|
sobota, 06 lutego 2010
Chyba niedługo zamienię się w jakiegoś koszykarskiego Pudelka, ale linki, które napływają do mnie z najróżniejszymi zdjęciami koszykarek po prostu nie mogą zostać zmarnowane. Pasjonaci basketu fascynują się wieloma elementami koszykarskiego rzemiosła. Piękno tej dyscypliny sportu to nie tylko wspaniałe akrobacje nad koszami, wsady, bloki, cross-overy, podania za plecami, zacięte końcówki etc. etc. Piękno koszykówki na blogu prezentowałem kilkanaście dni temu wraz z umieszczeniem na nim zdjęć Milicy Dabović. Piękno koszykarskie możemy podziwiać i poniżej.
Pani na zdjęciu to koszykarka Wisły Can-Pak Kraków Maja Vucurović. Kibice z Krakowa już okrzyknęli zawodniczkę najpiękniejszą kobietą w całej Polskiej Lidze Koszykówki Kobiet. No cóż, trudno się z nimi nie zgodzić.
Żeby za bardzo nie zboczyć z tematu koszykarskiego - bo w końcu w dużej mierze blog jest właśnie o tej dyscyplinie sportu - dla zainteresowanych Maja w stroju Wisły.
A w bonusie w barwach Wisły, aczkolwiek nieco bardziej skąpym stroju niż koszulka bez rękawków.
I jak tu nie kochać koszykówki w wykonaniu kobiet?
piątek, 05 lutego 2010
Doszedłem do siebie po dwóch dniach od wyczynu w Maladze. Oglądając mecz Asseco Prokomu Gdynia z Unicają nie mogłem uwierzyć w końcowy wynik. Nie wierzyłem przed meczem, jak to robił Łukasz Cegliński. Nie wierzę i po, ale nie wierzę w to co widzę w rankingu drużyn w TOP16 Euroligi. Prokom jest na pierwszym miejscu w swojej grupie przed CSKA Moskwa. Przed kim? Przed tym wielki, bogatym, znanym w całej Europie CSKA. Przed tym zespołem, w którym chcieli grać wszyscy najlepsi, przed tym zespołem, który ma(miał) jeden z największych budżetów. Przed tym zespołem, o którym można powiedzieć, że to europejski odpowiednik Boston Celtics (LA Lakers zostawiam dla FC Barcelony). Czy ktokolwiek mógł napisać taki scenariusz po dwóch meczach TOP16? Czy w ogóle był w Polsce taki optymista, który bez zostania obeśmianym mógł powiedzieć - Prokom będzie po dwóch meczach TOP16 lepszy od CSKA Moskwa? Zapamiętajmy ten widok.
Nie jest istotne, czy w meczu dzięki, któremu możemy oglądać Gdynian na pierwszym miejscu w grupie, Malaga nie trafiała, bo Prokom dobrze bronił, czy też nie miała dnia. Nie jest istotne, czy Prokom był dobrze przygotowany, czy Unicaja źle. Istotne jest zwycięstwo. Niektórzy twierdzą nawet, że podopieczni Tomasa Pacecasa, i on sam, mieli po prostu szczęście. Pytam - co z tego? Szczęście jest składową sportu. Ba, szczęście jest składową życia, skoro Prokom je miał, to tylko lepiej dla tego zespołu i nie ma co na ten temat dywagować. Mimo, że wielkim fanem koszykarskich popisów asów z Asseco Prokomu nie jestem, to będę mocno trzymał kciuki, aby awansowali do Elite 8. Co by nie mówić, koszykówka klubowa dzięki Prokomowi osiągnęła więcej niż klubowa piłka nożna w ostatnich latach. Wygrał z rewelacją rozgrwek Realem Madryt, jest o krok od awansu do kolejnej rundy i znalezienia się w elicie ośmiu najlepszych drużyn koszykarskich na kontynencie.
wtorek, 02 lutego 2010
Maleńka, malutka, tyci, tyci koszykarka - niższa nawet niż najniższy w historii NBA Muggsy Bouges mierzacy 159 centymetrów - podpisała kontrakt w CCC Polkowice. Shannon Bobbitt, bo o niej mowa, ma zaledwie 157 centymetrów i będzie grała - a sami zgadnijcie na jakiej pozycji. Ta najniższa koszykarka w historii PLKK wygląda tak.
