają myśleć o powrocie do słodkich lat 90-tych. Pytanie – czy Rose, podobnie jak MJ, będzie wierny barwom? I czy będzie miał równie dobre wsparcie u reszty drużyny? Na razie rzuca, zbiera, podaje – człowiek od wszystkiego. Oby tak dalej! SZCZEPAN RADZKI: Łukasz Koszarek. Koszarek dwa lata spędził we Włoszech, a po powrocie do Polski pokazał się z jak najlepszej strony. Był liderem reprezentacji Polski podczas EuroBasketu 2011 na Litwie. Potrafi podać w odpowiednim momencie, rzuca kiedy wymaga tego sytuacja, a do tego bardzo dobrze broni. Umie na boisku wszystko, co wymagane jest od dobrego rozgrywającego. Po podpisaniu kontraktu w Treflu, udowadnia, że w Tauron Basket Lidze nie ma dla niego przeciwnika na pozycji numer jeden. MECZ ROKU ŁUKASZ CEGLIŃSKI: Polska - Turcja 84:83 podczas mistrzostw Europy na Litwie. Niesamowite spotkanie! W czwartej kwarcie było już 68:75, ale trójkę trafił Szymon Szewczyk, potem ważne punkty zdobył Łukasz Koszarek, a końcówka to popis Piotra Pamuły i Dardana Berishy. Szczególnie tego ostatniego - „Karabin" trafił 12 sekund przed końcem nad Ersanem Ilyasovą, a chwilę później Kerem Tunceri spudłował na zwycięstwo. Byłem tak podniecony, ale i zaskoczony, że nie potrafiłem się cieszyć. Emocje stłumiły radość. Cóż, widocznie organizm coś przeczuwał przed meczem z Wielką Brytanią. JAKUB WOJCZYŃSKI: Polska - Turcja na EuroBaskecie. Z pamiętnymi rzutami Piotra Pamuły i Dardana Berishy. Muszę przyznać, że ostatni raz miałem tak spontaniczną reakcję na trybunie prasowej jakieś osiem lat temu. Będzie o czym opowiadać dzieciom. PAWEŁ ŁAKOMSKI: Panathinaikos Ateny – FC Regal Barcelona 78:67, ćwierćfinał (mecz na 3:1 dla PAO). Patrioci napiszą Polska – Turcja, następni być może wskażą mecz Litwa – Macedonia, natomiast dla mnie meczem roku było ostatnie starcie Panathinaikosu z Barceloną w ćwierćfinale Euroligi. Wow! To co Grecy zrobili w obronie, to jak Diamantidis zatrzymał Navarro, to jak Calathes nagle stał się liderem PAO, na długo zapamiętam. MACIEJ KWIATKOWSKI: Mecz nr 2 Finałów NBA. 7:14 min. do końca, Miami prowadzi 88:73 i 1-0 w serii. Wade rzuca za trzy przy ławce rezerwowych Dallas, LeBron podbiega do niego i zachowuje się jak 14-latka klepiąc go po klatce piersiowej jakby Wade wyrwał najlepsze ciacho ze starszej klasy. Następne 7 minut oglądamy z Przemkiem Kujawińskim przez blisko 2 godziny, raz po raz robiąc 10 sekund wstecz na League Pass. 27 sek. do końca i Dirk Nowitzki rzutem za trzy daje Dallas prowadzenie. Tyson Chandler stawia w tym czasie szereg znakomitych, mocnych zasłon. W między czasie w domu, w którym gości nas Rafał Niewiadomski z Lakers.com.pl, wszyscy powoli wstają, wchodzą do salonu i patrzą się jak dwóch ledwo żywych gości z laptopem na rogu stołu o ósmej rano 10-krotnie przewija zasłonę Chandlera, a potem "spin-move" Nowitzkiego na Chrisie Boshu, który praktycznie ratuje Mavericks Finały. MICHAŁ RODZIEWICZ: Polska – Turcja 84:83. Co tu dużo mówić – szybko taki mecz się może nie powtórzyć. Wielkie emocje i wielkie zwycięstwo nad naprawdę renomowaną firmą. Trudno znaleźć wydarzenie, które mogło lepiej promować polską koszykówkę w mijającym roku, niż to. Wielka