Blog > Komentarze do wpisu

Podtrzymamy schemat?

[...] Ale to już było i nie wróci więcej […] Choć w papierach lat przybyło, to naprawdę wciąż jesteśmy tacy sami [...]- pamiętam piosenkę Maryli Rodowicz z tymi właśnie slowami. Pamiętam ją jeszcze z czasów jak byłem młodym dzieciaczkiem i chodziłem do podstawówki. Przyjemna melodia, słowa wprowadzające w nostalgiczny nastrój, przypominające zamierzchłe już czasy.

Słowa z refrenu tej piosenki za nic w świecie nie pasują do tego co widzimy na parkiecie w grze reprezentantów Polski. Zamiast rozpływać się w myślach o tych lepszych czy też gorszych czasach, ale wywołujących w nas całkiem przyjemny błogostan, w sytuacji koszykarskiej łapiemy się za głowę, wyrywamy włosy, rzucamy laptopami i pijemy na umór. Dlaczego? Bo na wyjazdach ponosimy frajerskie porażki, u siebie zamienia się to w beznadziejne tracenie przewagi i dopuszczanie do nerwowych końcówek, w których jak to zwykle bywa, na dwoje babka wróżyła.

W tym rozchwianym schemacie, istnieje jeden malutki wyjątek, który złamał równowagę dopiero w samej końcówce koszykarskiego show.

Powtórka z rozrywki, to co już znamy, zdarzyło się zarówno podczas wyjazdowego meczu w Bułgarii jak i tego w Katowicach. W obu spotkaniach Polska wygrywała, przez cały mecz skrupulatnie budowała przewagę, starała się jak mogła i w pewnym momencie jak grom z jasnego nieba wyskoczył Filip Widenow i zaczął swój show. Róznica w obu tych spotkaniach była taka, że w Bułgarii Widenow był gromowładnym, doprowadził do remisu i w efekcie zwycięstwa. Na parkiecie w Spodku był blisko, znowu zaczął rozdawać karty, miotać kulami ognia, przesuwać ściany i raczyć wszystkich innymi nadprzyrodzonymi zdolnościami. Dopadła go jednak zmora człowieka śmiertelnego, największy problem koszykarzy. Popełnił piąty faul i musiał opuścić parkiet na dwie minuty przed końcem spotkania.

Tak równo jak z Bułgarią, Polska nie grała jeszcze z żadnym z rywali w tych eliminacjach. Lanie od Gruzji przerodziło się w pewne, choć w pewnym momencie zagrożone, zwycięstwo. Odesłanie z kwitkiem Portugalii skończyło się dramatem w Sofii, a Belgia … No cóż graliśmy dopiero jeden mecz i patrząc na symetrię powinniśmy i tym razem zagrać mecz dobry, skuteczny, taki który pozwoli nam bez przeszkód wygrać na wyjeździe.

Myśląc jednak o tym, że Belgia to zespół niepokonany na własnym parkiecie, o słowach z piosenki Maryli Rodowicz i mając w głowie obraz tego jak słabo i nerwowo grała wczoraj reprezentacja prowadzona przez Igora Griszczuka, mam wrażenie że to się jednak nie stanie.

Nawet jeśli się mylę i Polacy wygrają pierwszy mecz wyjazdowy w eliminacjach, awans wcale nie zależy tylko od nich.

To od kogo zależy los innych, opisał już Łukasz Cegliński, wspominając także o kilku ewentualnych scenariuszach jakie mogą mieć miejsce w tabeli po zakończeniu eliminacji.

wtorek, 24 sierpnia 2010, anfernee

Polecane wpisy

Subskrybuj RSS