Grała już w WNBA w zespole Los Angeles Sparks - w tych samych Sparks, które brały udział w bójce w Detroit. Po bijatyce Bobbitt została zawieszona na dwa mecze. W Polkowicach zastąpiła Ryan Coleman, z której klub nie był zadowolony. Coleman natomiast wylądowała w Bydgoszczy.
Maleńka, prawda? Prawdę mówiąc nie kojarzy się nikomu jej nazwisko z Hobit? Podobieństwo istnieje także we wzroście. CCC Polkowice ściągają do ligi kolejną ciekawostkę - wcześniej w drużynie pojawiła się córka Karla Malone'a - Cheryl Ford. Zatrzymajmy się na chwilę przy zawodniczce noszącej takie samo nazwisko jak uznawany za ojca motoryzacji Henry Ford na jednym ze zdjęć z Polkowic wyglądała jakby brakowało jej tylko wózka inwalidzkiego. Zobaczcie sami - ta z prawej w pomarańczowym.
sobota, 30 stycznia 2010
Nike wypuściło serię reklam Prepare for combat, w których główną postaciami są m.in. Kobie Bryant i LeBron James (w ciuchy z serii Pro Combat ubierają się też Carmelo Anthony i Amare Stoudemire). Reklamy przedstawiające dwie największe gwiazdy NBA znajdują się między innymi w serwisie ESPN i czasopiśmie Sports Illustrated. Kobe ubierając się w sprzęt Nike wygląda jakby szykował się do walki, zakładał kamizelkę kuloodporną, wkładał do kabur pistolety. Jego wzrok mówi wszystko. Reklama (ta drukowana, nie video) przedstawia m.in, taki napis. I’ll do whatever it takes to win games, I don’t leave anything in the chamber. Posteru nie znalazłem, znalazłem za to video.
Wymowne, genialne w swojej prostocie i zaiste pomysłowe. Wszystko to kilka dni po tym jak władze NBA zawiesiły za użycie broni Gilberta Arenasa i Javarisa Crittentona. Tim Frank z NBA mówi, że reklamy są nieodpowiednie. We had no prior notice of this ad. We think it is inappropriate. A co mówi samo Nike? The Nike print ad featuring Kobe Brynat intended to illustrate his [Bryant] all-out play and commitment on the basketball court. It is a commonly used reference for shooting the basketball and no offense was intended. O całej sprawie pisze też ESPN, gdzie Nike wyjaśnia dodatkowo, że reklamy zostały stworzone bardzo dawno temu i nie mają żadnego związku ze sprawą w Washington Wizzards. Znalazłem też poster przedstawiający LeBrona w reklamie Nike. Poster wiszący w Cleveland.
Tutaj kłopotem jest dodatkowo niezadowolenie z umieszczania reklamy na architekturze miejskiej w Cleveland. Więcej informacji podaje Cleveland.com. Szkoda piłkarzy ręcznych, przegrali mecz o awans do finału i w spotkaniu o trzecie miejsce zmierzą się z Islandią. Po dobrym turnieju pozostaje niedosyt, da się w atmosferze wyczuć, że nasi szczypiorniści są warci więcej niż walka o brąz, wiemy że to nie jest szczyt możliwości. Nawet pomimo porażki wszyscy jesteśmy dumni, bo piłkarze ręczni nie walczą o najwyższe miejsca na podium przypadkowo, będąc wybrykiem podczas imprezy klasy mistrzowskiej. Oni po prostu znajdują się na tym najwyższym poziomie i pomimo tego, że szkoda braku Polaków w finale, to gdzieś w głębi jesteśmy jednak z tej kadry dumni. Bezkompromisowi, agresywni, z zębem i twardzi niczym stal, wiedzący o co grają i jak to robić. Nawet gdy przegrywają, dzieje się to w sposób nie nasuwający na usta negatywnych słów. Gdyby takie osiągnięcia i odczucia pozostawały w nas po meczach kadry koszykarzy. Wyobrażacie sobie co działoby się w światku koszykarskim, gdybyśmy w grupie mieli zespoły z czołówki, nie tylko z nazwy jak przed kilkoma miesiącami Litwę, ale takie, które realnie, poziomem gry znajdują się w top 5. Mogłyby znaleźć się tam na przykład Hiszpania i Słowenia, a gracze trenera Iksińskiego wygraliby oba te mecze i mowy o wielkim sukcesie by nie było, bo postawione cele znajdowały by się - posługując się cytatem wszystkim znanym - in the galaxy far far away. Już w tym momencie ogromne gratulacje dla piłkarzy Bogdana Wenty. Takich sportowców, takich trenerów, takie zawody, to ja chcę oglądać.