szkoda, że ostatecznie nie przyniosło awansu z grupy. SZCZEPAN RADZKI: Polska - Turcja 84:83. Co to był za mecz! Polacy pokonali wicemistrzów świata! Po wygranej cieszyli się nie tylko fani koszykówki, ale także ludzie na co dzień nie interesujący się sportem. Polska jednym punktem pokonała faworyzowaną Turcję, zespół który w 2010 roku w turnieju mistrzostw świata był gorszy tylko od USA. Na wyróżnienia na pewno zasłużyli Łukasz Koszarek, lider reprezentacji (17 punktów w meczu), Thomas Kelati, który musiał radzić sobie z wyższymi, silniejszymi i bardziej doświadczonymi rywalami, Dardan Berisha (21 punktów) - zdobywca zwycięskiego kosza. Świetnie zagrała cała drużyna, która pokazała ogromną wolę zwycięstwa i wiary we własne możliwości. To było jedno z najważniejszych i największych zwycięstw koszykarskiej reprezentacji w ostatnich latach. Szkoda, że później Polacy nie awansowali do kolejnej fazy rywalizacji. DRUŻYNA ROKU ŁUKASZ CEGLIŃSKI: Szczególnie podobały mi się dwie - z różnych lig, więc wyróżniam obie. PGE Turów Zgorzelec, czyli kombinat im. Jacka Winnickiego, miał piękny, wyczerpujący play-off zakończony prawie złotym medalem, a i na jesieni rozegrał kilka emocjonujących meczów. Memphis Grizzlies strasznie kręcili mnie natomiast w przyjemne noce na przełomie kwietnia i maja. Lubiłem ich oglądać, lubiłem ich oklaskiwać, lubiłem o nich pisać. O Turowie też, rzecz jasna. JAKUB WOJCZYŃSKI: Reprezentacja Macedonii. Nie zdobyli medalu, nie wywalczyli awansu na igrzyska, ale jak to mówią Amerykanie byli "fun to watch". Mieli fajnych kibiców, fajnego Boszko Mekelebowskiego i fajnego Pero Anticia. PAWEŁ ŁAKOMSKI: Hiszpania. Wybór był trudny – bezapelacyjnie najlepsza Hiszpania, czy równie silny Panathinaikos na przestrzeni całego roku? Gdyby w Atenach udałoby się zatrzymać kilku graczy, pewnie wybrałbym PAO. Jednak Hiszpania drugi EuroBasket z rzędu pokazała, że jest najlepsza na Starym Kontynencie, a jej kanonada może trwać naprawdę długo. W końcu we Wrocławiu na ME U18 złoto też zdobyli Hiszpanie. MACIEJ KWIATKOWSKI: Hiszpania. Przyznam szczerze, że nawet nie lubiłem wcześniej Hiszpanów. Wygrywali, ale byli zbyt "soft". Tymczasem po EuroBaskecie zmuszony byłem napisać, że "nowa", wyższa i twardasza Hiszpania w ustawieniu na dwie wieże (Pau i Marc) i z Serge'm Ibaką z ławki może naprawdę pokonać jakikolwiek team jaki Amerykanie wystawią w Londynie na igrzyskach. To, że było to kolejne zwycięstwo najlepszej generacji hiszpańskich koszykarzy, to jedno. Drugie to, że to nie jest już ten sam lekki team z Pau grającym na pozycji centra. Środkowymi są teraz Marc i Ibaka, co wg mnie zupełnie zmieni rywalizację z USA, ale na to musimy jeszcze trochę poczekać. MICHAŁ RODZIEWICZ: Wisła Kraków. Wiślaczki nie awansowały tym razem do Final Four Euroligi, skończyły zmagania na 1/8. Plus oczywiście obroniony prymat w naszym kraju. W tym sezonie zaledwie trzy porażki – jedna w lidze (na czternaście spotkań, w hali mocnych Polkowic) i dwie w Eurolidze kobiet. Najrówniej i najsolidniej grająca drużyna. SZCZEPAN RADZKI: Macedonia. Bo gra tej drużyny, efekty ich ciężkiej pracy i to co osiągnęli na długo pozostanie