piątek, 29 stycznia 2010
To jest wpis z serii nieistniejącego jeszcze cyklu - grzebiąc w czeluściach moich zbiorów. Jakieś dwa lata temu zdarzyło mi się spędzić kilkadziesiąt bardzo sympatycznych minut na rozmowie z Andresem Rodriguezem. Obecnei Andres przebywa w Portoryko i w tamtejszej lidze będzie grał do końca sezonu. Tekst pisany był dosyć dawno, nie będę go zmieniał ze względu na walory historyczne. Nie był też nigdzie publikowany. Co sympatyczny portorykańczyk miał do powiedzenia? Zapraszam do lektury.
Andres Rordiguez: sport moim życiem Podczas panującej mody na rozgrywających z zacięciem rzutowym jest jednym z nielicznych typowych rozgrywających w DBE. Andres Rodriguez prowadzi BOT Turów do kolejnych sukcesów będąc przy tym ciągle bardzo skromnym. Żaden z zawodników obwodowych w Dominet Bank Ekstralidze nie może nadążyć za szybkim jak postać z kreskówki Andresem Rodriguezem. Portorykański rozgrywający był przymierzany do BOT Turowa Zgorzelec już przed rokiem. Nie pojawił się wtedy w Zgorzelcu, bo jak sam twierdzi nie był przygotowany fizycznie do gry. W tym sezonie z Rodriguezem jako rozgrywającym Turów w końcu trafił na prowadzącego grę z wysokiej półki. Wraz z Łukaszem Koszarkiem Rodriguez tworzy parę jakiej mogą pozazdrościć wszystkie kluby DBE. Koszarek znakomity rozgrywający preferujący grę pozycyjną, do tego świetny strzelec z dystansu. Rodriguez szalony gracz, uwielbiający grać z kontry i penetracjami wykańczać akcje. Andres nie był nigdy wielką gwiazdą. Zaczął grać w koszykówkę w wieku czterech lat. Sportem zainteresował go ojciec, który także był zawodnikiem, ale nigdy nie grał na wysokim poziomie. Koszykówka na drugim miejscu Portoryko znane jest z wielu zawodników występujących na pozycji rozgrywającego. Tylko w Polsce grali, lub jeszcze grają tacy zawodnicy jak – Dalmau, Cruz, Apodaca i oczywiście Rodriguez. Do tego trzeba dodać Carlosa Arroyo jednego z lepszych rozgrywających NBA. Najbardziej znanym wysokim koszykarzem z Portoryko jest Daniel Santiago reprezentujący barwy Unicaji Malaga. – Nie jesteśmy narodem wysokim. Trenerzy mają więc pole do popisu szkoląc graczy obwodowych, nie ma w tym żadnego sekretu, po prostu większą wagę przykładają do pracy nad prowadzeniem gry – zdradza Rodriguez. Koszykówka nie jest jednak narodowym sportem portorykańczyków. Numerem jeden jest tam mało popularny w Polsce baseball. Victor Pellot jest dla portorykańczyków kimś takim jak Michael Jordan dla koszykówki. Ten ostatni jest dla Rodrigueza wzorem koszykarza i to nie z powodu ogromnych osiągnięć, ale samego stylu gry i pasji z jaką oddawał się swojemu zawodowi. Obok Jordana drugim ulubionym sportowcem filigranowego rozgrywającego jest Tiger Woods. – Golf to moja wielka pasja, uwielbiam to. W Portoryko jest taka pogoda, że praktycznie cały rok można uprawiać tą dyscyplinę sportu – tłumaczy.