w naszych głowach. Poza tym na przykładzie takich zespołów, tworzy się najbardziej wzruszające filmy sportowe wszechczasów. Dla mnie Macedonia była koszykarksim Kevinem Costnerem. DEBIUT ROKU ŁUKASZ CEGLIŃSKI: Mateusz Ponitka w Tauron Basket Lidze. Gracz wyjątkowy, choć mam świadomość, że pisząc tak o 18-latku być może nieco przeginam. Z drugiej strony - nie pamiętam polskiego nastolatka, koszykarza, który wchodząc do ligi miałby takie umiejętności, taką pewność gry i taki spokój w głowie. Ponitka ożywił ligę! JAKUB WOJCZYŃSKI: Ricky Rubio. Nie mam innego pomysłu na tę kategorię, więc niech... poniesie mnie chwila. Debiut Ricky'ego w Minnesocie. Okej, trzeci mecz miał do tej pory najlepszy, ale na dzień dobry rozdawał takie asysty PAWEŁ ŁAKOMSKI: Mateusz Ponitka. Bezczelność tego chłopaka na parkietach polskiej ekstraklasy, to skarb TBL! Wszyscy mieliśmy obawy, czy 18-letni Ponitka poradzi sobie z przeskokiem z I-ligi do PLK. Jak się okazało niesłusznie. Mateusz obok Dardana Berishy jest najlepszą ''dwójką'' w PLK i trzeba tylko czekać na jego zagraniczny transfer. MACIEJ KWIATKOWSKI: Mateusz Ponitka w TBL. Gdybym został prezesem PLK, co na szczęście mi nie grozi, pierwszą decyzją jaką bym podjął byłaby promocja koszykówki w Polsce przez polską wersję Michaela Jordana/Kobe'go Bryanta. Ponitka ma wszystko to co powinno być stawiane jako wzór do naśladowania plus przy całym szacunku dla Marcina Gortata - łatwiej młodym chłopakom naśladować mierzącego 196 cm rzucającego obrońcę niż o głowę wyższego centra. MICHAŁ RODZIEWICZ: Mateusz Ponitka. Wprawdzie Politechnika ledwo zipie i wszyscy są ciekawi, jak wypadnie Mateusz w lepszym klubie – na dzień dzisiejszy to on ma minimalnie lepszy debiut niż np. Przemek Karnowski. Warto dodać, że „debiut" to w tym wypadku po prostu wejście do PLK i fakt, że zrobiło się o Ponitce głośno. Wybór byłby pewniejszy, gdyby kadra coś ugrała na mistrzostwach we Wrocławiu. SZCZEPAN RADZKI: Mateusz Ponitka w TBL. Nie pamamiętam, abyśmy w ostatnich latach byli tak podekscytowani pojawieniem się jednego gracza w PLK. Ponitka jest naszym diamentem, jego wola walki, chęć pracy, potrzeba osiągania szczytów i mentalność wyrwana spoza granic naszego kraju budzą podziw. Mateusz, obyś był pierwszym, a za Tobą poszli inni, którzy będą mieli takie pragnienie sukcesu! WYDARZENIE ROKU ŁUKASZ CEGLIŃSKI: Rajd Macedonii do półfinału mistrzostw Europy. Rajd, który uświadomił, że czasem wcale nie potrzeba nie wiadomo czego, by dokonać czegoś wielkiego. Czy naprawdę tak wiele brakowało, żeby miejsce Macedończyków i Bo McCalebba zastąpili Polacy z Thomasem Kelatim? I tak, i nie. JAKUB WOJCZYŃSKI: Lokaut w NBA. Czy potrzebne jest uzasadnienie? Nic innego nie miało tak dużego wpływu na koszykówkę jak lokaut w NBA. I tą wielką zza oceanu, i tą małą z Zielonej Góry. PAWEŁ ŁAKOMSKI: Zmiana władzy w PZKosz. Wygrana Grzegorza Bachańskiego w wyborach Polskiego Związku Koszykówki, to w mojej ocenie wydarzenie 2011 roku. Dlaczego? Po pierwsze, nic ciekawszego w Polsce się nie wydarzyło, po drugie spora grupa opinii publicznej miała po prostu dość rządów Romana Ludwiczuka. Aczkolwiek z nowych rządów nic na razie nie wynika. MACIEJ KWIATKOWSKI: ME U-18 we Wrocławiu. Pamiętam, że przed ćwierćfinałem nikt, ale to nikt nie mówił, że młodzi Włosi bez swojego najlepszego strzelca, króla hipsterów Amedeo Della Valle, będą w stanie pokonać Polaków. Tamta porażka była ciężkim doświadczeniem, ale możliwość oglądania tylu młodych europejskich talentów na żywo plus tłusty, polski catering za halą zrobiły mi za najlepszy tydzień w tym roku. MICHAŁ RODZIEWICZ: Zwolnienie Prokomu. Bezkonkurencyjna sytuacja. Trudno mi znaleźć coś, co bardziej wpłynęło na dewaluację oceny polskich władz i ligi w ostatnich miesiącach. Decyzja absurdalna, bijąca w zasadę równych szans, zabierająca połowie ligi szansę zagrania z Prokomem. Tym sposobem władze wyprzedziły w rywalizacji swój własny projekt ligi kontraktowej, która chwilowo przeradza się w walkę „kto dłużej pogra nie mając kasy" oraz zatrzymanie NBA. Tak więc, jak widać – konkurencja była ostra. Ale nasi decydenci spokojnie dali sobie radę. SZCZEPAN RADZKI: ME U18 we Wrocławiu. Podczas Mistrzostw do lat 18 można było zobaczyć tych, którzy za kilka lat będą gwiazdami europejskiego formatu. Wśród Polaków wyróżniali się: Mateusz Ponitka, Piotr Niedźwiedzki, Przemysław Karnowski czy Michał Michalak. Ale podczas turnieju w akcji można było też zobaczyć takie talenty jak: Hiszpanie Alejandro Abrines, Daniel Diez i Jaime Fernandez, Serbowie Nenand Miljenović, Vasilie Micić czy objawienie turnieju, reprezentant Turcji, Kenan Sipahi. To był prestiżowy turniej, który przyciągnął scoutów z NBA oraz kilkunastu uczelni z USA, którzy poszukiwali talentów mogących niedługo znaleźć się w gronie zawodowców. CYTAT ROKU ŁUKASZ CEGLIŃSKI: - Jestem obrażony i długo będę. Chciałem pokazać zawodnikom jak to będzie wyglądało, jak będą grać sami - trener Zastalu Zielona Góra Tomasz Jankowski po meczu w Kołobrzegu. Jego zespół prowadził z Kotwicą w ostatniej minucie siedmioma punktami, ale przewagę stracił. Dogrywkę Jankowski jednak odpuścił. Siedział na ławce i patrzył się w punkt. JAKUB WOJCZYŃSKI: - Sytuacja ekstra - Grzegorz Bachański. Weszło do słownictwa jako coś, co teoretycznie nie jest zgodne z przepisami, ale może warto zaakceptować dla dobra ogółu. A początkowo chodziło o Polonię Warszawa, która w ramach "sytuacji ekstra" miałaby po terminie spłacić długi, przedstawić budżet i zagrać w PLK. PAWEŁ ŁAKOMSKI: No sporych mają tych koni pod koszem – komentarz Jakuba Dłoniaka na temat dominacji środkowych PGE Turowa w meczu z Zastalem Zielona Góra. MACIEJ KWIATKOWSKI: Niech pojadą, zobaczą, jak to jest grać na najwyższym poziomie. Myślę, że przegrane mecze 20 punktami pokażą im miejsce w szeregu - Marcin Gortat pewnie nie miał złych intencji, gdy to mówił. Chciał zabrzmieć brutalnie szczerze i ...wydawało się nawet, że ma rację. Warto też pamiętać atmosferę tamtego sierpnia i fakt ile czasu stracił siedząc w niepewności czy będzie mógł grać. To wszystko mogło wpłynąć na tę wypowiedź. Jeżeli jednak jeden cytat potrafił dramatycznie popsuć komuś popularność, to Gortat niestety wiedział jak to zrobić. MICHAŁ RODZIEWICZ: Nie są to igrzyska, nie są to mistrzostwa świata, nie jest to nawet impreza na którą