Rozrywki - Jesteśmy normalnymi ludźmi, robimy to co każdy młody człowiek – mówi Rodriguez. Będąc w rodzinnym San Juan Andres spotyka się z przyjaciółmi i spędza czas z rodziną. Zagospodarowanie wolnego czasu to przede wszystkim uprawianie sportu. Głównie są to baseball i koszykówka, ale często zdarza się grać także w piłkę nożną, czy siatkówkę. – My cały czas uprawiamy sport, jak tego nie robimy to idziemy na plażę, które są praktycznie wszędzie. – dodaje. Inaczej sytuacja ma się w Zgorzelcu, gdzie zawodnik nie ma zbyt wielu znajomych i wolny czas spędza w domu odpoczywając po ciężkich treningach. Pogoda nie sprzyja poznawaniu nowych ludzi, czego Rodriguezowi brakuje, również ze względu na specyfikę nadgranicznego miasta. Jak sam twierdzi do życia w Zgorzelcu trzeba się po prostu przyzwyczaić i wcale nie jest to takie straszne. Nie czuje się i nie uważa za gwiazdę, bo nie jest rozpoznawany na ulicach – nawet jak pojadę do wrocławia to nie czuję się kimś szczególnym – mówi. - Muzyki słucham różnej, nie jestem typem melomana choć lubię szczególnie R’N’B i hip-hop. Filmy oglądam rzadko, ale uwielbiam wręcz „Człowieka z blizną” z Alem Paciono, który jest moim ulubionym aktorem – kończy Rodriguez. Obywatelstwo Portoryko przez długi okres było kolonią Hiszpańska, a w roku 1898 po wojnie zostało kolonia amerykańską. Od roku 1917 każdy urodzony na wyspach dostaje automatycznie obywatelstwo USA. Dlatego też zawodnicy przylatujący do Polski mają w paszportach taką właśnie narodowość. – Jesteśmy portorykańczykami, ale obywatelstwo mamy USA. Nic to jednak nie zmienia w naszej mentalnośći – wyjaśnia gracz. Mentalność zawodników nie jest zmieniona, jednak ma to duży wpływ na przepisy obowiązujące w Polsce. W tamtym sezonie portorykańczycy zajmowali miejsce w składach dla graczy USA. W tym sezonie przepisy zostały zmienione i mogą oni występować na parkietach w Polsce na takich samych zasadach jak gracze z Europy. Strzelec? Nigdy Podczas występów w drużynie Eagels uniwersytetu America Rodriguez był znany przede wszystim jako typowy rozgrywający, który sprawiał, że jego partnerzy grali lepiej. Nigdy nie miał oszałamiających średnich punktowych, a braki strzeleckie nadrabiał niesamowitym przeglądem boiska i szybkością. Sam o sobie mówi, że jest graczem defensywnym – nie ma innego wyjścia, w lidze grają zespoły, których atak oparty jest o rozgrywającego. Większość akcji jest ustawiana na niskich graczy i dlatego przez 40 minut zawsze jestem skupiony na obronie – tłumaczy. Rodriguez przywołuje tutaj także znane hasło – obrona zdobywa mistrzostwa, atak tylko sprzedaje bilety. Takie podejście bardzo odpowiada trenerowi Saso Filipovskiemu, którego Andres uznaje za jednego z najlepszych szkoleniowców z jakim miał okazję pracować. Wspomina także swoich nauczycieli z lat młodości, oraz ojca – to na pewno byli moi najlepsi trenerzy, ale od każdego uczę się czegoś nowego i to mi się najbardziej podoba – mówi z radością. Portoryko silniejsze Zdaniem Andresa koszykówka jest tak samo emocjonująca w każdym miejscu, w którym gra i stara się osiągać jak najlepsze wyniki. Nigdy nie starał dostać się do NBA, lecz nie twierdzi, że nigdy o tym nie myślał. Jak dla większośći, tak i dla niego jest to najlepsza liga świata i każdy koszykarz gdzieś w podświadomości ma marzenie w niej zagrać. – Dla mnie liczy się gra, nieważne czy w Polsce, czy na Słowenii czy w Portoryko – tłumaczy. Największe sukcesy odnosił grając w Olimpii Ljubljana wraz z trenerem Filipovskim kiedy to wygrał ligę Słoweńską i Puchar Słowenii. Ważniejsze dla niego było jednak ubiegłoroczne zdobycie mistrzostwa Portoryko. – Liga portorykańska jest moim zdaniem mocniejsza niż liga na Słoweni, zresztą mistrzostwo swojego kraju także bardziej mnie cieszyło – dodaje.