jedziemy zdobyć medal. Jest to zwykły Eurobasket, na którym będę mieć jeszcze okazję zagrać pięć albo sześć razy. Dlatego nie jest teraz moim priorytetem. – M. Gortat. Konkurencja była duża. Głównie z innymi cytatami tego samego zawodnika. Przyznam, że rozpatrywałem również tekst o „sytuacji ekstra" oraz Poznaniu, co to „ma pecha". Ale wygrywa Pan Marcin „chcę być liderem reprezentacji" Gortat, który EB – imprezę, dla nas ledwo osiągalną – traktuje po macoszemu. Mówi o Igrzyskach i MŚ, na których nie grywamy zbyt często. Potem mówi o tym, że kadra dostanie 20-toma i będzie fajnie, bo chłopaki zobaczą, jak to jest przegrać. No prawdziwy lider, nie ma co.. SZCZEPAN RADZKI: - Nie mam problemu z przyjęciem decyzji Marcina, każdy odpowiada za siebie. Ale skoro Marcin tak często powtarza, że chce być liderem reprezentacji i jej kapitanem, to musi się bardziej poświęcić dla drużyny. Tak jak poświęca się na swoje kampy, dla mediów, dla sponsorów. Jeśli tego nie zrobi, liderem kadry może być dla sponsorów, dziennikarzy, kibiców, ale na pewno nie dla zawodników - Łukasz Koszarek po tym jak Gortat krytykował niektórych zawodników kadry, a później zrezygnował z gry w reprezentacji ze względu na brak ubezpieczenia. POSTAĆ ROKU
JAKUB WOJCZYŃSKI: Mladen Starcević. Można narzekać na jego niektóre decyzje trenerskie, ale to nie ma wielkiego znaczenia przy ocenie całej całości postaci. Kapitalny człowiek, który angażuje się całym sercem w swoją pracę i nie tylko w pracę. PAWEŁ ŁAKOMSKI: Tomas Pacesas. Wyróżniony w tej kategorii powinien mieć różne oblicza na przestrzeni 365 dni. Tak też było w 2011 roku z Tomasem Pacesasem. Litwin, szczególnie w końcówce sezonu 2010/2011, jawił się jako niezrównoważony trener, który nie potrafił zapanować nad swoimi emocjami. Śmiano się z Litwina, mówiono o nim, że bliżej mu do błazna, a niżeli do trenera. Pacesas, jak się okazuje to dość wyjątkowa postać. Latem był nieco w cieniu, ale jednak głównym pomysłodawcą wycofania Asseco Prokomu z pierwszej części rozgrywek PLK. Fala krytyki wobec niego ogromna, a Pacesas mimo tego, dolał oliwy do ognia i założył bloga, na którym wytyka błędy władzom PZKosza i PLK. Pacesas – postać wielowątkowa 2011 roku. MACIEJ KWIATKOWSKI: Kenan Sipahi. Widzieli go tylko ci, którzy oglądali mistrzostwa U-18 we Wrocławiu na żywo. Oto grał bowiem w koszulce Turcji niespełna 16-letni, wysoki playmaker, który nie tylko miał przegląd pola najlepszych dowodców wojsk, ale ganiał swoich kolegów po parkiecie jak kapral. Tyle emocji było w jego grze, tyle żywiołu i tyle boiskowej inteligencji - ostatni raz nie mogłem tak oderwać oczu, gdy wpadł mi w oko pewien mały brylant z uczelni Kentucky, który teraz jest gwiazdą Boston Celtics. Teraz Sipahi gra w I lidze tureckiej i radzi sobie bardzo dobrze. Jestem absolutnie przekonany, że za lat kilka będziemy oglądać go w NBA i stanie się jednym z najlepszych graczy w Europie. MICHAŁ RODZIEWICZ: Shaquille O'Neal. „Big Cactus", „Diesel" – to tylko dwa z licznych przydomków, jakie sobie nadawał. Ponieważ nie miałem w głowie prawdziwej postaci, która by zawładnęła moim sercem w tym roku – stwierdziłem, że czas uhonorować