Zgorzelec – trudne początki Początki sezonu w Zgorzelcu nie były dla portorykańczyka udane. Nie imponował skutecznością i przestrzelił pierwszych 17 rzutów z dystansu, zespół przegrał dwa z trzech spotkań, a wśród kibiców pierwszy do zwolnienia był własnie Rodriguez. Na szczęście dla Turowa decyzje kadrowe w Zgorzelcu podejmują wspólnie Arkadiusz Krygier i Saso Filipovski i obaj wiedzieli co robią uspokajając publiczność. Andres odbił się i między innymi dzięki niemu Turów wygrał dziesięć spotkań z rzędu pokonując nawet Prokom Trefl. Teraz żaden fan nie wyobraża sobie Turowa bez Rodrigueza. Rozgrywający Turowa w ekstraklasie Yann Mollinari – przyszedł do Turowa z Noteci Inowrocław. W pierwszym sezonie w Turowie pomógł zespołowi wywalczyć czwarte miejsce w lidze. Kolejny rok zaczął we Francji. Do Zgorzelca wrócił w połowie rozgrywek, ale nie mógł odnaleźć się w składzie złożonym z wielu strzelców. Brandun Hughes – nie mógł porozumieć się z Mollinarim i po odniesieniu kontuzji odszedł z Turowa. Zasłynął w Polsce przede wszystkim z bójki z Dawidem Witosem z AZS Koszalin i rozrywkowego życia. Ulubieniec trenera Mariusza Karola. Grzegorz Mordzak – wprowadził Turów do ekstraklasy, ulubieniec zgorzeleckiej publiczności, która do tej pory ma sentyment do rodowitego wrocławianina. Obecnie występujący w zespole Basketu Kwidzyn w 1 lidze. Andrzej Pluta – typowy strzelec, jednak w zespole Mariusza Karola występował także jako rozgrywający. Nie przynosiło to efektu i Turów ubiegły sezon zakończył dopiero na 7 miejscu w lidze. Alvin Cruz – rodak Rodrigueza, obecnie występujący w Sokołowie Zniczu Jarosław. Zapowiadał się na wielką gwiazdę, odniósł jednak kontuzję pachwiny i opuścił Zgorzelec w trakcie rozgrywek. Inni w sporcie dla Rodrigueza Victor Pellot (Vic Power) – drugi czarnoskóry zawodnik z Portoryko, który zagrał w MLB (zawodowa liga baseballa). Uznawany za najlepszego baseballiste z Portoryko. Niektórzy jego koledzy i rywale twierdzą nawet, że jest najlepszym sportowcem jaki kiedykowliek urodził się w Portoryko. Tiger Woods – obok Michaela Jordana ulubiony sportowiec Rodrigueza. Majac 29 lat miał na koncie już dziewięć najważniejszych tytułów mistrzowskich w golfie. Naprawdę ma na imię Eldrick, przydomek Tiger otrzymał na cześć przyjaciela swojego ojca.
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Nową zawodniczką w Blachach Pruszyński Lider Pruszków została Milica Dabović. Niech fotografie poniżej powiedzą wszystko o tym dlaczego warto wybrać się do podwarszawskiej miejscowości na jakikolwiek mecz.
I teraz pytanie - czy ktokolwiek z odwiedzających pamięta, jak na imię ma owa pani?
sobota, 23 stycznia 2010
Polska koszykówka od dłuższego czasu poszukuje następców tych wielkich. O ile znaleźli się w miarę godni wypełniający lukę po Adamie Wójciku, czy Dominiku Tomczyku, tak dziura na pozycjach obwodowych - szczególnie wśród tych, którzy mieliby zdobywać punkty, zastąpić Macieja Zielińskiego, czy Andrzeja Plutę, jest ogromna niczym kanion Kolorado. Żyjemy w tak dziwnym kraju, w którym występy Pawła Kikowskiego na poziomie 13 zdobytych punktów zostały okrzyknięte rewelacją rozgrywek. Szukamy kogoś, kto zagra na obwodzie i będzie w stanie dać nam chwile radości, bo waleczność podobną do tej, którą emanują gracze z mniejszym talentem, podeprze dodatkowo umiejętnościami i możliwościami iście europejskimi. Na siłę w tym miejscu znalazł się mający dotychczas genialną karierę w Polsce David Logan - on to jednak nie to samo, co Maciej Zieliński, który nie przetrzymywał piłki i przede wszystkim grał z zespołem. Poza tym naturalizacja to nie to samo, co wychowanie gracza w kraju od podstaw. Oczkiem w głowie na pozycji rzucającego ma być niedługo Dardan Berisha - ale i on nie był wychowywany w granicach naszego kraju. Wstęp, wstępem, ale przejdźmy do sedna sprawy, bo przecież o słabościach polskiej koszykówki wiemy nie od dzisiaj i wcale niemało. Myślę, że dysertacja doktorska napisana w tym temacie mogłaby być jedną z bardziej obszernych prac jakie kiedykolwiek powstały. Do napisania tej notki doszło po przeczytaniu wpisu W poszukiwaniu 18 tripple-double + bonus na Skull full of maggots i rozmowy z autorem bloga - Łukaszem Ceglińskim. 18-letni rzucający OSSM PZKosz Wrocław Wojciech Leszczyński rzuca średnio w II lidze po 19,7 punktu. Ma już za sobą 34 punkty rzucone w meczu z KKS Siechnice, a w styczniu zdobywał w trzech meczach odpowiednio 17, 26 i 24 punkty. Czy ktoś oglądał może ostatnio tego zawodnika live? Chętnie poczytam opinie o nim. Parafrazując wszystkim chyba znane veni, vidi, vici, ja przybyłem, zobaczyłem, napisałem - a raczej jestem w trakcie pisania. Zaspokoję tym samym (mam nadzieję) głód wiedzy nie tylko Łukasza, ale i innych fanów koszykówki. Podłączę się także do myśli wspomnianego powyżej autora, brzmiącej następująco - warto mówić o tych polskich koszykarzach, o których nie mówi nic, to między innymi my musimy budować pozycję koszykówki w Polsce.
Wojciech Leszczyński z lewej Miałem okazję obserwować Wojciecha Leszczyńskiego w kilku meczach juniorskich grup PGE Turowa Zgorzelec oraz w kilku spotkaniach OSSM. Wielkość próby nie jest może tak ogromna, aby napisać na temat tego zawodnika pracę doktorską, na pewno nie wystarczy też do wyciągnięcia wniosków, które opiszą ze szczegółami jego grę i przewidzą przyszłość jaką ma przed sobą. Na pewno jednak, skoro zawodnik został zauważony w statystykach, warto wspomnieć o widokach - choćby nawet tych przez mgłę. - Deszczyński, syn starego Deszczyńskiego. Wiesz - mówili w jednym ze skeczów Bohdan Smoleń i Zenon Laskowik. (Zabijcie mnie, ale nie pamiętam czy nazwisko, o którym mówili Smoleń z Laskowikiem to Deszczyński, czy Leszczyński). W przypadku Wojtka Leszczyńskiego, wielu jego starszych kolegów mogło spokojnie powiedzieć - Leszczyński, syn starego Leszczyńskiego. Ojciec gracza OSSM był bowiem trenerem w BKS Bolesławiec gdzie i karierę rozpoczynał jego syn. Z opowieści, które dotarły do mnie od znajomych biegających w młodym wieku za piłką, wiem że Wojtek, kiedy jeszcze jego nogi były tak krótkie, że nie był w stanie przekozłować pomiędzy nimi piłki, biegał z nią po halach w Bolesławcu. Trenował z chłopcami, którzy w koszykówce widzieli swoją przyszłość, a był od nich o lata świetlne młodszy. Co prawda nie był to trening tak ciężki i wymagający jakiemu poddawani byli jego starsi koledzy. Były to jednak początki jego kariery. Po raz pierwszy na własne oczy zawodnika widziałem w jakimś meczu juniorskim, nie jestem w stanie powiedzieć kim byli przeciwnicy, jaki był wynik, ale jestem w stanie powiedzieć, że umiejętności techniczne i motoryczne bohatera tego tekstu stały już wtedy