odchodzącego na emeryturę Shaqa. Ostatni sezon miał już słaby, nie pomógł Celtom zdobyć tytułu i po prostu zakończył karierę. W dobrym stylu. A teraz bawi siebie i innych. Świetne programy w TV, świetne zajawki i fajne akcje na ulicach ze zwykłymi ludźmi. To jest gość i zapewniam Was – nadal będzie o nim głośno. W pozytywnym sensie. SZCZEPAN RADZKI: Jacek Winnicki. Przychodził do Turowa z ogromnym znakiem zapytania i pytaniami od fanów oraz mediów pod tytułem: czy trener kobiecy poradzi sobie z drużyną męską. Poradził sobie, wprowadził w Zgorzelcu świetną atmsoferę, poskładał zespół walczaków i graczy z charakterem, był o krok od zdobycia złota w maju, a od października zachwyca w nowym sezonie. Winnicki bezapelacyjnie jest obecnie najlepszym polskim trenerem. EWENEMENT ROKU ŁUKASZ CEGLIŃSKI: Marcin Gortat i Maciej Lampe rozegrali życiowe sezony - pierwszemu zdarzało się przekraczać granicę 20 punktów w NBA, drugi został MVP silnej ligi rosyjskiej. Żaden z nich nie zagrał jednak w reprezentacji. Bez sensu. JAKUB WOJCZYŃSKI: Pierwszy polski dziennikarz w NBA TV. Czyli Łukasz Cegliński "wywiadowany" podczas meczu w Phoenix.
PAWEŁ ŁAKOMSKI: Prokom Cheerleaders. Sukces i popularność medialna Prokomu Cheerleaders, to dla mnie ewenement! Od ich awansu na Final Four 2011 w Barcelonie na największych portalach sportowych w dziale ''Koszykówka'' najczęściej można było natknąć się na informacje o gdyńskich cheerleaderkach. I nie zgodzę się z opinią, że dziewczyny odniosły sukces, bo akurat nie było o czym pisać. MACIEJ KWIATKOWSKI: Lokaut w NBA. Trudne pięć miesięcy, gdy liga nie istniała, a technicznie - w lidze nie było żadnych graczy. Przez długi czas byłem przekonany, że do rozgrywek jednak dojdzie i lokaut zakończy się na początku stycznia. Przez ostatni tydzień trwałem jednak naprawdę w głębokiej obawie, że może moje przewidywania były zbyt optymistycznie i nie tylko anulowany zostanie ten sezon, ale zagrożony będzie też kolejny. Na szczęście 29 grudnia Kevin Durant trafił równo z syreną za trzy i pstryk - nie mam już żadnych złych uczuć w kierunku NBA. MICHAŁ RODZIEWICZ: Mój Śląsk jest prawdziwszy, niż Twój! Był sobie Śląsk, grający w dolnej połowie II ligi. I nagle, jak za dotknięciem magicznej różdżki mamy Śląsk jako lidera II ligi z halą w znacznym procencie zapełnioną na każdym meczu. Oraz Śląsk walczący o pierwszą piątkę w PLK, również z halą w znacznym procencie zapełnioną co mecz. Magia? Nie, to po prostu Wrocław. Zamiast wytyczyć jedną ścieżkę powrotu na tron, lokalne ambicje wytyczyły dwie, niezależne. Pozostaje podsumować hasłem, opisującym autobus reprezentacji Polski na MŚ w Niemczech: „Bo liczy się sport i dobra zabawa". SZCZEPAN RADZKI: Dwa koszykarskie Śląski. Przez trzy lata we Wrocławiu na wszelkie sposoby próbowano odbudować koszykówkę na poziomie ekstraklasy. Próby czynili politycy, biznesmeni oraz kibice. Efektów zero. Nadmiar starań doprowadził do tego, że we Wrocławiu są teraz dwa koszykarskie Śląski i czasem można usłyszeć, że zespół ma na swoim koncie nie 17, a 34 tytuły mistrzowskie. Jedni i drudzy uważają, że są spadkobiercami historycznego klubu, który 17 razy zdobywał mistrzostwo Polski. W spór włączyli się są też byli koszykarze i legendy wrocławskiego basketu: Maciej Zieliński, Dominik Tomczyk, Adam Wójcik. ROZCZAROWANIE ROKU ŁUKASZ CEGLIŃSKI: Nowy PZKosz. Omamiono nas pięknymi słowami i planami, tymczasem teoria sobie, a praktyka sobie. Tłumaczenia, że za rosnące długi związku odpowiada poprzedni prezes Roman Ludwiczuk, rozumiem, ale mnie nie przekonują. W 10 miesięcy zmieniło się tak niewiele... JAKUB WOJCZYŃSKI: AZS Politechnika Warszawska. Nie miałem wielkich wymagan organizacyjnych wobec tego tworu, ale obecnej sytuacji się nie spodziewałem. Być może dotrwają do końca sezonu, lecz czy taka wegetacja ma sens? PAWEŁ ŁAKOMSKI: "Nowy PZKosz". Przede wszystkim odnoszę wrażenie, że Grzegorz Bachański i jego ludzie mieli tylko pomysł na pokonanie Romana Ludwiczuka. Usprawiedliwianie się długami po poprzedniku oraz kulą u nogi w postaci żeńskiego EuroBasketu do mnie nie przemawia. Prezes twierdzi, że długi związku już nie rosną, a wróbelki, mimo jako takiej zimy, ćwierkają o sponsorze w PZKosz Ale zaraz, zaraz, przecież oceniamy rok 2011! Dlatego śmiało mogę napisać, że jak na razie projekt ''Nowy PZKosz'' rozczarowuje. MACIEJ KWIATKOWSKI: Maciej Lampe i PZKosz. Kiedy już wydawało się, że po kampanii kwalifikacyjnej w 2010 Lampe stanie się obok Gortata liderem naszej kadry, przed wakacjami dowiedzieliśmy się, że za obustronnym porozumieniem Lampe zrobi sobie wolne w tym roku. Komentarze PzKosz-u w tej sprawie mógłbym równie dobrze czytać wstecz, bo sprawa wyglądała tak abstrakcyjnie, że byłem przekonany o tym, że ta sytuacja doprowadzi też do absencji Marcina Gortata. Tak się stało, choć z nieco innych powodów. Oczywiście Gortat nie mógł na początku lipca ogłosić, że w kadrze nie zagra, bo media nie dałyby mu spokoju przez cały Marcin Gortat Camp, ale pozwólcie mi wierzyć nadal, że już wtedy MG4 wiedział o tym, że jego gry w reprezentacji i tak nie wyjdzie. MICHAŁ RODZIEWICZ: Liga kontraktowa. Ma nie być spadków, ma być profesjonalnie, ma być stabilnie. Tymczasem zapakowaliśmy do biednej PLK aż czternaście klubów, a już w grudniu dwa zespoły wyglądają na finansowe trupy. Niewiele lepiej jest chociażby w Poznaniu. Poziom padł, kasy wiele nie ma. A że tyle ekip ma problemy? Może liga przy weryfikacji „miała pecha"? SZCZEPAN RADZKI: Liczba spotkań w sezonie zasadniczym 2010/2011 w TBL. W poprzednim sezonie Tauron Basket Ligi zespoły rozegrały zaledwie 22 mecze. Dla porównania, w Hiszpanii grano 37 meczów, Francji 30, Niemczech 34, Grecji 26, Turcji 30, Izraelu i Rosji po 27. Tak mała liczba spotkań spowodowała frustrację nie tylko wśród kibiców, którzy chcą jak najczęściej oglądać swoich ulubieńców, ale także wśród samych graczy, którzy narzekali na to, że jeszcze dobrze nie weszli w sezon, a już musieli go kończyć. O tym jak kuriozalną sytuacją jest rozegranie tak małej ilości spotkań w lidze zawodowej może świadczyć choćby to, że w samych play-off, PGE Turów rozegrał 19 meczów, a podczas przygotowań przedsezonowych każda z drużyn wychodzi na parkiet 12-15 razy. CZĘŚĆ DRUGA PODSUMOWANIA - KLIK |
Archiwum
Zakładki:
Euro 2012
Inne
Koszykarskie
Sport.pl i GW
Tagi
Subskrybuj RSS
|