na bardzo dobrym poziomie. Panowanie nad piłką, szybki pierwszy krok i bardzo przyzwoity rzut to cechy charakterystyczne występującego na pozycji rzucającego - niskiego skrzydłowego zawodnika. Przede wszystkim jednak, Wojciech Leszczyński posiada charakter z tak zwanymi ogromnymi cojones, który na prawo i lewo na parkiecie bił między innymi od Kamila Chanasa. Niejedna osoba pamięta tego młodzieniaszka, który w jednej z edycji Pucharu ULEB biegał pomiędzy przeciwnikami jak Alberto Tomba jeździł pomiędzy tyczkami i zdobywał punkty, a zarazem serca kolejnych fanów. Z graczem Anwilu Włocławek, Wojciecha, łączy jeszcze jedno - niezbyt imponujące warunki fizyczne. A przede wszystkim wzrost. Wydawało mi się, że gracz OSSM PZKosz jest sporo wyższy, sądziłem że 190 centymetrów ma w tym momencie i jeszcze urośnie. Po konsultacjach wyszło około 4 centymetrów mniej, a moje imaginacje były spowodowane zapewne tym, że sam zbyt rosły nie jestem. To właśnie wzrost może być największym problemem Wojciecha Leszczyńskiego - jeśli nie urośnie, z niespełna 190 centymetrami, może być jedynie jednym z wielu rzucających. Na tym poziomie rozgrywek i po tym co obserwowałem i słyszałem, gracz wydaje się też być nieco samolubnym i grającym pod siebie i osiągnięcia statystyczne ballhogiem. Patrząc jednak w statystyki, wypada całkiem przyzwoicie jak na gracza obwodowego - blisko 20 punktów przy 54% skuteczności z gry (62 za 2 i 31 za 3) i 77% z linii rzutów wolnych. Do tego dokłada nieco ponad 4 zbiórki w każdym meczu i nisetety ale ma tyle samo strat. Gdyby poszukiwać jego odpowiednika w wyższych ligach, pokusiłbym się o stwierdzenie, że jest nim David Logan. Mimo całej mojej niechęci do gracza Prokomu, to porównanie chyba powinno cieszyć nie tylko samego Wojciecha Leszczyńskiego, ale i kibiców w Polsce. Miejmy więc nadzieję, że wraz z rozwojem, zachowanie proporcji w różnicy klas zostanie zamazane i będziemy mogli mówić o naprawdę świetnym zawodniku wychowanym w Polsce.
czwartek, 21 stycznia 2010
Tiger Woods zniknął ze strony głównej NikeGolf. W jego miejsce pojawił się wybór wejścia w kolekcję Justina Leonarda lub Paula Caseya. Aby dotrzeć do kolekcji sygnowanej nazwiskiem Tigera, należy wejśc w zakładkę Athletes i dokonać odpowiedniego wyboru.
Tak tłumaczy się Nike. Certainly, we don't take the most successful player of this era and subtract it and don't expect a short term impact, I think the thing that we feel very strongly about and very good about is that our golf business is not just built around Tiger. Śmierć Woodsa postępuje. Od czasu wypuszczenia do biegu afery, Woods zniknął z wielu plakatów, stron internetowych, nie uprawia sportu i istnieje tylko dzięki tabloidom. Prawie dwa miesiące temu Larry Kudlow napisał list otwarty do Tigera Woodsa. Zaczynał się on tak: Fess up, Tiger. If you don’t, the tabloids are gonna kill ya. Ciekawe kto wykona ten ruch i zamknie wieko trumny, w której powoli znajduje się się golfista.
sobota, 16 stycznia 2010
Belgia, Bułgaria, Portugalia, Gruzja i Polska - to grupa C eliminacji do mistrzostw Europy w 2011 roku na Litwie. Patrząc na przeciwników w chwili obecnej istnieją bardzo duże szanse na to, że Polska weźmie udział w kolejnym EuroBaskecie. Ba, jest szansa na to, że Polska wygra swoją grupę eliminacyjną. Pytanie tylko, czy nasi najlepsi gracze - Marcin Gortat, Maciej Lampe, David Logan - będą w stanie znaleźć w sobie na tyle mobilizacji, aby pomóc kadrze. Pytanie też, kto będzie tą kadrę prowadził, bo w dalszym ciągu szkoleniowca nie widać - choć tak naprawdę to czy nazwisko poznamy dzisiaj, czy w połowie lutego, nie ma większego znaczenia. Więcej o losowaniu tutaj i tutaj i jeszcze tutaj Michał Owczarek na swoim twitterze pisze: z jednej strony dobrze, że nie trafiliśmy na włochy, czzarnogórę czy izrael, ale granie z "ogórkami" fajne nie jest. Michał Górny z Zawsze Po Pierwszem w tym samym miejscu emocjonuje się w ten sposób: oni mogą to wygrać !!! Coś w tym jest.
|
Archiwum
Zakładki:
Tagi
Reklama na blogach - Blogvertising.pl
|